Maturalność

Po całych dwóch miesiącach nerwówki – przechodzonego na egzaminy maja i przeczekanego na wyniki czerwca – czuję się radośnie zobowiązana do rozgłoszenia całemu światu swoich malowniczych procentów 😛 W czwartek wyszłam po raz ostatni (duże, grube *sniiiiiiif*) z budynku mojej kochanej szkółki, za to z papierem w ręku i zapisem w dokumentacji, że oto posiadłam tak zwane średnie wykształcenie. Radość dyrektorki i polonistki w jednej osobie, bo oto kolejny z jej wychowanków idzie w świat – bezcenna.

No cóż, sprawy w egzaminach pisemnych mają się następująco:
Język polski – 73%. O 4 procent więcej niż na próbnej. Także tego… biorąc pod uwagę mój stan psychiczny w momencie przystępowania, a także tradycyjną już chyba tendencję do mijania się z kluczem można powiedzieć, że poszło bardzo dobrze. No i jeszcze temat pracy pisemnej – a tak się, kuźwa, modliłam, żeby nie było „Potopu”, „Granicy” i „Dżumy”… I znowu musiałam babrać się w wierszach. Nie, żeby to było znowu takie skomplikowane, no ale zazwyczaj dają takie teksty źródłowe, które zdecydowanie nie są moją brochą. No, weź tu się morduj z taką Pawlikowską-Jasnorzewską, o której w gruncie rzeczy wiesz tyle, że istniała.
Matematyka – 40%. Wynik identyczny jak w listopadzie. Mała niespodzianka, bo po rzuceniu okiem na rozwiązania w Necie byłam święcie przekonana, że zabraknie mi jakiejś minimalnej ilości punktów do magicznej granicy 30 procent. A tu jednak nie. Ktoś zacznie marudzić, że mało. Kij mu w oko. Ja to już kiedyś mówiłam, że mnie matma potrzebna jest głównie do liczenia pieniędzy i akurat taki wynik do tego wystarczy. Tak na pochybel tym wszystkim dupkom, którzy nas w to wpieprzyli, bo „kraj potrzebuje więcej inżynierów”. Jacha. Zróbmy ich z humanistów, to będzie jeszcze lepiej. Na pewno. Powodzenia.
Język angielski poziom podstawowy – 96%. O całe 6 więcej niż na próbnej maturze i znowu radosne niedowierzanie. Chociaż z drugiej strony nie taka wielka niespodzianka, bo poszło mi jakoś leciutko i bez nerwów, a to zazwyczaj dobrze wróży.
Język angielski poziom rozszerzony – 69% (cicho, zboki… nie śmiać się :D). A tak, po sugestiach i namowach anglistki i co niektórych koleżanek jednak się na to porwałam. Wprawdzie było zadanie czy dwa, przy którym rozdziawiłam gębę z myślą: „Ożesz kuźwa, co to jest?!?”, ale w sumie podobnie jak na podstawie poszło na (względnym) luzie. Najlepsza była praca pisemna, gdzie kazali wybrać jeden z trzech tematów, a ja wzięłam ten, w którym należało napisać opowiadanie, jak to znalezienie zgubionego przedmiotu doprowadziło do schwytania przestępcy. I co zmyślny Dagens naskrobał? Historyjkę o pannie Minnie May, która popołudniami zbierała monety z miejskich chodników i kiedyś w porywie nienawiści do świata po przerwaniu emisji jej ulubionej telenoweli trafiła na dowód osobisty, jak się okazało należący do polskiego emigranta okradającego miejskie butiki. Na temat? Na temat. No to czego? xD
Historia – 60%. O 2 procent więcej niż na próbnej. Chyba się spodziewałam, że tak wyjdzie. Okej, lubię historię, miałam piątkę na świadectwie, sporo jeszcze pamiętam (a nie ino zakuć zdać zapomnieć), ale bez przesady. Aż takiego talentu to ja nie mam.

W kwestii egzaminów ustnych wiedziałam, na czym stoję, już od końca maja i tutaj jest naprawdę różowo:
Język polski – 100%. Syta stówa, 20 na 20 i to jeszcze ze słownym wyróżnieniem jako dla jednej z dwóch najlepszych prac. Chociaż z nerwów zająknęłam się parę razy i po kilkakroć zabrakło mi śliny w gębie 😀 A jakiż to temat sobie wybrałam, że tak mi dobrze poszło? Fajny. Bardzo fajny. „Obraz Szatana w literaturze i sztuce. Analiza wybranych dzieł”. Pycha. No to co by tu na warsztat. Biblia musowo, bo stąd się to wszystko wzięło. „Sąd ostateczny” Memlinga, bo średniowiecze. „Dziady cz. III”, bo Szatan po polsku. „Mistrz i Małgorzata”, bo nowy, świeży wizerunek Szatana… no dobra, także dlatego, że chciałam. I na koniec najlepsze. Jako przykład współczesny i prześmiewczy… „Niebo” Neonsów. Jestem zdecydowanie przeciwna kretyńskiemu ślepemu rzucaniu się na tematy maturalne związane z kabaretem tylko dlatego, że pojawia się w nich owo magiczne słowo „kabaret” (na liście u nas były takie aż dwa, ale od razu po ich przeczytaniu poodrzucałam), ale skoro pasuje włączyć coś do „poważnego” tematu, to czemu nie? W sumie pierwotnie chciałam dać „1000 złych uczynków” i ichniejszego Pana Piekieł sportretowanego jako totalna łajza, ale z powodu braku oficjalnego wydania nie bardzo wiedziałam, jak to wpisać w bibliografię, no to tradycyjnie poszłam na łatwiznę i wzięłam coś, co leży legalnie na wydaniu DVD i w dodatku znam prawie na pamkę. Najbardziej to się chyba obawiałam pytań od komisji, bo była przede mną dziewczyna, która mając w bibliografii wpisany tylko konkretny fragment jakiejś powieści została „przesłuchana” z jakiegoś inny czy coś. Ale nie, ale nie. Pytanie pierwsze: „Dlaczego w „Dziadach” Szatan nie opętał Konrada całkowicie?”. Najpierw się leciutko zlękłam, ale potem się jakaś odpowiednia szufladka w głowie otworzyła i poszło. Pytanie drugie: „Dlaczego świat przedstawiony w „Mistrzu i Małgorzacie” był zdemoralizowany?”. Szybki przelot myślowy po kochaniutkich moskwiczanach i już wiem. I uwaga, uwaga, na koniec najlepsze, czyli pytanie trzecie: „Wymień skład świty Wolanda”. Myślałam, że się rozwalę na miejscu, nie odpowiem i obleję 😀 Wniosek? Warto robić prezentację maturalną z czegoś, co się faktycznie zna i lubi. Opłaca się. Nawet, jeśli kończysz ją na dwa dni przed egzaminem, a potem zamiast kuć ją na blaszkę bawisz się zakreślaczami i bazgrolisz na marginesach portreciki Jeremy’ego Bretta.
Język angielski poziom podstawowy – 90%. Czyli, że 18 na 20. Mogło w zasadzie być więcej, ale praktyczne podejście do języka obcego wylazło ze mnie jak zwykle. A mianowicie: „Po kiego mam pamiętać wszystkie konstrukcje gramatyczne, grunt, żeby się dogadać”. I pewnie te kilka punktów poleciało za jakieś zjedzone have been’y, -s’y i inne -ed’y. Ale jest niemal komplet? Jest. Więc gdzie problem? 😀
Język angielski poziom rozszerzony – 75%. W przełożeniu na punkty 15/20. Jak wyżej. Z tym, że chyba tych wszystkich końcówek i bardzo ważnych wyrażeń zjadłam trochę więcej. Ale ciii. Ważne, że zdane.

Tak więc mili państwo, w łapkach mam świadectwo z odpisem, a w papierach średnie wykształcenie. I promienieję zajebistością 😀 Niech tam sobie inni mają po stówie ze wszystkiego. Doświadczenie uczy, że posiadanie wysokich not ze wszystkiego to w większości przypadków zupełny no life. Ja jestem z siebie zadowolona i to jest kuźwa najważniejsze.
Hłehehehe. Jakbym teraz komuś powiedziała, że swego czasu miałam na półrocze poprawkę z angielskiego (zdaną), dwie z matmy (niezdane), a z całej reszty ledwie przędłam, to by chyba nie uwierzył. No cóż. Pozdrawiam niniejszym serdecznie większość ciała pedagogicznego mojego pierwszego ogólniaka, które to przez dwa lata mojego, hyhy, kształcenia się tam usiłowało wyrobić we mnie przekonanie, że nadaję się do pucowania podłóg, a nie do zaliczania matury. Leciutko się zdziwią, jak się dowiedzą.

[A tak z zupełnie innej beczki, bo przecież wyniki rzecz ważna, ale nie samą maturą człowiek żyje – notka o ostatniej premierze już się pisze. Mam niezłą walkę wewnętrzną, coby nie zmienić jej w wielkie wiadro zimnych pomyj. Coś dłuższego na podsumowanie 3 lat w moim słodkim ogólniaku też się przędzie, chociaż jakoś tak powolutku…]

2 myśli na temat “Maturalność”

  1. Uwielbiam fragment, w którym nakreślasz co pisałaś na roz. angielskim :)Gratuluję świetnie zdanej matury.Ja do ustnej z pl już się przygotowuję i na pohybel tym dupkom z mojej szkoły szukam takich utworów literackich, których nie ma w żadnej bibliotece w jw i są ogólnie ciężko dostępne 🙂

  2. wow, widzę że mamy trochę podobną tematykę pracy maturalnej i licencjkiej! 😀 HELL yea!a opowiadanie z angielskiego musiało być ciekawe, przynajmniej się poprawiający nie nudził.dołączam się do gratulacji maturalnych! 🙂

Skomentuj durmik@op.pl Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *