Dzienniczek bardzo pop (1)

Siedzę sobie przed laptopem, wszystko mnie boli (który wymyślił obowiązkowy wuef na studiach, przyznać się?!?), zaś głośnika sączy się pornograficzny wręcz głos Richarda E. Granta w słuchowisku radia BBC4 „Harry in the Underworld”. Wprawdzie niewiele rozumiem, bo moje zdolności językowej koncentracji są dzisiaj bliskie zeru, ale ciii. W tych oto okolicznościach przyrody próbuję ogarnąć bloga, którego Onet właśnie mi wyniósł na nową platformę. Upgrade’ował jak Cybermani. I niczym Drugi Doktor – czy setki odcinków później Jedenasty – mogłabym teraz powiedzieć: „You’ve redecorated! I don’t like it”. Ale cóż mogę poradzić. Jeden pozytyw, może teraz będzie się to wszystko rzadziej psuć.

Ale niniejsza notka ma w zasadzie inny cel niż poinformowanie wszystkich wszem i wobec, że mi bloga wywrócili do góry nogami. Stwierdziłam sobie, że może to jest dobra okazja, żeby wreszcie sprężyć dupę i zacząć coś, na co ochotę miałam od dawna. Popkulturalne pisanie na bieżąco. A że nowego bloga specjalnie do tego celu zakładać mi się nie chce, przekształcać zupełnie tego tym bardziej, więc stwierdziłam sobie, żeby wydzielić sobie tutaj na to trochę miejsca. W formie notkowego cyklu. Takiego popowego dzienniczka, jak w tytule. Będzie krótko, zwięźle i na temat – parę słów o tym, co ostatnio obejrzane, przeczytane czy ewentualnie wysłuchane. To, co kiedyś wplatałam w różne wpisy o wszystkim i o niczym. Because why not?
Z różnych względów nie pisałam nic a nic o bieżących filmowo-książkowych sprawkach przynajmniej od września, ale nie zamierzam teraz tego nadrabiać. To, co z listopada, będzie wsio, a z tego, co wcześniej, wybiorę tylko to, co najlepsze.

Filmowo:
* Maklerzy (Dealers, 1989) – z cyklu odbębniania całej filmografii Paula McGanna. Całkiem udany obrazek z życia giełdowych rekinów. Oglądało się przyjemnie, nie tylko ze względu na uroczo młodego podówczas odtwórcę głównej roli – poza ciekawym wątkiem fabularnym i kilkoma bardzo fajnymi pomysłami (dwie sceny wejścia do mieszkania Anny!) dostajemy gratis dość dokładne tło obyczajowe tamtego okresu. Muzyka, rozrywki, moda, te sprawy. No i jeszcze klimat. Oj, klimat jest świetny. Na Filmwebie kliknęłam 8 gwiazdek bez jakichkolwiek wyrzutów.
* Męskie sprawy (1988) – tu z kolei mamy film, który chciałam obejrzeć już od jakiegoś czasu, ale jakoś nam było nie po drodze razem. Aż do pewnego październikowego weekendu. Cóż mnie tak ciągnęło do niego? Wszak poznańska historia z czasów schyłku zaborów to trochę nie moja bajka. No cóż, dawniejsze ‚celebrity crushes’, te polskie, które nadal darzę sympatią. Robakiewicz w głównej roli. Rybarski i Kuźmiński w drugim planie. Wszyscy jeszcze piękni i młodzi (bo teraz to już są tylko piękni, hehehe). Jeśli do tego dorzucić jeszcze fabułę o wiele, wiele ciekawiej opowiedzianą, niż można było sądzić po opisie i przecudną nieletnią odtwórczynię głównej roli kobiecej w osobie Karoliny Czernickiej (której filmografia niestety poza tym obrazem zawiera tylko rólkę w „Korczaku”), to wychodzi całkiem nieźle przyrządzone danie. Z pomysłem i ikrą. A Gundzia Turowska pozostanie chyba na długo jedną z moich ulubionych postaci dziecięcych ever. Kolejne 8 wystawione z czystym sumieniem.
* The Man Who Married Himself (2010) – krótki metraż. Tym razem w ramach oglądania wszystkich filmów Richarda E. Granta. Film, zgodnie z tytułem, o facecie, który wobec wiecznych niepowodzeń miłosnych postanawia wziąć ślub z samym sobą. Odrobinę surrealistyczne, śmieszno-straszne, a sam Grant cholernie zabawny i uroczy na zmianę. Jeszcze raz 8/10 w skali filmwebowej.
* Trzymaj aspidistrę w locie (Keep the Aspidistra Flying/A Merry War, 1997) – znowu REG, obejrzane ciurkiem z poprzednią pozycją w ciągu jednego piątkowego wieczoru. Z tym, że tutaj do kompletu dostałam jeszcze Helenę Bohnam Carter – a po „Jak zostać królem” muszę przyznać, że lubię tą panią, oj lubię. A w duecie z Grantem to chyba nawet bardziej. Oboje dobrzy aktorzy, lekko odstający od tak zwanej normy… to musiało zaowocować czymś fajnym. Zaś sama historia, bazująca (ponoć dość luźno) na książce George’a Orwella znanej w polskim tłumaczeniu jako „Wiwat Aspidistra”, o godzeniu własnych ambicji z życiem i całkiem przyziemnymi potrzebami codzienności, wydała mi się być jakoś dziwnie bliska. Może stąd kolejne szczere 8 gwiazdek.
* Sherlock Holmes (2009) – WRESZCIE. Tyle czasu sobie obiecywałam, obiecywałam, aż w końcu obejrzałam. Skoro poznałam dwie z tych adaptacji przygód najsłynniejszego z detektywów, którymi najbardziej jara się fandom (tzn. serię Granady i serię BBC), to wypadało liznąć chociaż i zamerykańszczoną wersję. I prawdę mówiąc, w przeciwieństwie do wyżej wspomnianych szału nie było. Wprawdzie Robert Downey Jr. okazał się być lepszym Sherlockiem niż można było sądzić po niektórych opiniach (a wierzcie mi, niektórzy strasznie spuszczali go ze ściekiem), a Jude Law wcale nie gorszym Watsonem, ale całości jakoś nie kupiłam. Jako adaptacja opowiadań – słabe. Jako wariacja na temat – nie za bardzo w moim stylu. Niby fajny pomysł, Holmes jako wiktoriański bohater ostatniej akcji, ale nie, jakoś nie podeszło. Całość ogółem wyglądała jak taki sfilmowany slashowy fanfik. I chociaż należę do tej grupy, która uważa, że tych dwóch było zdecydowanie kimś więcej niż tylko przyjaciółmi, nie zrobiło to na mnie zbyt dużego wrażenia. Ot, fajnie się oglądało, ale większość zachwytów nad tym filmem jest raczej mocno przesadzona. Ale na Filmwebie postawiłam 6 gwiazdek, bo parę pomysłów jednak było całkiem całkiem.
* Trzecia gwiazda (Third Star, 2010) – to jeszcze jeden film, który chodził za mną już od jakiegoś czasu ze względu na aktora. Tym razem nieco zaniedbanego w mojej fangirlistycznej pisaninie Benedicta Cumberbatcha. Więc kiedy w końcu pojawił się w ramówce, ucieszyłam się wielce. Tylko, że ktoś zrobił – zarówno mi, jak i tej produkcji – dużą krzywdę, emitując go 1 listopada. Puszczenie filmu o umieraniu we Wszystkich Świętych, poprzedzając go w dodatku tak zwaną głęboką dyskusją o sensie śmierci (tfu!), mogło wywołać tylko jeden efekt. Podświadome bądź nie „ugh, nie, nie, to jest patetyczne, nie, nie, precz”. I być może dlatego całość niezbyt przypadła mi do gustu. A może po prostu miałam za duże oczekiwania, bo tyle się naczytałam, jaki to piękny film, jaka cudna rola Cumberbatcha. Owszem, Benio zagrał bardzo dobrze, ale to nie wystarczyło. Pomysł był ciekawy, ale mniej więcej w połowie wszystko siadło i poszło w jakimś zupełnie nieprzemyślanym kierunku. 6 gwiazdek i to tak bez przekonania, więc planuję obejrzeć ten film jeszcze raz. W normalnych okolicznościach.
* Lesbian Vampire Killers, czyli noc krwawej żądzy (2009) – tutaj wpadamy z kolei w serię o nazwie „kupiłam DVD pół roku temu i leży, bo nie mam czasu obejrzeć”. Aż pewnego pięknego wieczora ostatniego dnia października stwierdziłam: „Daga, u licha, dzisiaj jest Halloween, ty po słodycze już nie chodzisz, do ciebie pewnie znowu nikt nie przyjdzie, bo te dzieciaki teraz się już nie potrafią bawić, weź sobie jakieś niezdrowe przekąski i oglądnij!”. I to była bardzo dobra decyzja. Mieszanki horroru z komedią, w różnych proporcjach, zdają się przypadać mi do gustu, biorąc pod uwagę moje dotychczasowe doświadczenia, więc spodziewałam się, że i ten mi się spodoba. Nie pomyliłam się. Ktoś powie, że to jeden z tych filmów, które są takie głupie, że aż śmieszne, ale lepszy taki film dobrze zrobiony niż gnioty udające poważne, mądre i „głębokie” kino. A ten jest fajny. Wprawdzie śmiechu jest tu o wiele, wiele więcej niż grozy, całość wygląda w sumie jak campowa parodia gatunku, ale i tak ogląda się bez bólu głowy. No i ważny fakt – jest Paul McGann jako ksiądz w stylu ‚badass preacher’, jest James Corden aka Craig z „Doctora Who” jako gapowaty koleś, który pojechał na wieś dla panienek i alkoholu, a skończył walcząc z lesbijskimi wampirzycami. To oznacza, że jest impreza 😀 Bezwstydnie dałam 7 gwiazdek. Kino rozrywkowe też się liczy.
* Van Gogh: Painted with Words (2010) – panie Cumberbatch. OCH PANIE CUMBERBATCH, TY TO JAK CZASEM ZAGRASZ… Po pewnym jednak rozczarowaniu „Trzecią gwiazdą” tutaj byłam bardzo zadowolona z czasu spędzonego przed ekranem. Może dlatego, że konwencja strawniejsza, może dlatego, że czytywałam o życiu i twórczości Van Gogha jeszcze za smarkacza. A może po prostu to wszystko było dobre. Zwyczajnie dobre. I pomysł, i realizacja, i aktorstwo. Zarówno Benek jako Vincent, jak i Jamie Parker jako Theo. Ciekawostka – wszystkie, ale to absolutnie wszystkie dialogi w filmie są żywcem wzięte z autentycznej korespondencji obu panów Van Gogh. Taki mały dowód na to, że czasami aby uzyskać dobry efekt, nie trzeba nic przerabiać w materiale źródłowym. Stąd po raz kolejny poleciało gwiazdek 8.

Serialowo:
* Give Us a Break (1983), odc. 1-3 – w tym momencie należałyby się podziękowania naszej Tumblrowej grupce fanującej Paula McGanna za wciśnięcie mi tej serii i w ogóle za jej zdobycie. Bo wprawdzie z tego, co udało mi się na ten temat poczytać wynika, że w momencie emisji cieszyła się sporą popularnością (doczekała się nawet paru nowelizacji), ale potem… no cóż, skoro obecnie jedyną dostępną ludzkości wersją są ripy z kaset video, skaczących momentami jak naćpane kangury, to chyba coś potem poszło nie tak. A szkoda. A szkoda, bo na trzech pierwszych odcinkach bawiłam się świetnie. Jest sporo humoru i naprawdę zabawnych scen, jest dość ciekawe tło obyczajowe, no i przede wszystkim są fajne, pełnokrwiste postacie. Te ostatnie to chyba najważniejszy czynnik, w połączeniu z dobrym aktorstwem. Mamy tu McGanna, ale McGanna baaaaaardzo młodziutkiego. Nie jest to jego pierwsza rola filmowa (jeśli ufać IMDb i mojej dotychczasowej wiedzy, do tego momentu zrobił przynajmniej trzy filmy telewizyjne), ale najwcześniejsza możliwa do zdobycia, więc w zasadzie można by to rozpatrywać w kategoriach debiutu. Udanego skądinąd. Morris zwany zdrobniale Mo to uroczy, ale jednak czasem wredny gówniarz i te rysy charakteru zostały oddane znakomicie. Pierwszoplanowy duet uzupełnia Mickey, nieco cwaniaczkowaty i próbujący młodemu robić za mentora, chociaż nie bardzo się do tego nadaje. Grany przez, uwaga uwaga, Roberta Lindsaya – którego jakieś 80% polskiej publiczności kojarzy głównie z „Moją rodzinką”, która mnie w ogóle nie jara i w której imho nie pokazuje nawet połowy swoich zdolności aktorskich. Dzięki bogom ktoś mi podsunął „Hornblowera” i parę innych rzeczy, bo bym bez sensu dalej żyła w takim przeświadczeniu, że Lindsay, Lindsay, eee tam Lindsay. A to wcale nie takie ‚eee tam’! Tych dwóch ma tutaj bardzo fajną chemię między sobą i wielka szkoda, że to w zasadzie jedyna produkcja, gdzie zagrali razem (znaczy się byli obaj jeszcze we wspomnianym już „Hornblowerze”, ale nie mieli wspólnych scen, buuuhuhuhuhu). Nie mogę się już doczekać zabrania się za kolejne epizody, niestety fakt, iż jestem aktualnie na czwartym oznacza, że jestem mniej więcej już w połowie całego serialu – bo tych odcinków za dużo nie było. A szkoda, wielka szkoda.

Książkowo:
* Agatha Christie „Tajemnicza historia w Styles”, „Zatrute pióro”, „Uśpione morderstwo” – zacznijmy od tego, że na moich popapranych studiach w tym semestrze znalazłam jedną z niewielu rzeczy, które naprawdę lubię. A mianowicie wykład opcyjny z literatury sensacyjnej. Ciekawie poprowadzony i z najfajniejszą listą lektur, jaką na oczy widziałam od czasu, gdy po raz pierwszy przestąpiłam progi tego dziwnego miejsca (Sherlock Holmes, YEAAAAAH!). Znaleźć musiały się tam oczywiście również książki Agathy Christie jako jednej z najważniejszych przedstawicielek klasycznego kryminału. Miałam już pewną styczność z jej twórczością jakiś czas temu, ale wypadło to dosyć… niefortunnie. Podpowiedź: wzięłam sobie „Kurtynę”, bo mi się tytuł spodobał. Damn. Ale tym razem ktoś mądrze na liście lektur wcisnął nam książki z początku obu cykli – tego o Poirocie i tego o pannie Marple, po jednej z każdego. I proszę państwa wsiąknęłam. Wsiąknęłam na dobre. Ostatnio rzadko mi się zdarza, żeby mnie jakieś czytadło wciągało na dobre, a tu wciągnęło. I nigdy nie udało mi się dobrze wytypować zabójcy. Nigdy. To się nazywa dobrze spleciona intryga. Przy czym „Zatrute pióro” przypadło mi do gustu trochę bardziej niż „Tajemnicza historia w Styles” pod kątem fabuły, sama do końca nie wiem, dlaczego. Może przez trochę ciekawiej nakreślone „gościnne” postacie? Ale nie tylko to stało się motywacją do sięgnięcia po „Uśpione morderstwo”. Po prostu poszłam po dość prostej linii, jeśli chodzi o wybór kolejnych części i korzystając z faktu, że większość książek została zaadaptowana na potrzeby filmu, postawiłam na te, których ekranizacje oglądałam/zamierzam oglądać. Tak czy siak wybór był dobry, bo poza fajną intrygą akurat ta powieść miała coś jeszcze, coś co baaaardzo lubię – zagadkę z przeszłości. Koniec końców na półce czeka na przeczytanie tom „Zerwane zaręczyny”, zaś na BiblioNET-ce wcześniejsza trójka dostała kolejno 4,5 i po 5.

Muzycznie:
Otóż Cyfra+, która w bezczelny sposób zabrała nam Kino Polska Muzyka jakiś czas temu, teraz nadrobiła niejako z nawiązką, oferując nowy kanał o nazwie Stars TV. A tam głównie klasyka, z rzadka tylko przetykana czymś nowszym, wliczając w to niestety shit pokroju Feela czy Farny. Ale to rzadko. Częściej cudne starocie. Również rzeczy, których wcześniej jakimś cudem nie znałam. Głównie z lat 80., co zabawne. Chociaż biorąc pod uwagę moje muzyczne gusta, ostro odchylone w tym kierunku, to w sumie…
Za każdym tytułem stoi link do klipu na YT, bo obrazki do tych kawałków też są dobre.
* Alphaville – Sounds Like a Melody
* Yazoo – Don’t Go
* The Twins – Love System
* Falco – Vienna Calling
* Prince – 1999
* Debbie Harry – French Kissin’ In The USA
Tak przy okazji utworu duetu Yazoo to myślę, że warto wspomnieć, iż moja mama okazała się być fanką Alison Moyet w stanie spoczynku. No i cóż, w tym jednym zgodne jesteśmy teraz obie – Adele może jej naskoczyć. Serio.

JEZU. A MIAŁO BYĆ KRÓTKO. Tylko co ja mogę poradzić, skoro tyle zaległości się porobiło… Później będzie krócej. Obiecuję.

2 myśli na temat “Dzienniczek bardzo pop (1)”

  1. Ojeeeej zmienił się image forum i można po ludzku dodać komentarz! Juuupi! Ale gdzie cytrynka? :< Gdzie jest moje ulubione zdjęcie drinka z cytrynką? Ona tutaj tym żółtym tak fantastycznie pasowała kolorem.
    Jestem z K-Paxu, zawsze zwracam uwagę na owoce :]

    Nowy temat widzę urządzasz. Fajnie, recenzje będą. Szkoda, że krótkie, bo ja lubię takie głębokie rozwodzenie się (najlepiej idące w kierunku marudzenia :p), ale i tak ładne, można się dowiedzieć trochę. Na przykład, że Cumberbatch grał Van Gogha (ciekawe, czy Dali też ma takie wzięcie w TV…) i że Dagens lubi horrorokomedie (ciekawe, czy spodobałaby się jej "Noc żywych kretynów"…).

    Muzycznie… Myślę sobie – ciekawe, czy (albo raczej: jak często) na tym Stars TV się pojawia Pet Shop Boys… A wtedy patrzę: Falco – Vienna Calling! Wreszcie nam gusta styknęły! Przybij piąteczkę!
    Zabawne, bo akurat ta piosenka trafiła do mojego folderu z muzyką w pakiecie z pewną piosenką Alphaville i odtąd bardzo pilnuję ich nazwy (z muzyką jest u mnie często tak, że 1. wyłapuję coś w radiu, 2. Szukam w necie, 3. Dowiaduję się, co to). Ale nie, nie "Sounds Like a Melody". Kurce, jeszcze nie znalazłam nikogo, kto lubiłby "Song for no one", a mnie przy tym odbija.
    Ale teledysk do "Vienna Calling" trzeba zobaczyć. Kurce, ale się cieszę, tego tytułu naprawdę nie spotyka się często.

    Krótko? A czemu ma być zaraz krótko? Pocztówki nie są pro. Jak komuś za dużo do czytania, to nie lubi w ogóle, a jak się komuś spodoba, to chce więcej przecie.

    Ej. Ale ty mi nie pomagasz teraz w zgłębianiu tajników języka C++ i funkcji SDK Marmelade. Wstydź się.

    1. A ja tego nie lubię. Przywykłam do tamtego :< Może kiedyś wróci. Na razie przestało pasować pod układ.

      Dłuższe może też kiedyś będą. Od dawna zabieram się za długaśny pean na cześć "Withnail i ja", ale to ciągle odkładam na kiedyś. No cóż. Od jakiegoś czasu brakuje mi cierpliwości na długie rece. Zresztą nie narzekaj. Analiza 7 sezonu DW była na bogato. Poza tym z łapką na serduchu – kto poza Tobą i mną to wszystko czyta? 😛

      "Noc żywych kretynów" ubawiła mnie do bólu swego czasu 😀 Ale to było dawno. Troszkę dawno.

      *high-five* Pet Shopsi są akurat dosyć często, chociażby dzisiaj widziałam moje łukochane "Go West", poza tym na pewno do tej pory dawali "Domino Dancing" i parę innych hiciorów, wliczając "You're Always on My Mind" do zajechania. Dobrą imprezę na tej stacji mają.

      A Ty mi nie pomagasz w pójściu wcześnie spać. Jesteśmy kwita xD

Pozostaw odpowiedź ~Astroni Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *