Cyrk pana Wolanda

Wcale nie tak dawno temu uraczyłam was historią o wyrwaniu się na prawie tydzień z uczelni w tak newralgicznym momencie, jak okolica zaliczeń, sesji i oddawanie pracy magisterskiej głównie po to, żeby w tym czasie biegać do teatru. Jeżeli to wydawało wam się szalone, to ciekawa jestem, co powiecie na dzisiejszą opowiastkę. Bo tym razem, zaledwie na parę dni przed obroną, wyruszyłam na dużą wycieczkę, aby uraczyć swoje ślepka przedstawieniem granym na dalekim wschodzie kraju. Tak. Teraz przez teatr skończyłam w Lublinie. Albo raczej przez aktora. Zawsze wszystko przez nich.

Od kiedy po pewnym majowym czytaniu sporo ponad rok temu uznałam, że oglądanie Przemysława Stippy na teatralnych deskach jest o wiele przyjemniejszym zajęciem niż śledzenie jego poczynań w serialach czy nawet w dubbingu, wiadomym było, że prędziutko dokonam niemałego przeglądu informacji, w których placówkach ten pan występuje i w jakich sztukach. I poza scenami warszawskimi rzucił mi się w oczy wyskakujący niczym Filip z konopi Teatr imienia Juliusza Osterwy w Lublinie. Skąd, po co, dlaczego? Toż to całe dwieście kilometrów różnicy!
To była taka pierwsza, naiwna nieco myśl, ale chyba dość zasadna. Bo skąd tak nagle ten Lublin… Ale takie były fakty. Gościnne role – niemalże główne – w aż dwóch spektaklach. Granych już od czterech i dwóch lat. „Sen nocy letniej” plus „Mistrz i Małgorzata”. Kusiło wiele, równie wiele nieco odstraszało – nadal moja cicha teatralna intuicja nie ma przekonania, że taki a nie inny „Sen…” mógł się udać, poza tym za robiącym obie te inscenizacje Arturem Tyszkiewiczem ciągnęła się niegłośna acz konkretna fama nieszczególnie powalającego reżysera dubbingowego. Ale nie o to tak naprawdę szło, bo największym problemem była odległość i wynikające z niej koszta. Bezpośredniego dojazdu do Lublina z takiego chociażby Wrocławia nie uświadczysz. Nie, bo po co. Jedyną sensowną opcją okazywała się jazda PolskimBusem – najpierw do Warszawy, a stamtąd do Lublina właśnie. Zakładając, że z racji zakończonego roku akademickiego startowałabym z Jeleniej Góry, trasa w jedną tylko stronę to około dziesięć i pół godziny. Powtarzam. W jedną. To nie to samo, co czternaście w obie strony do Stolicy, to niemal cała doba na całość. A doliczmy jeszcze przesiadki, przedstawienie, noclegi (bo przecież po pewnej godzinie już nic nie jeździ), czas na inne sprawy logistyczne… Żeby nie musieć robić wszystkiego na ostatnią chwilę, potrzeba było co najmniej trzech dni. Trudno tyle wyrwać w zwyczajnym toku zajęć, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Bo oczywiście koniec końców, po dość skrupulatnym zorientowaniu się we wszystkim i wyliczeniu kosztów, stwierdziłam, że pal sześć wszystko! Raz się żyje! Pojedzie się busami przez Warszawę, a tam można u kogoś przenocować dzień wcześniej, żeby się zmieścić w czasie. Bilet na spektakl da się zamówić z wyprzedzeniem przez Internet, a w samym Lublinie – spać w akademiku. Nie zdarzyło mi się jeszcze, abym aż tak się musiała gimnastykować, chcąc dotrzeć na przedstawienie teatralne, ale… Po pierwsze – zawsze musi być ten pierwszy raz. Po drugie – perspektywa nowych doznań w nowym miejscu przeważyła szalę.

O trasie nie ma co opowiadać – chyba, że tyle, co ukłonić się z szacunkiem Milence za kolejny warszawski nocleg. Właściwa przygoda zaczyna się na dalekim wschodzie prawie równo dzień po tym, jak opuściłam swoje dolnośląskie pielesze. Niestety nie od dobrego pierwszego wrażenia, bo Lublin nie przywitał mnie ani ładnymi widokami ani ładną pogodą. Pokrótce: dworzec autobusowy po sąsiedzku z budami rodem z lat 90., a poza tym wieje jak jasna cholera. Ale, jak to mówią, nie oceniaj książki po okładce. Im dalej od dworca, tym ładniej. Nawet przy nieprzyzwoicie chłodnym jak na początek lipca wietrze. Oj, nie sprzyja taka pogoda. Tym bardziej wtedy, gdy ruszasz w miasto w wyjściowej sukience i ze zrobionymi włosami, które bardzo szybko wietrzyk poprawia po swojemu. Ale nawet taka złośliwa aura nie popsuła mi przyjemności z odkrywania nowego miejsca, jego smaczków, zakątków, zatartych napisów wyglądających zza odpadającego tynku i słupów ogłoszeniowych z najbardziej retro daszkami ever. Oczywiście na tyle, na ile pozwolił mi czas. Okolice kampusu Uniwersytetu Medycznego, zwanego pieszczotliwie Chodźkowem, są dosyć przytulne, a starówka – bardzo urodziwa. Podobnie jak pachnący pompatycznym pomieszaniem stylów budynek Teatru Osterwy, w którym pojawiłam się w okolicach wieczora.

Na salę wchodziłam z duszą na ramieniu. Nie dlatego, że obce miejsce i tak dalej, bo obsługa była niesłychanie życzliwa.* Po prostu nagle i brutalnie uświadomiłam sobie, co w rzeczywistości oznacza owo miejsce na scenie, na które się tak łapczywie rzuciłam przy rezerwacji. Pozwólcie, że wyjaśnię – przy tej konkretnej inscenizacji scena i widownia zostały zamienione miejscami, przy czym na wysokości pozostających tam, gdzie były lóż postawiono po cztery fotele. Już na deskach. Czy muszę coś dodawać? Jest się blisko. NAPRAWDĘ blisko. Dla odbioru spektaklu to miało ogromne znaczenie. Przynajmniej w moim przypadku.
Bo trzeba zacząć od tego, że apetyczny powieściowy epizod występu w Teatrze Variétés stał się dla reżysera punktem wyjścia. Nawet można by rzec, że podstawą. Starczyło spojrzeć na obrotową scenografię z jej konikami, szachownicową podłogą, sznurami lampek, pełną kiczowatych maskotek strzelnicą i służącą jako wejście gigantyczną gębą klauna. A gdyby ktoś nadal wątpił, to mamy jeszcze kostiumy. Korowiow wystrojony niczym pierrot, wyglądający jak zwierzoczłekoupiór Behemot, Azazello podobny do siłacza od rozrywania łańcuchów i zginania podków… Powiecie, że tak się nie da „Mistrza i Małgorzaty” czytać. Że nie można przyciąć 542 stron do trzech godzin. Że nie wypada kroić sensownej inscenizacji bez wątku Jeszui i Piłata. A ja odpowiem – da się, można, wypada. Co więcej, efekt oczaruje nawet tak wymagającą istotę jak ja. To o tyle szczególne, że w tym wypadku nie mamy do czynienia z tekstem, który jest mi nieznany bądź obojętny. Od lat uważam powieść Bułhakowa za jedną ze swoich ukochanych książek, jak również jedną z niewielu sensownych lektur szkolnych, na jakie zdarzyło mi się trafić – pamiętam, jak całą klasą pasjami zaczytywaliśmy się, jednocześnie śledząc właśnie wtedy premierującą w krajowej telewizji rosyjską serialową ekranizację. Tak więc o ile zazwyczaj wysoko zawieszam spektaklom poprzeczkę, o tyle tym razem wywindowałam ją jeszcze bardziej. Możecie sobie wyobrazić, jakież było moje zdumienie, gdy po wszystkim uświadomiłam sobie, że lubelskie przedstawienie z hukiem do niej dosięgnęło.

Chociaż to, co znalazło się na scenie, w stosunku do pierwowzoru jest mocno okrojone, i tak działo się wiele. W dodatku w naprawdę solidnym tempie. Wprawdzie nie powiedziałabym, żeby akcja pędziła niczym czarny koń apokalipsy, ale zawrót głowy niczym na karuzeli murowany. Jako że nigdy nie byłam szczególną fanką wątku biblijnego, jego brak wcale mnie nie uwierał. Zaś szczególne wyeksponowanie przygód diablej świty – w to mi graj! Tym bardziej, że Tyszkiewicz zaskoczył mnie bezgranicznie swoją nie idącą po utartych koleinach próbą interpretacji całości. Uniknął tego oklepanego motywu pod tytułem „obraz olaboga-strasznej Rosji lat 30.”, który zawsze wydawał mi się dość płytkim bleblaniem. Wszak gdyby faktycznie to było najistotniejsze, ta książka ni cholery nie wytrzymałaby próby czasu. Reżyser słusznie postanowił podłubać głębiej. W efekcie mamy historię mimo cyrkowego ubranka krążącą po sprawach dość istotnych i cudownie uniwersalnych – kwestiach wiary i niewiary w siły nadprzyrodzone i rzeczy niewytłumaczalne, szukania swojego miejsca we (wszech)świecie i ludzkiego zepsucia, które nawet Szatana zniesmaczy. Bez prostych odpowiedzi, bo proste odpowiedzi są dla słabych. Tak jak kurczowe trzymanie się owej rosyjskiej strony. Tym bardziej, że w lubelskiej inscenizacji pierwotne czas i miejsce akcji zdają się być jedynie egzotyczną wzmianką, dodającymi smaczku detalami, nie zaś wyznacznikiem poprowadzenia całości. To równie dobrze mógłby być Berlin, Nowy Jork, Paryż, Warszawa… czy nawet Lublin. Ludzie wszędzie, niezależnie od szerokości geograficznej, tak samo mogliby wyręczać Wolanda w niegodziwości wszelkiej. Czy – mówiąc bardziej adekwatnie do tego, co zobaczyłam na scenie – robić ze świata niezły cyrk. I u Tyszkiewicza jak najbardziej robią. Bardziej konwencjonalnie w urokliwie próżnym show Teatru Variétés, mniej (ale jednak!) w dalszym ciągu. Za każdym razem obnażając swoją małostkowość, podatność na pokusy, a to wszystko podparte jest przeraźliwym brakiem skrupułów. Dość żenującym w swoich rozmiarach, gdy porówna się, jak banalne są cele, do których pozwala dążyć. Wychodzi na to, że poza paroma wyróżniającymi się na różne sposoby jednostkami rasa człowiecza to w zasadzie ludzka małpa, nadająca się głównie do tego, aby idealnie rozeznany w jej słabościach i słabostkach messer prowadził przedstawienie, w którym one tańczą, jak on im zagra.


Fot. Mateusz Wajda, pożyczone stąd: [klik!].

Jak już zostało powiedziane, bliskość sceny i artystów zrobiła swoje. Owszem, zdarzało mi się już oglądać przedstawienia teatralne z bardzo niewielkiej odległości (chociażby na Scenie Studyjnej mojego rodzimego jeleniogórskiego Teatru Norwida), ale… w Lublinie to nie była tylko kwestia tego, co się widzi. Tutaj zaangażowane zostały mniej lub bardziej wszystkie zmysły. Nie jest ważne, że Małgorzata jest naga, bo to nagość kanoniczna. Ważne, że czujesz, jak śmierdzi złota farba do ciała, którą jest pomalowana od stóp do głów i dziwisz się, jakim cudem aktorki głowa nie boli od tego. Spojrzenia członków diabelskiej świty posyłane w stronę widowni nie są tylko wystudiowanymi, idealnie przygotowanymi aktorskimi detalami. Siedzący na samym przodzie mogą je poczuć na sobie. Niemal dosłownie. Dostojny, ukradkowy, dwubarwny wzrok Wolanda. Bezpośredni, wręcz ordynarny Behemota. Kiedy dodatkowo ma się świadomość, że tutaj nie oślepiają ich reflektory i oni wszyscy naprawdę cię widzą, nie można pozostać na to zupełnie obojętnym. Czwarta ściana tutaj cię nie ochroni. Dlatego do odważnych należy nie świat, a miejsca na scenie. Bo raz, dwa, trzy, Szatan patrzy. Chociaż są i inne powody. Pamiętacie, jak za złotych kabaretowych czasów przez lata siadywałam na występach (w miarę możliwości) w pierwszych rzędach, żeby wszystko dobrze widzieć, bez chociaż cienia świadomości, że może to się skończyć wyciągnięciem na scenę? I jak pewna miła ekipa z Dąbrowy Górniczej o mylnej nazwie Dno niespodziewanie mi o tym przypomniała, zapraszając mnie do skeczu? Sądziłam, że w teatrze coś takiego nie może mnie spotkać. O, jak się myliłam. Nim zdążyłam się dobrze zorientować w sytuacji, wylądowałam na czarno-białych deskach, w dodatku prowadząc węża złożonego z innych wyciągniętych z widowni. Nie jest łatwo robić to ze względną gracją i jednocześnie starać się nie potknąć o któregoś karuzelkowego konika! Ale mimo zupełnego zaskoczenia… Fajnie było. I mogę się teraz chwalić, że biegałam po scenie w tym samym momencie, co sam Jerzy Rogalski. Środek roztańczonej imprezy Massolitu był i tak nieco bardziej komfortowy, bo można było jako tako wmieszać się w tłum. Ci, których Korowiow z Behemotem wciągnęli do udziału w sztuczkach pokazu czarnej magii już nie mieli tak łatwo. Sam na sam z członkiem diabelskiej świty, bacznie obserwowani przez pozostałych widzów. Ale tak naprawdę nie było się czego bać. Aktorzy – ani na moment nie wychodząc z roli! – dyskretnie podsuwali wskazówki i sterowali całą sytuacją, czyniąc z tego wszystkiego niespodziewaną zabawę zamiast stresującego wtargnięcia w strefę komfortu widza. Jakby mówili: „Hej, zobacz, to nie jest czarna magia. To jest magia teatru!”.


Fot. Mateusz Wajda, pożyczone ze strony teatru: [klik!].

Skoro to diable przedstawienie ma ludzką twarz, pora właśnie ludziom poświęcić trochę miejsca. Choć nie będę oszukiwać – już sam wstęp tego wpisu sugerował aż nadto, że do Lublina wybrałam się przez wzgląd na jedną osobę. A po wszystkim okazało się, że wyrazy szacunku należą się wielu. Zacznijmy od Jerzego Rogalskiego, skoro jego nazwisko już tu padło. Wiele mówić nie trzeba, bo chyba każdy tego pana zna. Głównie z seriali albo Loży 44, ale jednak. To wystarczy, żeby zrozumieć, jak przyjemnie było zobaczyć go na scenie. Wprawdzie rola Mikołaja Iwanowicza nie należała do największych, ale na pewno do charakterystycznych i nie dających się pominąć. Z innych aktorów, których nazwiska coś mi mówiły, ujrzałam wreszcie na własne oczy Jacka Króla, którego do tej pory kojarzyłam głównie z głosu. Przemysława Gąsiorowicza pamiętałam (choć już trochę jak przez mgłę) z niegdysiejszych występów w kabarecie Czesuaf. Cała reszta pozostawała dla mnie czystą kartą. W sumie to dobrze, bo nie miałam – cytując Artura Andrusa – żadnych wymagań, planów żadnych. Zostałam więc uraczona serią zaskoczeń. Bardzo miłych zaskoczeń. Zupełnie nieznani mi ludzie z powodzeniem ożywiali na scenie tak bliskie mi książkowe postacie. Nie do końca jestem pewna, czy w taki sposób, w jaki je sobie zawsze wyobrażałam, ale na pewno tak, że akceptowałam je z radością. Wystarczyło spojrzeć chociażby na tytułowych bohaterów. Nieszczęsny Mistrz, choć teoretycznie to z nim i jego powieścią wiąże się połowa perypetii, zawsze w adaptacjach trochę jakby znikał, przyćmiony mocno przez barwniejsze i dokładniej opisane postacie. W lubelskiej wersji nadal nie ma go zbyt wiele, jednak za sprawą charyzmatycznego Janusza Łagodzińskiego nie sposób o nim tak łatwo zapomnieć. Każdą sceną budzi absolutne przekonanie, że decyzja o odcięciu się od wszystkich i schronieniu w psychuszce była świadomym wyborem kogoś, kogo świat do szpiku kości rozczarował. Z wyczuwalnym nastawieniem, że w sumie fajnie by było, jakby Małgorzata do niego dotarła, ale z drugiej strony może autor powieści o Piłacie niekoniecznie tego właśnie potrzebuje. Ważna to rzecz, bo mam wrażenie, że istnieje jakaś świecka tradycja przedstawiania Mistrza jako taką męską wersję „damsel in distress” – postać pasywną, pozbawioną szczególnych właściwości, która tylko siedzi sobie grzecznie w swoim pokoju numer 118 i czeka, aż Gośka przyleci go wyciągnąć z bagna. Skoro już o niej mowa, należy oddać honor również grającej Małgorzatę Marcie Ledwoń, która znakomicie potrafiła w swojej roli zachować równowagę pomiędzy kobietą przeoraną już nieco przez życie, a kobietą zakochaną, gotową rzucić się za swoim wybrankiem w wir szatańskich przygód. Nawet wysmarowana kremem od Azazella i przeobrażona w wiedźmę pozostaje na swój sposób subtelna, zdecydowanie za piękna dla otaczającego ją brzydkiego świata. Można by rzec wręcz, że to taka złota dziewczyna. W przenośni, a od pewnego momentu historii również dosłownie.
Ma swój specyficzny smaczek taka sytuacja, kiedy z całej gromady osób biegających po scenie kojarzysz może cztery na krzyż. Powiedziałabym – idealna na nowe odkrycia. I faktycznie, takowe tamtego wieczoru się wydarzyło w osobie Daniela Dobosza, którego Korowiow oczarował mnie zupełnie. Chociaż teoretycznie raczej nie miał prawa. Bo za młody do tej roli, bo bardzo ekspresyjny, ogólnie sprzeczny z tym, jak sobie do tej pory wyobrażałam tę postać. Oprócz jednej rzeczy. Był niesamowicie wyrazisty. Zajmujący, zwracający na siebie uwagę, wyróżniający się na tle innych. Zgrabnie przewodzący całemu szoł. A przecież w gruncie rzeczy Fagot właśnie taki powinien być. Na równi z Behemotem, tak samo powodującym zamieszanie. Przeniesienie na ekran czy sceniczne deski postaci tego gadającego kota zawsze sprawia twórcom wiele kłopotu. Pełny kostium zwierza podobny do kombinezonu Batmana lub tandetnego przebrania karnawałowego nie był poważną opcją. Najmniej ryzykownym wyjściem wydawało się być ubranie aktora w konwencjonalny strój – czasami z czarnym futerkiem – i już. Wiadomo, że nie szata zdobi człowieka, ale przyznać trzeba, że położenie tego elementu automatycznie rzuca odtwórcy tej roli kłody pod nogi. Jakby demoniczny kot sam w sobie nie był dostatecznie wielkim wyzwaniem. W Lublinie postanowiono nie silić się na nadmierny realizm i uczynić Behemota przerysowanym z założenia. Nie jest ani człowiekiem ani kocurem. Raczej czymś, co utknęło pomiędzy, ale w tym stanie jest mu dobrze i nie zamierza decydować się na żadną z opcji. Wojciech Rusin przypomina walniętą postać rodem z jakiejś kreskówki, której zdaje się nie ograniczać nic – ani normy społeczne ani kulturowe ani nawet estetyczne. Ewentualnie jego własna wyobraźnia. Najczęściej zbyt rozbuchana, co skutkuje mimowolną śmiesznością. Pozwolę sobie nie opisywać wybryków, które Rusin odstawia na scenie i pozostawić je do zobaczenia na własne oczy. Warto.


Fot. Natalia Giza, pożyczone znów ze strony teatru: [klik!].

Pewną postać postanowiłam zostawić sobie na koniec z wielu powodów. Raz, że to sam Szatan. A raczej najbliższe mi literackie przedstawienie tegoż. Dwa, że wbrew tytułowi to on tak naprawdę jest tu głównym bohaterem. Trzy, że wiadomo. Nie zapominajmy, kto go tutaj gra. Ale po czwarte i chyba najważniejsze… Trudno jest nie dać się ponieść entuzjazmowi i chęci pisania peanów, kiedy staje przede mną najlepszy Woland, jakiego moje śliczne oczy widziały. Bo Holoubek z wersji Wojtyszki, choć wielkim aktorem był, wypadał jak jakaś kpina.** A Oleg Basiłaszwili z rosyjskiego serialu wyglądał, jak to ktoś słusznie zauważył, jak stary gangster. W ogóle ciągle trafiałam na permanentnie pokutujące przekonanie, że Szatana musi grać starszy, obły i mało groźny z wyglądu wujaszek. Jak w tej formie miałby wzbudzać postrach i szacunek?
Lubelski Woland w sumie na pierwszy rzut oka też nie przypomina diabła. Bardziej coś podobnego do zjawy o odrealnionej, niemal nieruchomej białej twarzy. Tylko te oczy. Przenikliwe, dwukolorowe ślepia… Jest dostojny. Wyważony. Głos podnosi rzadko. Ale drga w nim coś niepokojącego. W każdym jego słowie i ruchu. Nie wygląda wprawdzie na kogoś, kto mógłby zrobić krzywdę, ale zdaje się, że ten, kto zawierzyłby mu swój los, musiałby być skrajnie zdesperowanym człowiekiem. Paradoksalnie ten pozór niegroźności czyni go strasznym. Właśnie przez to opanowanie jego krzyk brzmi tak przeraźliwie. Każda zmiana na tle białego makijażu staje się jeszcze bardziej widoczna. Ale nie ma w tym wszystkim nic z przypadku. Woland jest niczym mistrz marionetek, który doskonale wie, co robi. Tylko jego kukiełki nie zawsze potrafią zrozumieć jego intencje i ogarnąć swoimi małymi umysłami ten absolut, z którego perspektywy Szatan obserwuje maluczkich. I choć z czasem okazuje się, że tak naprawdę nie trzeba się go aż tak bardzo bać, jeżeli ma się czyste sumienie, to i tak zostaje człowiekowi z tyłu głowy jakieś poczucie, że należy podchodzić do tego pana z odpowiednią dozą dystansu. Bo co, jeżeli jednak coś na nas znajdzie?…
Role, które wymagają absolutnej precyzji fizycznej i emocjonalnej, to chyba już w wypadku Przemysława Stippy specjalność. Franciszek Von Moor, Hrabia… Swoją drogą zabawne jest przywoływanie tu tej drugiej postaci, bo Woland pospołu z nim i Arielem z radiowej adaptacji „Burzy” zrobionej przez Henryka Rozena parę ładnych lat temu tworzą tercet bohaterów literackich, którzy w wykonaniu Przemka S. stanowią dla mnie najpełniejsze, wręcz doskonałe ucieleśnienie książkowych pierwowzorów. Jak on to robi, nie mam bladego pojęcia. Ale faktem jest, że właśnie po tym przedstawieniu „Mistrza…” jego Woland dołączył do tego grona. To zdecydowanie jedna z najlepszych kreacji, jakie mogłam oglądać na żywo, bo pan aktor nawet na sekundę nie przestaje wiedzieć, co robi. Nie pozwala sobie nawet na najkrótszy moment wyjść ze skóry chłodnego, prawie że niematerialnego Szatana. Żadnej przypadkowości, po prostu nie ma o tym mowy. Każdy ruch to Woland. Każdy gest to Woland. Każde słowo to Woland. Tak banalna czynność, jak palenie papierosa, staje się rzeczą absolutnie wystudiowaną. Nawet spojrzenia, zazwyczaj będące niczym innym jak odruchami, tak naprawdę są doskonale zaplanowane. Po to, by zawsze dawać otoczeniu poczucie, że jest bacznie obserwowane. I oceniane. Czy jeżeli stwierdzę, że Przemek nie gra Wolanda, ale przez te parę godzin nim jest, to będzie duże nadużycie? Nie sądzę.
Takie trzymanie się w ryzach wymaga ogromnej samodyscypliny, ale z drugiej strony ta rola jest pewnym popisem aktorskiej odwagi. Bo Stippa nie boi się niczego. Ani skrajnej przemiany w pana piekieł ani wirującego tempa spektaklu. Ani wyjścia naprzeciw widowni tak, jak go pan Bóg stworzył.


Fot. Natalia Giza, źródło jak wyżej.

W ogóle nagość w „Mistrzu i Małgorzacie” to ciekawy temat. Są tacy, którzy twierdzą, że rozebrani aktorzy w polskim teatrze nie są mile widziani. Ja powiem co innego: spora część współczesnych twórców nie wie, jak z tego chwytu korzystać i nadużywa go tam, gdzie nie jest wcale potrzebny. Co najwyżej po to, żeby nadwyrężyć dobre samopoczucie widza i – parafrazując Gombrowicza – zgwałcić go przez oczy. Tak mniej więcej wyglądały moje dotychczasowe doświadczenia w tej dziedzinie. Poza jednym nienachalnym toplessem z jeleniogórskiego „Procesu” czy dyskretnie oświetloną sceną erotyczną z wrocławskiego „Zamku” zawsze było w takich (he he) momentach coś ostentacyjnego i niesmacznego. Trochę na zasadzie: „patrz, obnażamy aktorów i twoje głupie, mieszczańskie uprzedzenia, bo możemy!”. Największą krzywdę w tym względzie zafundował mi niesławny, choć na szczęście odchodzący powoli w niebyt Teatr Polski we Wrocławiu, prezentując mi nagą postać płci żeńskiej, która w ramach iluzjonistycznej sztuczki wyjmuje sobie czerwoną chusteczkę z… tyłka. Tak. Nie przywidziało się wam. Doświadczenie estetyczne naprawdę wątpliwej jakości. Poza tym jest jeszcze kwestia dość grząska i drażliwa, którą recenzenci i teoretycy zazwyczaj boją się poruszać. Nadzy aktorzy „modnych” przedstawień rzadko są tymi, których nagimi oglądać by się chciało. Oczywiście, że nie wymagam nierealnych ideałów piękna rodem z Photoshopa. Ale nie oszukujmy się: widz w teatrze nie chce epatowania ordynarnym antyestetyzmem. Nastawia się na oglądanie tych elementów rzeczywistości, które są ładne i dotyczy to niemal wszystkich aspektów przedstawień, czy tego chcemy, czy nie.
Na szczęście Tyszkiewicz nie rozbiera swoich aktorów ot, dla hecy. Że litera powieści dyktuje mu warunki w kwestii Małgorzaty i Helli, to oczywiste. Woland, podczas rozmowy z Małgorzatą leniwie przeciągający się w stroju Adama, jest już inicjatywą reżysera. Jednak najważniejszy był sposób realizacji tych pomysłów. Nieubranie bohaterów to nie kwintesencja scen, w których się ono pojawia. To tylko jeden z ich elementów. Nie obliczony na wzbudzanie sensacji, więc takowej nie wywołuje. Pozbawiony ordynarności i bezpośredniości, ustawiony za cieniutką, ale jednak barierą. Małgorzatę kryje warstewka złotej farby, Hellę – koronkowy fartuszek, Wolanda zaś odpowiednia poza. Faktycznie można by użyć stwierdzenia o nagości jako rodzaju kostiumu, z którego co niektórzy uczynili frazes i wymówkę do wszystkiego. Tutaj to nie żaden wykręt. Tutaj to po prostu… pasuje. Wtapia się w warstwę plastyczną przedstawienia i dodaje jej może odrobiny pikanterii, ale takiej w dobrym guście. Jakkolwiek płytko to nie zabrzmi, ta trójka wypada po prostu ładnie. I w ten sposób – choć to Adam Serowaniec w „Miłości blondynki” był pierwszym aktorem, którego rozbierana scena mnie nie odrzuciła w żaden sposób, to Przemysław Stippa zgarnia zaszczytny tytuł pierwszego aktora widzianego przeze mnie w teatrze estetycznie nago. Jakby nie wystarczyło to, że do tego momentu przedstawienia zdążył już zostać moim Wolandem idealnym…

To, o czym opowiedziałam wam tutaj, to tylko nieduża cząstka całości. Rozgrywający się na lubelskich deskach szatański spektakl Teatru Variétés ma wiele barw. Gdybym chciała odczytać i opisać wszystkie, powstałoby chyba coś grubości mojej pracy magisterskiej. Cały kalejdoskop detali. Piękna diva, która kogoś ci przypomina. Papierosowy dym. To, jak Bengalski traci głowę. Jeszua Ha-Nocri, którego niby nie ma, ale jednak jest. Niebieskie peruki. Jeździki. Znaki na twarzy Azazella. Dyskotekowy remix piosenki „Far L’Amore”, która już nigdy nie będzie brzmiała tak, jak przedtem. To wszystko, co w ogromie tych drobiazgów umknęło mi teraz z pamięci. Niczym w sloganie reklamującym uroki województwa dolnośląskiego. Nie do opowiedzenia, a do zobaczenia. Wiem jedno. Bliska memu sercu powieść zyskała wspaniałe przeniesienie na scenę. Ze zmianami, które dało się zaakceptować. Z zaakcentowaniem tych elementów, które zawsze najmocniej działały mi na wyobraźnię. Z duchem wielkiego, idealnie dopracowanego widowiska, po którym opuszcza się widownię z miękkimi kolanami i milionem gwiazd w głowie. Jak po prawdziwym wiosennym balu pełni księżyca. Doświadczenia takie jak to nie zdarzają się co dzień. Ba, nie zdarzają się nawet co roku. Dalekie miasto w do tej pory ledwo mi znanej Małopolsce pokazało mi swoją wielkość za sprawą pięknej placówki kulturalnej ze świetnym zespołem i harmonijnie z nim współpracującymi artystami z innych ośrodków. Pewnym się stało, że choć to była moja pierwsza wizyta w Osterwie, to na pewno nie ostatnia. Panie Tyszkiewicz, obsado, ekipo – chapeu bas.


Fot. Mateusz Wajda, pożyczone stąd: [klik!].

I jeszcze coś w rodzaju zabawnego postscriptum, dopisanego przez życie.
Czasami, gdy widzę w teatrze coś, co mnie zachwyci, przechodzi mi przez głowę myśl: „ach, gdyby tak to nagrać dla telewizji, żeby była pamiątka i żeby wszyscy mogli zobaczyć!”. Ale nigdy jeszcze nie zdarzyło się tak, aby słowo ciałem się stało. Do teraz. Guzdrałam się z pisaniem od lipca, a w październiku rozeszła się wiadomość, że TVP Kultura zarejestruje „Mistrza i Małgorzatę”, by wyemitować całość w Boże Narodzenie. Po prostu świąteczny cud. Dlatego zebrałam wszystkie moje leniwe siły do skończenia tego tekstu przed godziną 18:00 26 grudnia, aby umieścić go tutaj i liczyć, że może kogoś zachęci do skorzystania z tej szansy. Wprawdzie szklany ekran nie odda zapachu desek sceny ani nie wciągnie nikogo w wir akcji, ale zawsze to jakaś możliwość skosztowania tego dzieła bez trudnej eskapady do Lublina. Która – zapewniam was – i tak nastąpi. Bo po wersji telewizyjnej stuprocentowo najdzie was ochotą na wycieczkę do Teatru Osterwy. Słowo honoru.

 

* Byłam świadkiem dialogu pani, która potrzebowała pomocy z wózkiem inwalidzkim i pani z obsługi. Widzka wzdycha, że sprawia tyle kłopotu, na co pani z teatru odpowiada: „To my jesteśmy dla państwa, nie państwo dla nas”. I jak tu nie kochać takich ludzi?
** W ogóle wersja Wojtyszki to kpina po całości i każdego, kto twierdzi, jakoby miała być „najbliższa duchowi powieści”, oceniam surowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *