Rumcajs i jego gangsta

[Znowu się rozwaliłam z tym pisaniem w czasie. Oj, tak wyszło. No wiecie. Są takie tak zwane ważniejsze sprawy, które gdy już zaczynają w ciebie nawalać, to od razu serią. A im więcej czasu od czegoś mija, tym mniej chce ci się o tym pisać… Dlatego to, co tutaj zobaczycie, będzie tylko częścią tego, co pierwotnie miało być. Ale biorąc pod uwagę, że lada chwila będą dwa miesiące, jak zaczęłam i całość zaczyna mi już kwitnąć na dysku, nawet w takiej formie wypada już to wrzucić.]

 

Popełniwszy w ferie epicki fail, kiedy to wybierając się do teatru na 16.00 przypomniałam sobie o tym o 16.04, doszłam do wniosku, że trzebaby to jakoś nadrobić. Okazja nadarzyła się szybko. W sobotę, to znaczy 5 marca, urządziłam to, co miałam zrobić 19 lutego. Wpadłam do teatru tuż przed spektaklem i zapytałam, czy są jeszcze bilety. Były. Tak znalazłam się w piątym rzędzie na „Przygodach rozbójnika Rumcajsa”.

A tak. Na bajeczkę sobie poszłam. Sztuka jest sztuka, bez względu na target. Chociaż nie powiem, na początku było mi trochę dziwnie, widząc wokół siebie głównie dzieciaczki najczęściej sięgające mi do pasa, może do łokcia. Maluchy znaczy się. Na całe szczęście dzieci zazwyczaj mają rodziców, toteż nie byłam jedyną pełnoletnią osobą na widowni.

(Chociaż potem dowiedziałam się, że na ten spektakl chadzają i dorośli nieposiadający potomstwa, niektórzy nawet po kilka razy. Poczułam się mniej osamotniona :D)

 

Kolegę Rumcajsa chyba każdy zna. A jeśli nie, to… powinien się wstydzić (aż przypomniało mi się, jak to nie-tak-dawno podczas gry w „Milionerów” kolega został zjechany od gejów, gdy przyznał się do faktu nieoglądania kreskówki o czeskim rozbójniku :D). Także o fabule tam szczególnie rozprawiać nie trzeba. Mamy Jiczyn, mamy miejscowego szewca imieniem Rumcajs, który naraża się staroście i musi odejść do lasu, gdzie zostaje pozytywnym zbójnikiem, odgrywa się na wspomnianym już staroście, konfliktuje się z Księciem Panem i Księżną Panią, no i przede wszystkim szuka żony, którą zresztą potem znajduje. Tak w skrócie. Niby wszystko oczywiste. Czyżby? No właśnie chyba nie do końca. Nie w tej inscenizacji 😛

Po pierwsze – Rumcajs nie ma brody. Po drugie – Rumcajs jest blondynem. Yyy… no dobra, przy czapce była jakaś czarna peruka, jakkolwiek chyba doń przyszyta i przy zdejmowaniu/zrzucaniu nakrycia głowy prawda wychodziła na jaw 😀 Po trzecie – zające są rasta. Znaczy się… zamiast zajączków mamy dwie dziewoje w kolorowych ciuchach, charakterystycznych czapkach w stylu „worek na proso” i z dredami. W dodatku trochę dziwnie się zachowujące (jakaś utajona sugestia? :D). Ponadto starszy szeregowiec w jednej ze scen wymiata na elektryku, zamkniętemu w klatce Księciu Panu jawią się minimum dziwne stwory, a Słoneczko podpala niesubordynowanym zającom ogony… Ogółem całość wyglądała, jakby reżysera zdeka poniosło, ale zdecydowanie na plus. Przede wszystkim dużo piosenek i tańców. Śmiem twierdzić nawet, że w tej jednej sztuce śpiewa się więcej niż we wszystkich spektaklach w naszym teatrze w ciągu ostatnich czterech lat 😛 Gdyby ktoś się spodziewał konwencjonalnych, dziecinnych melodyjek, to by się lekko zdziwił. Jest tu mnóstwo silnych inspiracji zupełnie „dorosłymi” gatunkami typu rock, reggae czy nawet hip-hop. I teksty całkiem dobre. Oczywiście Mickiewicza nie ma co szukać, ale Częstochową nie śmierdzi. No i najważniejsze – wszystkie kawałki solidnie wykonane! Się nagle okazuje, że cała obsada wykazuje mniejsze lub większe, ale zdolności wokalne. Igor Kowalik pretenduje nawet do miana naszej lokalnej wersji rapera 50 Centa vel Pół Złotówy xD Chociaż wiadomo, że nic nie mogło się równać z głosem Elżbiety Koseckiej, czyli Słoneczka. Ewentualnie parę osób było blisko, ale i tak to moja zdecydowana faworytka. Ale przecież nawet bajka muzyczna nie tylko wokalami stoi. Aktorstwo też ważne. Pod tym kątem też znajdzie się mój osobisty „debeściak” w osobie karykaturalnego, trochę paranoidalnego i kretyńsko wręcz zabawnego Księcia Pana w wykonaniu Andrzeja Kępińskiego 😀 Mając w pamięci jego wcześniejsze role, a przynajmniej te, które miałam szansę zobaczyć, momentalnie nieomal zjechałam z fotela. Zawsze stabilność, powaga, czasami słodka ciapowatość, a tu bum. Totalne, totalne nic z tego 😀 I w dodatku ten piskliwy głos. Dosłownie ma się ochotę to arystokrackie coś najpierw wyśmiać, a potem kopnąć w tyłek 😀 Co do reszty, to trzyma poziom. Wprawdzie ciężko mi było znaleźć kogoś, kto poza wspomnianym panem Kępińskim by się jakoś mocno wyróżniał, ale w sumie to chyba nie o to chodziło. Parafrazując pewnego aktora (bynajmniej nie jeleniogórskiego) – teatr to sztuka zespołowa, chociaż solówki mieszczą się w konwencji 😉

 

Ogólnie zabawna taka sztuczka. Mnie wprawdzie doprowadzały do śmiechu obok gagów własne, zupełnie nie dziecinne już skojarzenia (jest cały song o tym, jak to Rumcajs pali ze Słoneczkiem fajkę i bardzo ich to cieszy – wiadomo, co mogło w tym kontekście przyjść do głowy :D), no, ale niezależnie od przyczyny było fajnie. I przede wszystkim dzieciakom się podobało. O to zdaje się chodziło. A przynajmniej tak mi się wydaje. Zresztą przynajmniej się już wstydzić u Norwida nie muszą, że w kwestii spektakli dla dzieci nadal Teatr Animacji odwala całą czarną robotę.

Może jeszcze kiedyś się przejdę. Z naciskiem na „może”. Bo miło spędziłam tamto popołudnie, ale nie ukrywajmy – są w repertuarze rzeczy, których nawet trzecie czy czwarte obejrzenie jest dla mnie nieco istotniejsze 😛 Klucz obsadowy z magicznych trzech nazwisk, wiadomo. Albo jestem już jednak za stara. No cóż, no cóż, no cóż…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *