4 razy 900

Moja dotychczasowa styczność z Jeleniogórskimi Spotkaniami Teatralnymi zaczęła się i skończyła na premierze „Lilli Wenedy” w 2010 roku (który to spektakl zresztą jeszcze chyba przed końcem grudnia cichutko spadł z afisza), więc nie była to ani długa ani szczególnie rozbuchana znajomość. Nie ze względu na brak chęci, bo te zawsze się znalazły.* Gorzej było z pieniędzmi, trafieniem na coś dostatecznie godnego ich wydania, później też z czasem (liceum wieczorowe z zajęciami i do 19.00 nie sprzyjało życiu kulturalnemu w tygodniu, że o studiach poza Jelenią już nie wspomnę)… Ot, zbieg niesprzyjających okoliczności, który jednak kiedyś musiał się skończyć. „Kiedyś” oznaczało w tym wypadku XLIV (słownie – czterdziestą czwartą) edycję.

Pomysł urządzenia w Teatrze Norwida zlotu (prawie) wszystkich polskich realizacji monodramu „Novecento” pojawił się już dosyć dawno, coś koło grudnia 2013 roku i wstyd przyznać, ale mimo zachwytu byłam przekonana, że chyba jednak nic z tego nie wyjdzie. Jakież było moje zaskoczenie, gdy w programie tegorocznych JST znalazłam tytuł jednego z moich ukochanych tekstów pomnożony razy cztery. Takiej okazji wręcz nie wolno było mi przepuścić. Już na początku września zainwestowałam nie taką małą sumę ciężko zarobionych pieniędzy moich rodziców w bilety na wszystkie spektakle tego „festiwalu w festiwalu”. Poznać inne wersje „Novecento” bez jeżdżenia na drugi koniec Polski? Proszę bardzo!

29 września – Jacek Grondowy (Teatr im. C. K. Norwida, Jelenia Góra), Mateusz Olszewski (Teatr Szwalnia, Łódź)
Całość zaczęła się dla mnie od małej podróży sentymentalnej i powrotu do tej inscenizacji, od której zaczęła się moja przygoda z tekstem Baricco. Znaczy się jeleniogórskiej. Wiele słów na jej temat zdążyłam już napisać od momentu pierwszego obejrzenia – czy to na tym blogu, we wpisie o tym wydarzeniu: [klik!] czy to w skrobanej na seminarium licencjackim pracy poświęconej grze aktorskiej w tym spektaklu – więc mogło by się zdawać, że to już wszystko. Nic bardziej mylnego. Nawet nie o to chodzi, że widziałam całość już któryś raz (jak się później po podliczeniu okazało, siódmy) i znam ją na tyle dobrze, że byłam w stanie wychwycić każde pominięcie w tekście, każdą zmianę w inscenizacji i każde przejęzyczenie aktora. Perspektywa czterech lat od pierwszego razu i ponad dwóch od ostatniego sprawiła, że na pewne elementy historii zwraca się uwagę bardziej niż kiedyś, a tym samym trochę inaczej postrzega całokształt. Teraz szczególnie mocno jak dla mnie był dostrzegalny aspekt, że tak to nazwę, sentymentalny. I nie chodzi tu wcale o mnie, a o głównego bohatera i zarazem narratora opowieści. Czy to przyglądając się naszemu „Novecento” jako pierwszemu z czterech czy to mając już porównanie po zaliczeniu wszystkich wersji dało się wyczuć, jak bardzo nastrój podyktowany był tutaj przez początek tekstu. Ten fragment, w którym Tim-narrator wprowadza wszystkich w fabułę, jednocześnie zdradzając jej finał. Że to było i nie wróci, że potem narobił głupot, że nawet trąbkę sprzedał i tylko ta opowieść mu została. Tylko albo aż. Dlatego wszystko, co przewinęło się później, było trochę jak czytanie starego pamiętnika albo przeglądanie równie starych zdjęć. Niby z uśmiechem, ale jednak podszytym smutkiem i żalem, że te najlepsze dni już nie wrócą. Nie bez wpływu pozostał fakt, iż ze wszystkich Tooneyów tych dwóch dni Jacek Grondowy był najstarszy i wiekiem i doświadczeniem zawodowym. Mówcie co chcecie, ale ja uważam, że w kontekście tej konkretnej postaci – takiej, która swoje już przeszła i w monodramie skupiona jest głównie na wspominaniu – to ma znaczenie. Tutaj człowiek, który życie już chociaż trochę zna, zawsze jakoś lepiej zrozumie i bohatera i kontekst i wszystko.

(Zdjęcie, zgodnie z podpisem, pożyczone z portalu jelonka.com – próba sfotografowania obrazków z festiwalowego programu na użytek ilustracyjny słabo się udała.)

Pewnie dlatego zetknięcie się z łódzką wersją było trochę jak lądowanie na innej planecie. Dobra, może nie całkowicie innej, ale różnica nastrojów nie budziła wątpliwości już od momentu, kiedy podczas wchodzenia na zaaranżowaną odpowiednio Dużą Scenę widzów witał dźwięk saksofonu, zastępującego pojawiającą się w oryginale trąbkę. Nie zastaliśmy żadnej scenografii – tylko kartonowe pudło stojące obok grającego na instrumencie aktora. Jak się miało okazać później, nie była ona aż tak konieczna. Nadmiar rekwizytów również. Mateusz Olszewski potrafił z pomocą paru zwykłych przedmiotów wyczarować parowiec „Virginian” i wszystko to, co na nim się działo. Wspominane już pudełko było i tym kartonikiem, w którym znaleziono małego Novecenta i zrzucaną do morza trumną starego Boodmana. Przedstawianych kolejno członków okrętowego bandu oraz załogi symbolizowały lampki napełniane igristojem i szklaneczki wypełnione… jakimś innym alkoholem (ponoć rakiją), które potem rozdano publiczności. Pojedynek Novecenta z „wynalazcą jazzu” ilustrowała winylowa płyta obracana na trzymanym w ręce ołówku. I jeszcze ten wózek towarowy, na którym aktor wirował po scenie, hamując tuż przed stopami widzów z pierwszego rzędu, niczym na fortepianie podczas sztormu, przy „akompaniamencie” kołyszącej się na sztankiecie lampy. Wydawało mi się, że nie da się zrealizować tej sekwencji tak dynamicznie, jak w dysponującej ruchomą scenografią wersji jeleniogórskiej – a jednak! No, i nie zapominajmy o magicznej dwustronnej marynarce, będącej jednocześnie połatanym łachmanem i elegancką kreacją lamowaną złotą niteczką… Mimo wszystko sądzę, że wszystkie wymienione pomysły nie odniosłyby aż tak udanego skutku, gdyby nie naturalna charyzma i młodzieńcza energia odtwórcy roli głównej i jedynej. Skoro już porównujemy łódzką adaptację z przedstawieniem Teatru Norwida (skojarzenia z wiadomych przyczyn podczas oglądania nasuwały mi się same) i doszliśmy do wniosku, że tam mieliśmy do czynienia tak jakby z Timem Tooneyem już po wszystkim, tutaj bohater zdecydowanie bardziej przypomina swoje 17-letnie ja, podrajcowane przede wszystkim graniem na instrumencie i głównie z tego względu wchodzące na statek. Nawet koniec tej największej przygody w jego życiu, jaką był pobyt na „Virginian” i znajomość z genialnym pianistą, nie topi go w morzu smutku. Wręcz przeciwnie, ta postać w interpretacji Olszewskiego sprawia wrażenie mimo wszystko szczęśliwej z powodu tego, że los dał mu szansę bycia przyjacielem tak niebanalnej osobowości jak Novecento. Ten entuzjazm nie dość, że jest okropnie zaraźliwy, to jeszcze w jakimś stopniu narzucił atmosferę. Ale to nie był żaden kierat – wszak można było się poczuć niczym na prawdziwym statku retro z prawdziwym zespołem jazzowym. Najlepsze jest chyba to, że ten zabawowy klimat nie wpłynął negatywnie na smutne fragmenty tekstu. Wręcz przeciwnie. Zagrane bardzo dobrze, w ogólnej wesołości uderzały jeszcze mocniej.

(Obrazek pożyczony ze strony Teatru Norwida.)

Dwie inscenizacje jednego tekstu, każda inna, ale (po cichutkim odsączeniu mojego osobistego stosunku do jednej z nich) obie bardzo dobrze. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że bardzo obiecujący młodszy z aktorów nie porzuci całkowicie tego fachu na rzecz reżyserii, którą obecnie studiuje i zaskoczy mnie jeszcze nie raz i nie dwa równie udanymi kreacjami gdzieś, kiedyś.

30 września – Marek Zimakiewicz (PWST Wrocław), Dominik Nowak (Teatr Nowy, Kraków)
Muszę przyznać, że po tak udanym pierwszym dniu moje oczekiwania wobec kolejnych przedstawień znacznie urosły albo dokładniej to ujmując – te dwie wersje „Novecento” wysoko postawiły następcom poprzeczkę. Od kiedy tylko opuściłam mury teatru, obejrzawszy wcześniej popis Mateusza O., zastanawiałam się: przeskoczą ją czy nie przeskoczą?
Pierwsza z inscenizacji widzianych tego dnia (a trzecia w całym „festiwalu w festiwalu”) od niemal początku uderzyła mnie – oprócz jeszcze większej niż w wersji łódzkiej ascetyczności przestrzeni i rekwizytów – czymś w rodzaju emocjonalnego chłodu. I nawet nie chodzi o to, że aktor wraz z reżyserką podczas adaptowania tekstu zrezygnowali z niemal wszystkich fragmentów o zabarwieniu humorystycznym i ekscytującej przecież sekwencji pojedynku z Jelly’m Rollem Mortonem. Całość ziejąca depresyjnym klimatem, chociaż w wypadku tego konkretnego tekstu nie będąca jak dla mnie najlepszą interpretacją, być może byłaby interesująca. Tyle, że w toku przedstawienia literacki pierwowzór jakby zszedł na dalszy plan, ustępując miejsca scenicznym zabawom ze starą walizką i dwiema maskami – ogólnie jakby był tylko pretekstem do nich. Słowa Baricco… po prostu gdzieś tam sobie istniały, pozostawały wyłącznie zlepkami głosek, które zestawione tak a nie inaczej może mają jakieś tam znaczenie, ale ono ulatywało gdzieś pomiędzy jednym ruchem a drugim. Wprawdzie gdy zorientowałam się, że wrocławska inscenizacja to dyplom studentów wydziału lalkarskiego, obecność tej konwencji stała się dla mnie zrozumiała, ale taki pomysł na „Novecento” nadal pozostał dla mnie nieprzekonujący. Mimo, że Marek Zimakiewicz wcale nie jest złym aktorem i potrafił skupić na sobie uwagę, nie byłam w stanie przywiązać się w jakikolwiek sposób do tak przedstawionej historii. W skrócie: akceptuję fakt, że ktoś tak może to wszystko widzieć, ale ja nie kupiłam tej wersji.

(Obrazek pożyczony z www.okis.pl.)

Wreszcie, niestety lub stety, nadeszła pora na ostatnią odsłonę. Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. Jakkolwiek beznadziejnie albo górnolotnie to nie zabrzmi, wiedziona doświadczeniem doszłam do wniosku, że mam coś jakby intuicję w kwestii przedstawień teatralnych. Taką, która myli mnie dość rzadko (jak to się zdarzyło chociażby przy okazji „Portretu” dawno, dawno temu). I właśnie gdy rzuciłam okiem na nazwisko reżysera i fotkę w programie, przeczucie owo odezwało się gdzieś cichutko. Tylko, że – jak to najczęściej bywa – do końca wmawiam sobie, że nie ma co się uprzedzać zawczasu. „Do końca”, czyli do momentu, kiedy w trakcie oglądania zupełnie tracę nadzieję. Przy inscenizacji krakowskiej nastąpiło to szokująco wręcz szybko. Chyba po prostu nie spodziewałam się czegoś takiego.
… Teraz całkiem szczerze zastanawiam się, jakby tu to opisać, jednocześnie nie czyniąc z tej recenzji bezlitosnego wylewania kubła pomyj. Będzie trudno, bo to, co zobaczyłam, pokrótce można ująć tak: szlachetny tekst zmasakrowany w zderzeniu z tak zwanym współczesnym teatrem i jego niezrozumiałymi dla mnie modami. W chyba każdym możliwym aspekcie. W pierwszej kolejności, jeszcze przed rozpoczęciem, uderzył mnie wygląd scenografii. U poprzedników albo nie było jej wcale albo była ona raczej stonowana – myślę, że odpowiednio do opowiadanej historii. Tutaj moim oczom ukazał się wycinek przaśnego domu kultury czy innej świetlicy rodem z głębokiego PRL-u. Wielki stary wzmacniacz ozdobiony postawioną na nim paprotką, obrzydzony powszedniością model krzesełka i stolika, taka sama zasłonka… Ale pomyślałam, że nie ma co oceniać książki po okładce i czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. Niestety wcale nie było lepiej. Grający Tima Tooneya aktor wkroczył na scenę przyodziany niczym późny Elvis Presley – jeśli wiecie, co mam na myśli – po czym usiadłszy na krzesełku przez następną mniej więcej godzinę monotonnym sznapsbarytonem snuł opowieść, która przecież w książce jest szalenie interesująca, a tutaj po prostu nużyła. Do tego zabolały mnie spore zniekształcenia oryginału. Pierwsza część przedstawienia wręcz przypominała zawody, ile razy można wstawić słowo „kurde” do tekstu Barricco. Okazuje się, że dużo. Pytanie tylko, czy było to w ogóle potrzebne. Tak samo jak kilka wepchniętych na siłę wulgaryzmów i ogólnie stylistyka, zamieniająca opowieść retro w rytmie ragtime na przerysowaną nibypolską przaśność. Na tym ponurym tle pozytywnie wyróżniła się tylko jedna scena – naprawdę dobrze zagrana część finałowego monologu Novecenta. Lecz cóż z tego, kiedy w „modnej” całości ten moment ginie zupełnie, trochę jakby zakrzyczany. Taka metafora, bo przecież Dominik Nowak ani razu chyba głosu nie podnosi, ale konwencja zdaje się nie przestawać wrzeszczeć. Wprawdzie mój opis zapewne nie oddaje nawet połowy tego, co odczuwałam oglądając, ale zaręczam – po zakończeniu zostało mi niezapomniane wrażenie abominacji, gwałtu na oryginale i tym podobnych. To jest teatr, którego chyba nigdy nie zacznę nawet tolerować i przed którym będę się bronić rękami, nogami i czym tam się jeszcze da.

(Obrazek pożyczony ze strony Teatru Barakah – powodowana nie do końca wytłumaczalną odrobiną sympatii, jaką wzbudził we mnie pan D.N., chciałam wybrać możliwie najwdzięczniejsze inne zdjęcie, ale rozsadzało mi wpis. Cóż.)

Po każdym z poszczególnych przedstawień odbyło się spotkanie z twórcami – ku mojej uciesze zresztą, bo ja takie rzeczy lubię bardzo. Większość ciekawa, chociaż jedne stanowczo za krótkie (po jeleniogórskim, ała, ałaaaaa), a inne zbyt długie oraz zdradzające wielką, wydumaną i totalnie nieprzekonującą filozofię dorobioną przez reżysera do inscenizacji (zgaduj zgadula). Jakkolwiek nie mam prawa narzekać ani na dyskusje ani na same spektakle, bo nawet te złe i pretensjonalne trzeba czasem zobaczyć, a racji ich twórców wysłuchać. Chociażby po to, żeby ich w przyszłości unikać albo mieć argumenty za tym, dlaczego jest się przeciwko. A jeśli miałabym ułożyć jakiś ranking, to zapewne kolejność wyglądałaby jak ta, w której panowie przez te dwa dni występowali. Może i nie jestem stuprocentowo obiektywna, może i to nie jest popularna opinia, ale każde inaczej wyglądające zestawienie byłoby jeśli nie kłamstwem, to przynajmniej sporym nadużyciem. Jeleniogórska wersja pozostała tą „moją”, łódzka może w przyszłości jej mocno zagrozić, wrocławska to taka ciekawostka, zaś o tej krakowskiej wolę chyba zapomnieć. Podkreślam słowo „tej” i istnienie drugiej, którą bardzo chciałabym kiedyś również zobaczyć. Bo, jak sama się przekonałam, zestawienie kilku całkiem różnych adaptacji tego samego tekstu potrafi naprawdę dać do myślenia nie tylko w przypadku często totalnie innych odczytań tego samego pierwowzoru literackiego, ale i skrajnie odmiennego podejścia do kwestii teatralnych. A czy się spodoba… To już wychodzi indywidualnie w praniu.

Zamiast w tym miejscu sformułować jakieś zgrabne zakończenie, napomknę o jeszcze jednym polskim „Novecento”, jak się okazuje chronologicznie pierwszym (i notabene wspomnianym przez Mateusza Olszewskiego podczas dyskusji po przedstawieniu wrocławskim) – wersja Teatru Polskiego Radia z 2008 roku, z Jerzym Radziwiłowiczem jako Timem Tooneyem i Piotrem Adamczykiem w roli Novecenta. Które to słuchowisko zresztą chyba powinnam sobie odświeżyć…

 

* Również ze względu na kuszące opowiastki mamy, jak to gdy była w moim wieku korzystała z faktu, że ojciec koleżanki jej siostry pracował jako jakiś mechanik w teatrze i na lewo z drugiego balkonu oglądały na przykład „Kandyda” z wrocławskiego Teatru Polskiego w reżyserii samego Macieja Wojtyszki i z Miłogostem Reczkiem w obsadzie. Ma się tę rodzinę.

3 myśli na temat “4 razy 900”

  1. „Jakkolwiek beznadziejnie albo górnolotnie to nie zabrzmi, wiedziona doświadczeniem doszłam do wniosku, że mam coś jakby intuicję w kwestii przedstawień teatralnych” No ja uważam, że zdecydowanie masz 🙂
    Heh, ale ci się trafiło – ulubione przedstawienie w czterech odsłonach dzień po dniu… Pewnie podobnie czułabym się, gdyby zrobili takie coś ze „Zbrodnią i karą” albo serią komedii Fredry… Ale to nadal nie byłoby to, z żadnym utworem nie mam chyba takiego doświadczenia, jak ty 🙂 Zazdroszczę po całości.

    „szlachetny tekst zmasakrowany w zderzeniu z tak zwanym współczesnym teatrem” Noooo, to to mówi wszystko. Kiedy widzę urywki tych „współczesnych teatrów” w wiadomościach, wychwytuję z nich tylko wrzaski i turlanie się po podłodze. Mam wrażenie, że ci reżyserzy takich rzeczy uważają za wartość już samo to, że dali aktorom dzisiejsze ciuchy, nie wspominając o „odważnym” podejściu do tematu… No bo przecież jak się nie spodoba, to staroświeckość i zepsucie, no więc po co się starać. O, a tu jeszcze przekleństwa i „nawiązania” do polskości. Bombastycznie. I oczywiście to właśnie tu urządzili sobie zbyt długie spotkanie z twórcami, czyż nie? 😉

    Ja mam wrażenie, że najbardziej spodobała mi się wrocławska dwójka. Ta energia i ta radość wspomnień przeciekła aż do twojego wpisu i zaraziła też mnie, a jaka porywająca musiała być ta scena z wózkiem-fortepianem!

    1. Oj tam oj tam! *pąs*

      Ja to takie cuda – po części z racji kierunku studiów – muszę czasem oglądać nie tylko w urywkach… I ogólnie wszystko to, co o tym napisałaś, się zgadza. A jak ja takich wytrychów (bo to już nie są chwyty) nie znoszę, o ja cię nie mogę.
      I tak, dokładnie po tym.

      Chyba jeleniogórsko-łódzka, o wrocławskiej jednej wersji nie napisałam chyba entuzjastycznego akapitu ;D

  2. (Mało mi, więc – a co tam – skoczyłam sobie do starszej 😀 )
    Awww, no ma się tę rodzinę 😀
    No niesamowite te twoje przeżycia po takich adaptacjach. No że też dałam się zaskoczyć tą nowoczesną, wszędzie to muszą wcisnać. I pomyśleć, że nigdy nie słyszałam o takiej sztuce! I o tym, że jest twoją ulubioną! Naprawdę ciekawa sprawa.

    P.S. Jaki tytuł! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *