Ostre cięcie

Wiecie, jakie było jedno z moich podyplomowych postanowień? Skoro już wiedziałam, że z różnych przyczyn w najbliższym czasie do Warszawy się nie wybiorę, to niech chociaż w teatrze w Jeleniej zacznę bywać regularnie. No to zaczęłam… a przynajmniej próbowałam. Najpierw w październiku po raz drugi „Najdroższy” – gdzie dodatkową przyjemność oglądania fundowała Katarzyna Trzeszczkowska, nowa krew w Norwidzie, grająca w zastępstwie postać Olgi. A w listopadzie inna realizacja wyreżyserowana przez Marcina Sosnowskiego w naszym teatrze. I to zaprezentowana nieco wcześniej, bo na przeszło pół roku przed premierą „Najdroższego”.
„Szalone nożyczki”. Farsa, która cieszy się – że tak zażartuję – szalonym powodzeniem na całym świecie. Również w naszym kraju od prawie dwudziestu lat pojawia się na różnych scenach. Skąd ten sukces? Otóż mamy tu do czynienia z czymś, co możemy nazwać sztuką interaktywną. To publiczność, zgromadzona danego dnia na widowni, decyduje o przebiegu akcji i jej rozwiązaniu. Zaciekawiłam? To świetnie!

Tytułowe Szalone Nożyczki to nazwa salonu fryzjerskiego, w którym rozgrywa się cała intryga. Znajduje się on w kamienicy w całości należącej do Izabeli Czerny – starej pianistki światowej sławy, kobiety tyleż utalentowanej, co wrednej. Nic więc dziwnego, że pani Czerny pewnego dnia zostaje znaleziona w swoim mieszkaniu na piętrze martwa i to bynajmniej nie za sprawą naturalnej śmierci. Najciekawsze jest w tym wszystkim narzędzie zbrodni – wbite w szyję nieboszczki fryzjerskie nożyczki. Obserwujący kamienicę z zupełnie innego powodu dwaj policjanci wiedzą, że w chwili zabójstwa nikt nie wchodził do budynku, więc podejrzani mogą być tylko ci, którzy wtedy w nim przebywali. Czyli obsługa i klienci Szalonych Nożyczek: ekscentryczny fryzjer Tonio, jego współpracownica Barbara, mrukowaty antykwariusz Edward Wunzel i elegancka pani Dąbek, żona posła. Które z nich postanowiło raz na zawsze uciszyć starą zołzę? Dominik Kowalewski i Michał Tomasiak muszą poznać odpowiedź na to pytanie.

Może i fabuła pretekstowa. Może i postaci stereotypowe. Ale nie o to chodzi w komedii, żeby zawsze łamała jakieś schematy. Czasem jest o wiele lepsza, gdy twórczo je ogrywa. Tak też jest tutaj, z kilku powodów. Najważniejszym jest zdecydowanie konstrukcja „Szalonych nożyczek”. Pierwsza część sztuki w większości jest zupełnie konwencjonalna. Poznajemy bohaterów, widzimy zaczątek kryminalnej intrygi. Wszystko się zmienia wraz z wkroczeniem policjantów. Prowadzący śledztwo komisarz Kowalewski zwraca się bezpośrednio do widzów, prosząc ich o pomoc w odtworzeniu przebiegu wydarzeń – konkretnie w weryfikacji zeznań uczestników całego zajścia. Właściwie po każdym istotniejszym fakcie przywoływanym przez przesłuchiwaną właśnie osobę pada w stronę widowni pytanie: „Było tak?”. Później, tuż przed antraktem, komisarz Kowalewski ma kolejną prośbę do publiczności. Tym razem o przygotowanie pytań, które widzowie chcieliby zadać podejrzanym po przerwie. Druga część „Nożyczek” w większości opiera się więc na inwencji widowni – czyli jest naprawdę dużą improwizacją. Bodaj jedynym stałym elementem tego wielkiego przesłuchania jest wykonywany przez wybraną z publiczności osobę telefon do domu pani Dąbek, coby potwierdzić (a może i nie?) alibi pani posłowej. W końcu, gdy wszystkie pytania zostaną już zadane, Kowalewski i Tomasiak namierzają mordercę… po raz kolejny korzystając ze wsparcia widzów. Bo de facto ci ostatni, głosując przez podniesienie ręki, decydują, kto jest winien. Jak w grze komputerowej – jedno z kilku potencjalnych zakończeń. W efekcie nawet w obrębie tego samego teatru nie ma dwóch podobnych przedstawień „Szalonych nożyczek”. Każde granie przy tak mocnym bazowaniu na kompletnie nieprzewidywalnej publiczności staje się zdarzeniem tak indywidualnym, że w konwencji teatru jako takiego chyba bardziej nie można.

Chociaż przyznaję, że na moim graniu miałam leciuchne, subiektywne poczucie niesprawiedliwości – typowałam na zimno i logicznie Barbarę jako najbardziej prawdopodobnego zabójcę, zaś publiczność wybrała niemiłego w obyciu pana Wunzla. Zapewne głównie ze względu na tę antypatyczność. I mam takie wrażenie, że mimo posiadania kilku potencjalnych podejrzanych to antykwariusz może być tym najczęściej typowanym. Ciekawie byłoby sprawdzić, jak wyglądają tu proporcje, bo to też może coś powiedzieć na temat relacji spektakl-widz w „Nożyczkach”.

Zdjęcia pożyczone z fanpejdża (to) tudzież strony (następne) teatru, autora nie podano.

O tym, jak świetnie w tym wszystkim czują się i nasi jeleniogórscy aktorzy i przychodząca na spektakle publiczność, opowiem za chwilę. Najpierw należałoby zwrócić niemałą uwagę na cały szereg detali, różnorakich smaczków, które sprawiły, że widzom o wiele łatwiej jest „zżyć” się z „Szalonymi nożyczkami”. Już chyba sam fakt pojawienia się bardzo polsko brzmiących nazwisk bohaterów w kontekście sztuki niewątpliwie zagranicznej powinien dawać do myślenia. Tak. Szeroko rozumianych spolszczeń ci tu dostatek, w dodatku czasem takich, że zastanawiam się do tej pory, ile z nich mogło być inwencją nie tłumaczki, a… nie wiem, pewnie reżysera. Bo – ciekawostka – najpłytszy nawet przegląd informacji na temat innych inscenizacji tej sztuki pokazuje, że owe polskie imiona potrafią się (lekko, ale jednak) różnić pomiędzy wersjami, chociaż teoretycznie każda realizacja korzysta z tego samego przekładu. Dlatego o ile Tonio zachwycający się Robertem Janowskim w „Metrze” może być smaczną regionalizacją zaserwowaną przez panią tłumaczkę – tym bardziej, że polska translacja sztuki powstała mniej więcej w okresie, kiedy wspomniany musical święcił triumfy – o tyle zachwyt podekscytowanego fryzjera, że śledztwo jest „lepsze niż zbieranie pokemonów” raczej nie może pochodzić z tamtego czasu. To wszystko nie zmienia faktu, że takie wstawki nie tylko sprawiają, że widz czuje się bardziej „u siebie”. Dobrze sprzedane przez aktorów, potrafią szczerze i bez łopatologii rozbawić.
Poza tym jeleniogórska wersja idzie o krok dalej, dokładając do pierwotnego tekstu nawiązania lokalne. Komisarz Kowalewski jest z Maciejowej, małej wsi pod Jelenią Górą – chociaż jeden z bohaterów stwierdza, że to nie jest wieś, to tylko brzydkie przedmieścia. Antykwariusz Wunzel z kolei mieszka w innej okolicznej mieścince, w Sosnówce, zaś swój biznes prowadzi w centrum Jeleniej Góry, na ulicy 1 Maja.* W związku z tym ostatnim pani Dąbek twierdzi, że jest prawie jego sąsiadką, bo mieszka na Kopernika. Jak możecie się domyślić, to wcale nie jest zaraz obok. Nawet bardzo nie. Wisienkę na tym torcie dostajemy w antrakcie, kiedy to wyświetlany jest serwis informacyjny. Fikcyjny, bo poświęcony dokonanej w spektaklu zbrodni, ale zrealizowany z udziałem ekipy miejscowej telewizji internetowej w ich autentycznym studiu. Lokalność wystrzelona, jak to Angole mawiają, up to eleven.

(No i jeszcze taki drobiazg realizacyjny o szczególnym znaczeniu dla chyba każdego fana muzyki lat 80. – grana na wejściu piosenka zespołu ZZ Top „Sharp Dressed Man” budzi we mnie szczególne uczucia.)

Chociaż zazwyczaj wychodzę z założenia, że najlepsza improwizacja to ta przygotowana miesiąc wcześniej, swoboda udzielona aktorom w „Nożyczkach” brzmiała dla mnie jak zapowiedź naprawdę dobrej zabawy. Tak też się stało, ale… Tutaj możemy zaobserwować coś więcej. Sytuacja, w której nie da się przewidzieć większości zadań aktorskich, stanowi duże wyzwanie dla obsady. Nie wystarczy tylko zbudować postać w oparciu o tekst sztuki. Trzeba jeszcze, odpowiadając na nagłe sytuacje, pamiętać o tym, aby w niej pozostać. Nie jest to zadanie łatwe, ale wykonalne dla sprawnych aktorów – takich, jak ekipa jeleniogórskich „Nożyczek”. Marcin Sosnowski zebrał obsadę z jednej strony dość oczywistą, z drugiej jednak zaskakującą. Komisarza Kowalewskiego gra absolutny pewniak w osobie Jacka Grondowego – człowieka wprawionego nie tylko w scenicznej komedii, ale również w różnych działaniach konferansjerskich, nierzadko wymagających… no, czego? Kontaktu z publicznością właśnie. Taka znajomość tematu procentuje w sytuacji, kiedy teatr po trosze miesza się z estradą. Z kolei jako drugiego z policjantów, komisarza Tomasiaka, Sosnowski obsadził Piotra Konieczyńskiego, niezapomnianego Francoisa Pignona z jeleniogórskich realizacji fars Francisa Vebera. Ale, żeby było śmieszniej, te dwie role mają ze sobą tyle wspólnego, co rzeźnik z wegetarianizmem. Pignon był energiczny, momentami wręcz nadpobudliwy, mocno zarysowany. Tomasiak to postać obecna głównie ciałem, wyjątkowo małomówna, z rzadka rzucająca tylko jakiś mniej lub bardziej trafny komentarz. I wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Oba te bieguny Konieczyński potrafi zagrać równie zabawnie. Dołóżmy jeszcze do tego duetu Kazimierza Krzaczkowskiego – jednego z najbardziej doświadczonych aktorów naszej sceny – jako antykwariusza Wunzla oraz mocny pierwiastek kobiecy w osobach Elwiry Hamerskiej-Skóreckiej (pani Dąbek) i Magdaleny Kępińskiej (Barbara – rola w dublurze z Martą Łącką, na moim graniu akurat padło na panią Magdę). A na deser import z Tarnowa pod postacią Stefana Krzysztofiaka, grającego Tonia z uzasadnionym fabularnie, ale nadal bardzo uroczym przegięciem. W sumie taka obsada patchworkowa. Ludzie sprawdzeni w teatrze, ludzie sprawdzeni typowo w komedii/farsie i trochę świeżej krwi wypożyczonej z zewnątrz. Mieszanka na papierze wyglądająca ryzykownie, ale na scenie sprawdzająca jest bardziej niż dobrze. Niezależnie od wcześniejszych doświadczeń aktorzy reagują na niespodziewane pytania i sytuacje z prędkością cięcia i ostrością brzytwy. Chciałoby się rzec, że wręcz intuicyjnie. Co więcej, potrafią takim dopiero co zastanym materiałem całkiem nieźle żonglować. Przykładowo na moim graniu zadający pytanie widz przekręcił nazwisko antykwariusza, co Kępińska będąc w roli wykorzystywała niemal do końca spektaklu, bez litości nabijając się ze źle nazwanego bohatera – co miało tym większy sens, że wedle litery sztuki Barbara nie cierpi Wunzla z wzajemnością. Takich zabaw i smaczków opierających się na tym, co dała publiczność, było więcej, co świadczy o poziomie obsady „Szalonych nożyczek” jak najlepiej.

(Ale serio, Teatrze Norwida, moglibyście wypuszczać do mediów więcej fotosów z waszych inscenizacji. Nie bardzo miałam w czym wybierać.)

O komediach czy farsach w teatrze zwykłam mawiać, że może świata nie zmienią, ale o ileż przyjemniejszym go czynią. „Szalone nożyczki” bardzo pasują zarówno do tej tezy, jak również do innej, także przeze mnie już przytaczanej: nic tak nie weryfikuje umiejętności aktora, jak spektakl komediowy. Ten egzamin aktorzy Teatru Norwida zdali na piątkę. Zresztą ku bardzo wydatnej aprobacie publiczności – na moim graniu był komplet, ludzie bardzo aktywnie włączali się do proponowanych im działań, a swoją obecność na przedstawieniu ogólnie mogę uznać za cud, bo bilety rozchodzą się jak świeże bułeczki. Nie dziwi mnie to szczególnie. Publiczność lubi, gdy się ją szanuje, a bardzo silnym wyrazem takiego podejścia jest wystawienie inscenizacji, która bez widza dosłownie nie może istnieć. Oczywiście trudno potraktować formułę „Szalonych nożyczek” jako coś, co mogłoby wyewoluować w cały trend interaktywnych sztuk teatralnych – co zresztą widać po krajowych afiszach, na których nie sposób znaleźć coś podobnego w konstrukcji do tekstu Pörtnera. Ale z drugiej strony może na tym właśnie polega szczególność tego tytułu. Eksperyment sceniczny i socjologiczny zarazem, jedyny w swoim rodzaju, który z tego samego scenariusza pozwala wykrzesać setki, o ile nie tysiące wersji historii. Idea teatru jako spotkania artysty z widownią wystrzelona ponad skalę. Warto jest to zobaczyć, warto jest wziąć w tym udział.

 

* Żeby było śmieszniej – do niedawna przy tej ulicy naprawdę funkcjonował antykwariat…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *