Po lodzie czy po wodzie, czyli o niespecjalnym odcinku specjalnym

Jeszcze chyba nigdy nie zaczynałam pisać żadnej powiązanej z „Doktorem Who” recenzji już w pół godziny po emisji. Ech, żeby to chociaż radość z udanego odcinka motywowała mnie dzisiaj do walenia w klawisze… Bo niestety pcha mnie dzisiaj do tego głównie grube, tłuste i brzydkie rozczarowanie, w które niemal do końca nie bardzo chciało mi się wierzyć.

Będą spoilery, mówię od razu.

Jak wielkie oczekiwania miałam w związku z tegorocznym świątecznym specjalem, wie chyba każdy, kto chociaż trochę śledzi bloga lub moje wpisy na doktorowych forach. Nie, nie nowa towarzyszka mnie tu jarała, ale Richard E. Grant. Mój cudowny, fantastyczny Richard E. Grant, wreszcie po dwóch występach w pokrewnych produkcjach (parodia „The Curse of Fatal Death” i zdekanonizowana animacja „Scream of the Shalka”) trafił do „pełnoprawnej” serii. Po tym, jak wiadomość gruchnęła, przez te kilka miesięcy czekałam z niemałą ekscytacją, cóż to z tego wyniknie. Niestety, finalny efekt w niewielkim stopniu spełnił moje oczekiwania.

Może zacznijmy od plusów jednak. Sam pomysł z gadającym, inteligentnym śniegiem (dubbingowanym przez samego Iana McKellena, aaaaa) i bałwanami wpieprzającymi ludzi był bardzo fajny. Robienie obiektów godnych strachu z rzeczy zupełnie zwyczajnych zdaje się być domeną Moffata – były maski gazowe, były figury aniołów, a teraz bałwanki. Ciekawie rysowali się bohaterowie, przede wszystkim przepysznie zły doktor Simeon w kreacji Granta, bystra i zadziorna Clara, która w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki nie wydawała się być głupią i zależną od innych gęsią, rodzina jej chlebodawców… Ba, nawet postaci powracające z epizodu „The Good Man Goes To War”, których zapowiadana obecność nie bawiła mnie ni cholery, wypadły albo przezabawnie (Strax i jego gadki) albo przynajmniej nie irytująco (Vastra). Niestety nie dotyczy to Jenny, której piskliwy głosik i ogólna aparycja działały mi na nerwy. Zresztą moja opinia o paniach jako duecie została jasno wyłożona w którymś z dawniejszych wpisów – forma zwykłego „fanservice’u” dla fanów, bo ojezu, ojezu, międzygatunkowa para lesbijska. Udana była też oprawa – muzyka, efekty, kostiumy. Sekwencja z Clarą wspinającą się po schodach do TARDIS to chyba jedna z najładniejszych scen całego odcinka. A i to nawiązanie jednocześnie do Sherlocka Holmesa i do Czwartego Doktora ucieszyło mnie niezmiernie.

Niestety chcąc bardziej zgłębić się w fabułę, muszę przejść do minusów. Pomysł był udany, ale jego rozwiązanie najdelikatniej mówiąc poniżej oczekiwań. Finał był jak bezmyślne ciachnięcie nożem – coś na zasadzie „ojej, ojej, zapędziliśmy się ze scenkami rodzajowymi, nie mamy już czasu na porządne zakończenie tej intrygi, po prostu weźmy i wszystko rozpieprzmy”. No i rozpieprzyli, głównego villaina ubili i cześć, wszyscy są happy. Czegoś bardziej trywialnego chyba wymyślić się nie dało. Gdzie jakaś porządna, odpowiednio przedstawiona motywacja stojąca za doktorem Simeonem? Gdzie jakaś porządna, odpowiednio przedstawiona motywacja stojąca za śniegiem, u licha? Dlaczego śnieg wybrał akurat Simeona? Krótka scenka o tym, że samotne dziecko gadało z bałwankiem, blah, blah, blah to NIE JEST dobrze rozpisane podłoże dla czarnego charakteru. Śmierdzi mi to wszystko słabawymi zachodnimi kreskówkami, gdzie złol po prostu sobie jest złolem, ma niecny plan zniszczenia całej pieprzonej ludzkości i zdobycia władzy nad światem TM, zaś w finałowej walce należy go ukatrupić bez głębszego zastanowienia – czy rękami głównego bohatera czy jakimś efektownym samobójstwem z wybuchami. To byłoby zupełnie na miejscu właśnie w jakiejś amerykańskiej animacji trzeciego sortu, ale czy w „Doktorze Who”? Nie sądzę. Ktoś mógłby się przyczepić, że gdy w podobny sposób rozwiązano sytuację w „Dinosaurs on a Spaceship”, nie robiłam z tego żadnej sprawy. Tylko, że tam w podobny sposób rozwiązano sytuację zupełnie inną. Naprawdę ktoś wyobraża sobie puszczenie Solomona wolno po tym, co odwalił?… Może się to wydawać dziwne, ale zastosowanie w „The Snowmen” rozwiązania a’la finał historii Nehelenii w animowanej wersji „Sailor Moon” byłoby chyba mądrzejszą opcją. No, ale do tego trzeba by było mieć nie tyle więcej czasu niż 60 minut specjala, co lepszy pomysł na rozplanowanie całości. Tutaj zdaje się tego wujkowi Moffatowi zabrakło.
Tym bardziej to wszystko boli, że Wielka Inteligencja – to, co stało za Simeonem, śniegiem i wszystkim – to przeciwnik zapożyczony jeszcze z czasów Drugiego Doktora. Pożyczać z klasycznych odcinków i psuć. To dopiero ból.

Zabrakło dobrego pomysłu na rozplanowanie całości, bo? Zamiast porządnie rozłożonej intrygi dostaliśmy garść niezbyt sensownej i niepotrzebnie rozciągniętej dramy nad umierającą, nieumierającą czy cholera ją wie jaką Clarą. Powiedzmy sobie wprost, już sam w sobie pomysł ze skokiem z lodową babą ostro rozpieprzył całkiem dobry do tej pory klimat, ale zabicie jej od razu byłoby o wiele, wiele prostsze, zwłaszcza, że nie bardzo mam pojęcie, jak miałaby taki lot przeżyć. Ale nie. Zdaje się, że Moff nauczony doświadczeniem z czasów Pondów, że lud lubi dramę, musiał jej nam dołożyć. I znowu mu nie wyszło, popłakujące po kątach dzieciaki, walecznie tłukący w klawisze Strax i Clara oddająca ducha w ramionach Doktora jakoś mnie nie ruszyły. Za to znowu miałam poczucie pewnego niesmaku. No, ale bez tej sceny nie można by było pokazać, że hurra, aluzje, suflety, pierdety i ta sama aktorka to nie przypadek, Clara to Oswin z „Asylum of the Daleks” i jeszcze nie wiemy, jakim cudem, ale jak już wymyślimy, to na pewno wam pokażemy. Chociaż muszę oddać honor – taki pomysł na tę postać to o wiele lepsza opcja niż kolejna kalka Mel Bush w stylu River, to znaczy towarzyszka podróżująca z Doktorem w innej chronologii niż ta jego.
Nie zmienia to faktu, że finał był zdecydowanie niedobry. U licha, nie zapominajmy, że to odcinek świąteczny! Tutaj odrobina różnie rozumianego naciągniętego happy endu mieści się w konwencji. Przecież nawet w niewesołym „End of the Time” koniec końców wiemy, że wszyscy są zadowoleni, Martha z Mickey’m strzelają do potworów, Jack wyrywa nowego faceta, Donna wprawdzie straciła całą pamięć swoich przygód w czasie i przestrzeni, ale o tym nie wie i cieszy się swoim ślubem, a dziadek Wilf wie, że przy okazji jego kochana wnuczka wygra kupę kasy na loterii i będzie urządzona na wiele najbliższych lat. A tu dupa. Rodzinka chlipie nad grobem tragicznie zmarłej guwernantki, a Doktor mając to zupełnie gdzieś rusza na poszukiwanie przygód (i panny Oswin).

O właśnie. Doktor. Nad tym, jak pokazał się w tym specjalu, porozwodzę się dłuższą chwilę. Niekoniecznie mam tutaj na myśli jego nowe ubranko. Bardziej charakter, a raczej coraz bardziej masakryczne od niego odstępstwo. Zawsze było tak, że odejścia towarzyszy wywierały pewien wpływ na osobowość każdego z Doktorów, ale to, co wyrabiało się tutaj, przeszło whoviańskie pojęcie. I wy mówicie, że Dziesiąty zachowywał się jak emo po pożegnaniu z Rose? Jedenasty po odejściu Pondów to dopiero się drama queen robi. Ojezujezu, mam doła, straciłem przyjaciół, mam Wszechświat w dupie, już nikomu nie pomagam. Pośmierduje mi to ostro kolejnym krokiem w kierunku robienia „najważniejszych ludzi w życiu Doktora” ze wszystkich bohaterów, których wprowadził Moffat. Pomijając w ogóle, że całe to zachowanie napisane jest bardzo out of character – bo do ciężkiem cholery, kto widział Jedenastego mówiącego „Zamknij się”? Taka pyskówka pasowałaby do Szóstego, rozwścieczonego Dziewiątego, ale u licha, ten kosmiczny pięciolatek? Tym bardziej, że – pomijając już zupełnie, że Pondów nie znosiłam i ich zniknięcie sprawiło mi wielką radość – wszyscy wiemy, że oni nie zginęli, ino przenieśli się w inne czasy, by tam dożyć w spokoju końca swoich dni, więc aż chce się powiedzieć: „A weź, Doktorku, nie dręcz duszy, znajdź sobie lepiej coś porządnego do roboty”.

Udany zalążek pomysłu zaginął w akcji w trakcie wykonania. I tyle. Nic to, że nowy kostium Doktora, nowa czołówka, nowe wnętrze TARDIS… To wszystko sprawia tylko wrażenie dokładania kolorowego pudełka do nie za bardzo udanego produktu. A nowe opakowanie nie zastąpi magii, którą ten serial od 6 serii stopniowo traci. Nie jestem zawziętą hejterką Moffata i wiem, że potrafi tworzyć świetne historie, ale ta równia pochyła, po której zdaje się toczyć DW, jest równie oczywista, co smutna. Zamiast świątecznej przygody dostałam takie niewiadomo co z dramatem i kilkoma nieprzemyślanymi pomysłami. „The Snowmen” wbrew moim oczekiwaniom nie zastąpi mi „The Next Doctor” czy innych starszych specjali. Ba, nawet naiwniutki „The Doctor, the Widow and the Wardrobe” wydaje się być przy tegorocznym odcinku naprawdę udany. A może to właśnie te wymagania, narosłe przez miesiące czekania sprawiły, że spoglądam mało entuzjastycznie na finalny efekt? Kto wie. Ale z drugiej strony taki serial jak DW to jakaś marka i jak najbardziej należy od niego wymagać przynajmniej pewnego poziomu.

Pomijam już zupełnie zmartwienie typowo whoviańskie, kręcące się wokół Granta. Bo wychodzi na to, że jego rola – jak by ona nie była napisana – w samej serii definitywnie blokuje wszelkie szanse na ukanonicznienie „Scream of the Shalka” i granego tam przez niego Doktora, jak i możliwość pojawienia się w przyszłości jako któregoś z kolejnych Doktorów. Chociaż gdy przypominam sobie sytuację z Colinem Bakerem, który początkowo zagrał w serialu drugoplanową postać w jednym z odcinków, by potem stać się Szóstym, to trochę mnie to pociesza.

Dziabie mnie tylko trochę to, że, jak to zwykle bywa, fandom jara się czymkolwiek, co mu wcisną. Chyba ktoś na fejsbukowej Whomanistyce napisał, że to była „klasa”. Tylko w czym, ja pytam się. W „macie ochłap na święta i cieszcie się”? Żadna to klasa. Naprawdę.

* * *

A abstrahując zupełnie od mojego dzisiejszego niefajnego serialowego doświadczenia i przyjmując, że kilka osób jednak coś tu czasem czyta, chciałabym wam życzyć – korzystając z tego, że jeszcze jeden dzień świąt został – fantastycznego Bożego Narodzenia, dużo dobrego żarełka, fajnej atmosfery i możliwie najmniejszej nadwagi po 😀 I mam nadzieję, że prezenty Mikołaj przyniósł takie, jakie miały być. Bo u mnie utrafił pięknie. Leżą gdzieś tu obok i cieszą moje oko „Bzdurki” Andrusa i moja pierwsza fandomowa koszulka ze wspaniałą Rose Tyler…

Hoł, hoł, hoł!

3 myśli na temat “Po lodzie czy po wodzie, czyli o niespecjalnym odcinku specjalnym”

  1. Zgadzam się ze wszystkim, najgorszy odcinek Doctora jaki kiedykolwiek widziałem, nawet Love and the Monsters było lepsze…
    A był taki potencjał. Grant, nowy TARDIS, Clara… Quo Vadis, Doctor?
    Quo Vadis, Moffat?

    1. Nie no, „Love and Monsters” to koszmar nie do przebicia, na równi z telenowelowym „The Girl Who Waited”, ale nie da się ukryć, że w kategorii „spieprzony potencjał” pierwsze miejsce będzie jak nic.

  2. „A może to właśnie te wymagania, narosłe przez miesiące czekania sprawiły, że spoglądam mało entuzjastycznie na finalny efekt?” Nie, zapewniam cię, że nie. Potrafię obejrzeć ciurkiem parę zarówno z nowych (ostatnio w wakacje), jak i ze starych serii (Sylwester; oooo, znów się sesja zbliża…) i niezależnie od pory czy kolejności potrafiłam zauważyć, że „Silence in Library” jest lepsze od „Almost people”, a „Sun makers” słabsze od „Ark in space”. Trust me, i’m the Engineer ;D
    Ale szkoda, Granta, szkoda.

    Wiecie, aktualnie (nieoglądając odcinka), nie mieści mi się w głowie, że coś może być gorsze od „Angels take Manhattan”, w każdym razie to właśnie dzięki niemu wymyśliłam nową metodę mierzenia poziomu odcinka – procent braku fabuły.
    5% – „Love and monsters”
    20% – „The last of Time Lords”
    40% – „End of Time”
    60% – „Angels take Manhattan”
    Co z „Bałwanem”? Odpowiedź poznamy już wkrótce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *