Myśl nazbyt skrzydlata

Są inscenizacje, po których wiesz, czego się (mniej więcej) spodziewać i czego od nich chcesz. Są też takie, w wypadku których jest zupełnie odwrotnie. W moim eksplorowaniu oglądanych po raz pierwszy realizacji Teatru Narodowego na chwilę zrobił mi się ciąg tych drugich. Najpierw – opisany już, świeżutki „Elementarz”. Później, pod koniec lutego tego roku, już nie za bardzo świeże „Dziady”. Bo, jakby nie patrzeć, od prawie dwóch lat (bez góra dwóch tygodni) grane.

O pierwowzorze literackim chyba nie ma co opowiadać. To jeden z tych tekstów, które są tak mocno osadzone w naszej kulturze (i kanonie lektur), że chyba bardziej się już nie da. I być może właśnie to w kontekście tej realizacji jest istotne. Intensywna obecność „Dziadów” w polskiej tożsamości kulturowej. Plus miejsce. Wszak to właśnie w Narodowym wieki temu wystawiono inscenizację ponoć przełomową – choć trudno powiedzieć, ile w tej istotności jest prawdy, bo wśród obecnie żyjących mało kto tę wersję widział. Tak czy inaczej kombinacja okoliczności była na tyle mocna, że teoretycznie trudno było oczekiwać jakiegoś niebywałego nowatorstwa. W praktyce Teatr Narodowy zaskoczył wszystkich. Do reżyserii zatrudnił… Litwina. Ponoć u siebie w ojczyźnie uznanego. Nie wiem, aż tak się nie znam. W każdym razie chodziło o to, aby spojrzał na „Dziady” tak zwanym świeżym okiem, bez tych wszystkich naleciałości, które – nawet nieświadomie – u krajowego reżysera wyszłyby bankowo prędzej czy później.

Spójrzcie, w jakiej pięknej okolicznościowej kopertce dostałam swój bilet!

Opisy i zdjęcia obiecywały „sceniczne metafory i szlachetną prostotę”. Metafory owszem, były. Prostota już niekoniecznie.

Ilość wszelakiej symboliki na metr kwadratowy w tej inscenizacji jest niespotykana. W zasadzie chyba nie ma tu sekwencji, która by się na niej mniej lub bardziej nie opierała. Powiedziałabym wręcz dość kolokwialnie, że symbol na symbolu i symbolem pogania. Ale wbrew pozorom to nie przesycenie metaforami jest tu problemem, a to, że w „Dziadach” mamy do czynienia w zasadzie z paradą lepszych i gorszych pomysłów pozbawionych tak zwanego klucza. To, że – na szczęście! – fabuła w miarę trzyma się literackiego pierwowzoru (nawet z lekką nadwyżką pod postacią nieukończonej pierwszej części) pomaga zrozumieć, co się dzieje na scenie, ale tylko trochę. I choć ogólnie dość miło się tę inscenizację ogląda (a przynajmniej bez mocniejszego zgrzytania zębami), to niebywale trudno jest wychwycić, co reżyser miał na myśli.

Niektórym elementom scenografii nie można odmówić tego, że prezentują się interesująco. Drzewa w skrzydłach sceny. Pojawiające się i znikające (w zależności od potrzeb) doły w podłodze. Nawet wielka figura Mickiewicza w tle i pasująca do niej kształtem dziura mogą się podobać, chociaż wydaje mi się, że to metafora z tych nazbyt łopatologicznych. No wiecie, że Polacy, rozkochani w przedstawionej w „Dziadach” wizji krajowego mesjanizmu, czczą wieszcza aż do przesady. Ale z kolei inne dekoracje, jak również wiele rekwizytów, zachowań czy nawet kostiumów pozostaje oderwanymi od czegokolwiek. Ot, taka sztuka dla sztuki. Bo skąd i po co wielkie makówki? Garście rozrzucanych i wysypywanych ołówków w części IV? Cała seria rzeczy w części III: anioły w rondach zamiast spódniczek, jeden z nich głośno literujący łaciński napis podczas „przemiany” Gustawa w Konrada (co czyni ową inskrypcję kompletnie niezrozumiałą), namioty z blachy i obkładanie leżącego Konrada egzemplarzami „Dziadów”. Sto pomysłów z różnych bajek, rzuconych na kupę chyba w nadziei, że coś z tego wyniknie – tylko, że jakoś ni cholery nie chce. Oczywiście, jeżeli ktoś się uprze, to się pewnie jakichś głębokich przesłań w tym wszystkim doszuka. Ale ja wychodzę z założenia, że takie wymuszone interpretacje są z zasady bez sensu.
Znaczy wróć. Jeśli chodzi o makówki, to ciśnie mi się na klawiaturę pewne wyjaśnienie, ale nie chcę być nieuprzejma.

To i kolejne zdjęcie autorstwa Krzysztofa Bielińskiego, pożyczone ze strony teatru.

W tym mimo wszystko trochę chaotycznym otoczeniu aktorzy robią, co mogą i myślę, że to właśnie dzięki ich wysiłkom te prawie cztery godziny upływają znacznie przyjemniej. Nie da się ukryć, że nie tylko obecni budzili moje spore emocje. Jęknęłam głośno w duchu, widząc, że Marylą w części I bynajmniej nie była Wiktoria Gorodeckaja. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy, teraz już wiem – po prostu ciąży zasadniczo nie sprzyjają tak zwane sceniczne hopsasy (pozdrawiam ludzi, którzy znają źródło tego sformułowania). Na szczęście reszta obsady była w swoim wyjściowym składzie. Choć z dużym smutkiem stwierdzam, że niewiele osób mogło się w „Dziadach” tak naprawdę wyszumieć. Niby Gustaw-Konrad to protagonista, który jest świetnym materiałem na popis, ale w praktyce okazuje się, że Grzegorz Małecki jest tu aktorsko tym wszystkim, z czym zazwyczaj kojarzymy jego nazwisko. Nie mówię, że to źle, o nie! To wciąż bardzo dobry poziom, ale po prostu już nam, widzom, doskonale znany. Niestety jakość gry Małeckiego nie zmienia faktu, że na części IV wyłączyłam się umysłowo. Żaden z aktorów nie był w stanie uratować sceny, gdzie jakąkolwiek konkretną koncepcję zastąpiono rozrzucaniem artykułów biurowych. Szczęśliwie w części III jest w tym względzie lepiej. Oj, tu się robi znacznie bardziej żywiołowo – i więzienie, i golf, i sypialnia Senatora… Może to też w jakimś stopniu udzieliło się aktorom? Jedno wiem na pewno. W tej części najmocniej błyszczy Arkadiusz Janiczek, a jego Senator to komediowe złoto. Zapytana o tego pana jakiś czas temu pewnie nie spodziewałabym się po nim takich fajerwerków, a tu proszę! Takie sytuacje w teatrze bardzo lubię. Acz należy równie mocno podkreślić, że inni koledzy także starają się wypaść jak najlepiej – co im się udaje. Z nieco (nieznacznie) starszej gwardii: Jarociński, Bobrowski, Paprocki (który notabene w części II nieźle radzi sobie jako strach na wróble… to znaczy Zły Pan). Z tej młodszej: Dziuba, Mrożek, Zaremba, Piksa.* No i Grzegorz Kwiecień, który potrafi wypaść przekonująco nawet jako człowiek-blenda. Dlaczego człowiek-blenda? Nie chodzi tu o świecenie białymi ząbkami. Po prostu „pojaśnia” innych kolegów przy pomocy blachy. Tak, takie są zadania aktorskie w „Dziadach”.**

Nie każdy się jednak w tej konwencji obronił. Albo inaczej – nie każdemu ta konwencja pozwalała zaprezentować się z najlepszej strony. Marcin Przybylski grający Guślarza sprawiał właśnie takie wrażenie. Jakby nie do końca dobrze się czuł i w swojej roli i w całym przedstawieniu. A przecież to dobry aktor jest. Irytował mnie (w części II momentami wręcz do bólu) Kacper Matula. Ten sam, którego widziałam w innej realizacji Narodowego dwa tygodnie później i tam był bardzo, bardzo okej. No i jeszcze Mateusz Rusin jako ksiądz Piotr. Który wprawdzie wszystko zagrał po swojemu (znowu!), ale w tych za małych czerwonych rajtkach, w które wbijał się podczas wygłaszania tekstu widzenia… rolę w ekranizacji „Kajtkowych przygód” ma jak w banku. A tak na poważnie… Chociaż fanką Rusina (już) nie jestem, to oglądanie go wepchniętego w taką scenę podniosło mi ciśnienie. W scenę, która nie dość, że nie niesie ze sobą żadnego sensownego pomysłu, to jeszcze pozbawia aktora możliwości wykorzystania olbrzymiego potencjału tkwiącego w literackim oryginale. Strasznie korci mnie, żeby – na wzór pewnego popularnego mema – rzucić pytanie: „Łoo, panie Mateuszu, kto to widzenie księdza Piotra panu tak spier… zepsuł?”. Trochę retoryczne.

Pytanie „No ładny spektakl, ale po co on?” łazi za mną, od kiedy tylko wyszłam z teatru. Bo w końcu o czym są te „Dziady”? O wartościach uniwersalnych tego tekstu, podkreślanych tym całym groteskowym anturażem? Czy może o dekonstrukcji „dziadowego” (albo ogółem mickiewiczowskiego) mitu polskiego, ośmieszonego różnymi niepoważnymi pomysłami? Żadna z tych opcji nie wypada przekonująco. „Dziady” mają swoje momenty chwały (głównie aktorskiej), ale nie wiadomo, o co w nich chodzi. To inscenizacja bardziej dla krytyków niż dla widzów.*** Może jeszcze dla tych wszystkich mniej lub bardziej domorosłych internetowych recenzentów, którzy chcą się popisać, jacy to są przenikliwi i wyrafinowani, bo przecież tyle rzeczy udało im się odczytać.
Samo zrobienie klasyki polskiej, bo to Teatr Narodowy i zatrudnienie do reżyserii Litwina, żeby było inaczej, to jednak za mało. Przynajmniej dla mnie. Nie wiem, jak z resztą świata – jakiś czas po mojej wizycie na „Dziadach” (konkretnie to niespełna cztery miesiące później) w repertuarze Narodowego miała pojawić się kolejna inscenizacja tego samego reżysera, jeszcze bardziej chaotyczna i niezrozumiała. Ale o niej za jakiś czas. Najpierw inne tytuły, które udało mi się zobaczyć w międzyczasie.

 

* Ten ostatni na plakacie „Dziadów” udowodnił, że poza talentem ma również plecy. Pozdro dla kumatych.
** Przy okazji pozdrowienia dla autorki sformułowania „człowiek-blenda”. Tak, jest za ładne, żeby mogło być moje.
*** Choć – co zabawne – ci pierwsi w sporej części okazali się być dalecy od entuzjazmu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *