Schodami w górę, schodami w dół

Teatr Narodowy od paru lat należy do tych teatrów, które już na początku nowego sezonu ogłaszają pełną listę planowanych na ten okres premier. Czasem już wtedy zaczyna się lekka ekscytacja. Bo wśród tytułów jest tekst z tych ulubionych. Albo taki z dużym potencjałem. Często jednak prawdziwe emocje pojawiają się trochę później, bliżej daty premiery. Wtedy, gdy zostają ujawnione nazwiska twórców i obsady. Tak właśnie było w przypadku „Śmierci Dantona”. Kiedy już stało się wiadome, że w głównych rolach naprzeciw siebie staną Oskar Hamerski i Przemysław Stippa, nikt nie miał wątpliwości – to dostateczny powód, żeby już na parę tygodni przed premierą zacząć się jarać jak wampir na słońcu. Bo czasami trafiają się inscenizacje, które potrafią mocarnie zadziałać na wyobraźnię, jeszcze zanim się właściwie pojawią. Nieczęsto, ale trafiają się. I to właśnie była jedna z nich.

Miałam ci ja zdjęcie pocztówki z biletem, ale mi zjadło. W zamian – intrygujące zdjęcie promocyjne ze strony Teatru.

Ze „Śmiercią Dantona” Georga Büchnera sprawa jest o tyle zabawna, że choć większość potencjalnych widzów nie zna tego tekstu (nie znajdziecie go łatwo ani w Sieci ani w bibliotekach), to jednocześnie ci sami ludzie na pewno mieli styczność z innym dramatem, to jest „Sprawą Dantona” Przybyszewskiej, filmem Wajdy, tudzież faktami historycznymi stanowiącymi podstawę wszystkich powyższych. Przynajmniej z grubsza. Na tyle, żeby wiedzieć, co to takiego rewolucja francuska oraz kim byli Danton i Robespierre. Czy to oznacza, że tym samym wiedzą, czego się spodziewać? Niekoniecznie. I to z dwóch przyczyn. Po pierwsze historia Wielkiej Rewolucji i jej przywódców już sama w sobie jest bardzo niejednoznaczna. Po drugie, jak wynikało z materiałów prasowych publikowanych przed premierą, reżyserka „Śmierci Dantona” nie zamierzała widzom niczego w tej kwestii ułatwiać. W zamieszczonym na stronie Narodowego wywiadzie Barbara Wysocka deklarowała, że w tym dramacie najbardziej interesują ją między innymi takie rzeczy, jak człowiek w „sytuacjach granicznych”, jego samotność, mechanizm kreowania legendy tłumów czy też rozważania na temat sensu właściwie wszystkiego. Tematyka adekwatna właściwie do każdej porewolucyjnej epoki, stąd zapowiedź pewnych odniesień do nich. To ostatnie budziło przed premierą moje pewne obawy, ale wobec kontekstu całego wywiadu dość niewielkie. Swoją drogą domyślam się, że niektórzy oczekiwali po tej inscenizacji bycia czymś na wzór modnych ostatnio w teatrze przedstawień, będących przeniesieniem (odpowiednio zaadaptowanych) klasycznych tekstów do nienaturalnie zdemonizowanej współczesności. Zapewne po lekturze przedpremierowych wypowiedzi Wysockiej musieli się mocno obejść smakiem. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

W „Śmierci Dantona” na samo dzień dobry intryguje scenografia. Nie dość, że piętrowa (trzy kondygnacje!), to jeszcze obrotowa. Rozwiązanie ciekawe. Ale pomysł, żeby zazwyczaj na dwóch piętrach jednocześnie coś się działo, czasem sprawia, że trudno nadążyć za tokiem i tak dość poszarpanej akcji. W ogóle ciężko jest to wszystko ogarnąć, bo ta inscenizacja to ogrom pomysłów, wcale nie zawsze będących jedynie dodającymi smaczku detalami. Fouquier-Tinville, oskarżyciel publiczny Trybunału Rewolucyjnego, grany przez kobietę (choć z jakiegoś powodu nie na moim przedstawieniu, aghhhhrrrr). Tu kostiumy ewidentnie inspirowane epoką, ale – mówiąc potocznie – tak pi razy oko. Tam z kolei totalnie współczesne garnitury. Ale! przebiórka członków Trybunału z jednych w drugie jest doskonale wpasowana w kontekst, idealnie zgrywając się z fragmentem monologu St. Justa, który równolegle jest wygłaszany. Kto zauważył? Zresztą, różnorakich zupełnie zamierzonych anachronizmów jest tu więcej. Maszyny do pisania, telefony, okulary przeciwsłoneczne, biurowe krzesła… Nawet gitara elektryczna. Część łatwa do rozszyfrowania, część mniej. Bo w sumie dlaczego niejaka Marion w ramach dość erotycznej gry karmi Dantona żółtym serem? W dodatku w plasterkach? Mieszanie epok mieszaniem epok, to jest naprawdę fajna koncepcja, ale dopracowana aż po detale jest jeszcze lepsza.

Jak wspomniałam, podobno już na papierze „Śmierć Dantona” to, cytując za wywiadem z panią reżyser, „dzieło porwane, fragmentaryczne, wielowątkowe”. Tak też jest na scenie. I choć nie jest trudno wyłuskać z tego jakąś główną linię dramaturgiczną – czyli konflikt pomiędzy Robespierrem a Dantonem i wydarzenia prowadzące do skazania na śmierć tego ostatniego – to połapanie się w relacjach między bohaterami i związkach pomiędzy ich losami jest sporym wyzwaniem. Część wątków ma wpływ na przebieg akcji lub też po prostu nadaje mu nieco inny wydźwięk. Ale inne, poza dodaniem pewnego kolorytu do świata przedstawionego, nie wnoszą wiele. Nie mamy tu do czynienia z jakimś krzykliwym chaosem, rzecz jasna, ale każdego, kto wybierze się do Narodowego, ostrzegam lojalnie – lekko nie będzie!
Co można powiedzieć na pewno? Napięcia na linii Danton-Robespierre z racji faktu, iż obaj należą do przywódców rewolucji francuskiej, mają cechy konfliktu w zasadzie wewnętrznego. Każdy ma swoje, skrajnie odmienne, podejście do walki o tak zwaną słuszną sprawę i w sytuacji, w której dotychczasowy wspólny wróg w postaci króla już nie istnieje, siłą rzeczy muszą zacząć szarpać się o władzę we własnym gronie. Jakkolwiek szlachetne by nie były założenia całej rewolucji, oczywiste jest, że nadal pozostaje (choć w odmiennej formie) szeroko pojęty stołek i ktoś musi go zająć. W dodatku może to być tylko jedna osoba. Kto lepiej nadaje się na przywódcę? Po jednej stronie (hehe) barykady mamy Dantona. Faceta z biednej rodziny, któremu udało się społecznie awansować. Głosiciela idei, nie odmawiającego sobie jednocześnie żadnych przyjemności doczesnych. Rewolucjonistę pełnego rozterek. Po drugiej stronie stoi Robespierre. Nie bez powodu zwany „Nieprzekupnym”. Zasady ma sztywne niczym poza, którą przyjmuje publicznie. Wierzy w rządy twardej ręki i to, że zmiany wymagają ofiar. Oczywiście nie miewa żadnych wątpliwości – a przynajmniej nie oficjalnie. Ci dwaj to zdecydowanie bardzo odległe bieguny. A ich starcie nie może skończyć się dobrze.

To i następne zdjęcia autorstwa Krzysztofa Bielińskiego, pożyczone ze strony Teatru.

Atmosfera jest gęsta, wiadomo co wisi w powietrzu (historia wszak pozostaje nieubłagana), w którą stronę się nie obrócić, zawsze źle. Danton zdaje sobie z tego sprawę chyba od początku. Reszta bohaterów raczej nie do końca. Może stąd też pomysł dodatkowego „podbicia” chaotyczności pierwowzoru zamiast jej łagodzenia. Żeby podkreślić zarówno całkowite osamotnienie Dantona wśród ludzi, jak też kompletny bajzel, będący nieuniknionym skutkiem rewolucji spuszczonej ze smyczy. To też pewnie tłumaczy obecność na scenie elementów totalnie z innej epoki i… roznegliżowaną część obsady. Spokojnie, nie przekracza to granicy dobrego smaku. Nagie męskie torsy i panie w bieliźnie to wszystko, czego możemy się spodziewać. Oczywiście moja próba zinterpretowania tego pomysłu może być lekko naciągana, bo od pewnego momentu dla Dantona i jego najbliższych zwolenników coś takiego jak koszula czy guziki zdają się kompletnie nie istnieć. Nie ma co się oszukiwać i krygować. Przy takim natężeniu facetów z gołymi klatami na scenie równie dobrze może to być zwyczajny fanserwis. Acz ładny. I jak to zwykłam mawiać w takich sytuacjach – nikt nie narzeka.
Przy okazji lojalnie przypominam o podpadającym nieco pod ten wątek przykładzie czegoś, co na stronie TV Tropes nazywane jest „Adaptational Attractiveness” – jako że w rzeczywistości Danton był bardzo nieurodziwy z twarzy, w czym wydatny udział miał pewien byk. Ponoć.

Jak już wskazał na to pierwszy akapit tego tekstu, aspekt aktorski w „Śmierci Dantona” był szczególny. Można nawet powiedzieć, że nieco bardziej istotny niż zwykle. To, co mogło wyniknąć ze scenicznego spotkania Oskara Hamerskiego i Przemysława Stippy w rolach głównych, zapowiadało się na potężne. A tu jeszcze taki potencjał na mocne starcie w samym tekście… Jedno trzeba przyznać. Momenty, w których pojawiają się obaj, można podsumować ostatnimi słowami elektryka – jest napięcie. Jednak jakże odmienne od tego, które można zobaczyć w „Opowieści zimowej”, gdy Hamerski staje naprzeciw Roberta Jarocińskiego. Tam mieliśmy do czynienia z takim rodzajem natężenia emocji, które jest trochę jak pokaz fajerwerków. Wyraziste, efektowne, iskrzące. Tutaj dość „duszna” atmosfera inscenizacji udziela się w jakimś stopniu odtwórcom głównych ról. Niewątpliwie Stippa i Hamerski są tu świetni. Wprawdzie w grze każdego z nich można odnaleźć (czasem dość wyraźne) ślady wcześniejszych ról, ale nie ma mowy o prostej, odruchowej wręcz kalce. W Robespierze Stippy pobrzmiewają echa Franciszka von Moora ze „Zbójców” i Angelo z „Miarki za miarkę” – bohaterów podobnie rozdartych, uwikłanych w nierozwiązywalne dylematy, w jakiś sposób pękających od środka. Tak jak oni „Nieprzekupny” jest totalnie chłodny, zdystansowany, ale na tej masce widać rysy. Coraz więcej szczelin, przez które – kolokwialnie mówiąc – ulewa mu się wszystko to, co próbuje zdusić w sobie. Zarówno psychicznie, jak i fizycznie: wszak w jednej z bardziej nerwowych scen Robespierre zaczyna po prostu nagle krwawić z nosa, zmieniając się z silnego przywódcy w przeciążonego presją człowieka nie najmocniejszego zdrowia. Z kolei u Dantona w wykonaniu Hamerskiego da się dostrzec ślady Leontesa z „Opowieści zimowej” i Spiegelberga ze wspomnianych już „Zbójców”. Konkretnie to wewnętrzne emocjonalne wrzenie króla Sycylii, wchodzące czasami w jakiś rodzaj rozedrgania, a z drugiej strony pewien specyficzny cynizm cwaniaczka z Czeskich Lasów. W efekcie dostajemy człowieka pełnego sprzeczności. Danton chce rzeczy wielkich, chce poważnych zmian. W tym względzie potrafi go wręcz rozpierać energia. Ale zaraz obok jest świadomość krwi na rękach, sumienie skażone śmiercią niewinnych, której może nie był bezpośrednim sprawcą, ale do której walnie się przyczynił. Stąd ucieczka w wino, kobiety i śpiew, stąd również kolejna twarz Jerzego – Danton-filozof, próbujący odnaleźć odpowiedzi na trapiące go pytania. Odpowiedzi najczęściej skąpane w makiawelicznym sosie, nijak mające się do wymarzonych wzorców doskonałego świata. Danton bierze na klatę wszystko to, czego Robespierre próbuje uniknąć poprzez zafiksowanie się w swoim gorsecie ideałów. Choć w ogólnym rozrachunku niewiele mu to pomoże.
Swoją drogą, czy podobieństwo obu protagonistów do postaci granych przez tych samych aktorów w „Zbójcach” jest przypadkiem, skoro Barbara Wysocka artystycznie zdaje się być nieodrodną córą Michała Zadary na wielu polach (pomijając zupełnie fakt, że zdarzało jej się w tej inscenizacji grać)?

W dalszym planie wcale nie jest spokojniej. Na pochwały zasługują Mateusz Kmiecik grający Kamila Desmoulins oraz Karol Dziuba w podwójnej roli jako Legendre i Hérault-Séchelles (a że były dwie postacie, zorientowałam się dopiero podczas rozbrajania „Dantona” na części pierwsze przy pisaniu tego tekstu). Bardzo zrehabilitował się w moich oczach po niezbyt udanym występie w „Dziadach” Kacper Matula. Czy może raczej zwyczajnie się przekonałam, że wtedy litewski reżyser zrobił w gruncie rzeczy niezłemu aktorowi krzywdę? W scenie z kartkami Matula jest bardziej niż okej i udowadnia, że na sporo go stać. Klasę – jak zwykle! – pokazuje Wiktoria Gorodeckaja jako żona Dantona, Julia. Z bohaterki w naturalny sposób nieco zepchniętej na dalszy plan robi postać wprawdzie stonowaną, ale wiarygodną i niebywale potrzebną w próbach porządkowania wewnętrznych dylematów Jerzego. Mimo dość niesprzyjających warunków, że tak to nazwę, dramaturgicznych, z Hamerskim niemal od razu łapią chemię, co daje efekty. Cokolwiek by się nie działo, czegokolwiek Danton by nie odwalał na boku, widać, że on i Julia kochają się szczerze i prawdziwie. Aż po grób. Taka ostatnia w miarę czysta rzecz w świecie zwichrowanym porewolucyjnym szaleństwem. A wszystko na moim przedstawieniu było trochę… inne z powodu całkiem pozateatralnego. Gorodeckaja była w tym czasie w widocznej ciąży, której nie mogły ukryć do końca nawet najobszerniejsze suknie. Niektóre sceny zyskiwały przez to dodatkowy, intensywniejszy wydźwięk. Zwłaszcza finałowa. Poza tym przyjemnie zaskoczyła mnie Anna Lobedan. Znana mi dotychczas głównie z inscenizacji lekkich, łatwych i przyjemnych, tu pokazuje, że na poważnie też umie zagrać. I technicznie zdaje się niczego jej nie brakuje, skoro gdy Gorodeckaja już poszła na urlop macierzyński, Lobedan ponoć bezproblemowo wcieliła się w Julię, jednocześnie nadal sprawnie odtwarzając swoją dotychczasową postać, Rozalię. Ale mimo wszystkich tych aktorskich atrakcji ubolewam, że nie dane było mi zobaczyć Kingi Ilgner w roli Fouquiera-Tinville’a, bo mogła być to całkiem smaczna kreacja.

Jedyny problem w kwestiach aktorskich mam z Michaliną Łabacz grającą żonę Kamila Desmoulins, Lucyllę. I to nawet nie z całym jej występem, a ze sceną finałową. Ze względów oczywistych nie będzie to spoiler, jeśli zdradzę, że Kamil wraz z całą grupą Dantona kończy na szafocie. Jednym z istotnych elementów zakończenia jest Lucylla krzycząca „Niech żyje król!”. Tutaj znów potwierdziło mi się pewne teatralne spostrzeżenie, które towarzyszy mi od dawna. Że krzyk to bardzo niebezpieczna forma ekspresji, bo źle użyty potrafi zepsuć wiele. Niestety tego wieczora dostałam mocny dowód na słuszność tej tezy, bo Łabacz jednak nie udźwignęła takiego zadania. To finał. On musi wybrzmieć naprawdę mocno. A z takim pustym krzykiem jest trochę… pusty właśnie? Poza tym Lucylla nie hałasuje sobie dla własnej satysfakcji. Wykrzykuje słowa, za które w porewolucyjnej Francji grozi najwyższy wymiar kary – i robi to z pełną premedytacją, w nadziei, że szybko dołączy do męża. To musi być słychać i tego mi zabrakło.

Inscenizacja sięgająca po temat polityki to zawsze łakomy kąsek dla krytyków. Jednocześnie przy takiej okazji recenzenci zazwyczaj wykazują niebywałe zdolności do kreowania świata równoległego w swoich opiniach. Czy tak było i tym razem? Niestety po części jak najbardziej. Przy obecnych wiatrach panujących w tak zwanym środowisku należało się jednak spodziewać, że znajdą się tacy, których zaboli uniwersalność realizacji Wysockiej. Mistrzostwo kraju w tym względzie osiągnął ten dziennikarz, którego rajcuje wyłącznie jedyny słuszny i prawdziwy teatr zaangażowany, który tak się wtrąca, aż mu się wytrąca. „Śmierć Dantona” w ten trend nijak nie chciała dać się wpisać. I to mimo faktu, że – o zgrozo! – reżyserka z owym nurtem sympatyzuje. Cóż za zdrada, mezalians z tym okropnym, „mieszczańskim” teatrem! Więc dalejże, marudzić, drwić, pisać od rzeczy. Bo inscenizacja za mało postępowa (śmie mieć sensowną fabułę i niewiele ingerencji w oryginalny tekst), łopatologiczna (żadnych topornych, pozbawiających pola do interpretacji aluzji w skali jeden do jednego) i kontrowersyjna (panowie rozebrali się tylko do pasa). W dodatku zespół Teatru Narodowego pokazuje uczucia, a nie tylko o nich duka z prędkością i wdziękiem karabinu maszynowego, więc grać w perspektywie pana recenzenta nie umie. Bagienko doraźności to dla każdego dzieła sztuki rzecz najgorsza – niestety nadal nie wszyscy to rozumieją. Owemu panu krytykowi w tym wątku w jakimś stopniu wtórowali niektórzy koledzy po fachu, którzy z kolei nie mogąc znaleźć dosłownych nawiązań do rzeczywistości w samej realizacji, wprost i bez ogródek dopowiedzieli je sobie. Oczywiście mocno na siłę. Owszem, można dokleić do głównych bohaterów wiadomego szefa jednej z krajowych partii oraz dowolnego idola frakcji przeciwnej, starając się przeważyć szalkę słuszności na stronę tego drugiego. Tylko w praktyce cała ta teoria szybko bierze w łeb. Wszak widzimy, że wyzwolony, korzystający z damskich wdzięków Danton jest równie słabym materiałem na przywódcę, co ascetyczny i sztywny moralnie Robespierre. Powtórzę się (bo kiedyś już to mówiłam w kontekście innej inscenizacji w Narodowym) ale powiem to – jeżeli ktoś tak bardzo wierzy w swoje „poglądy”, że aż potrzebuje zawsze i wszędzie doszukiwać się przesłanek potwierdzających ich rzekomą słuszność, to ma poważny problem sam ze sobą.

Szczęśliwie nie zabrakło krytyków, którzy docenili nieoczywiste i niejednoznaczne przesłanie „Śmierci Dantona”, jak również realizację i wkład aktorów. Przy pisaniu o „Elementarzu” stwierdziłam, że nie jestem jakąś wielką fanką Piotra Zaremby, ale doceniam niebywałą trafność zawartą w jego recenzji tamtego spektaklu. Teraz muszę powiedzieć, że chyba sytuacja tu się zmieni, bo choć nie zgadzam się z pewnymi detalami, to jego tekst, zamieszczony na stronach „wPolityce”, urzekł mnie zarówno analizą świata przedstawionego jako ludzkiego (choć bez „fotograficznego realizmu”), jak również ciętymi przytykami w stronę naginających rzeczywistość recenzentów, obnażającymi ich uprzedzenia, przez które zapewne zaczęli filtrować „Śmierć Dantona”, zanim jeszcze dobrze rozsiedli się w fotelach na widowni. Podobnie wątek podjął Krzysztof Lubczyński w „Trybunie”, gdzie ładnie napisał: „Cały (…) posępny, pesymistyczny koloryt w realizacji Wysockiej wybrzmiewa i mogę się tylko dziwić surowym recenzentom, że tego nie chcieli zauważyć. (…) Skoncentrowali się na niedostatkach formalnych, warsztatowych inscenizacji Wysockiej lub projektowali to, co chcieliby w przedstawieniu zobaczyć, nie odnosząc się do tego, co realnie zrobiła z tekstem reżyserka. W sumie oceny recenzenckie przedstawienia sprowadziły się do subiektywnego grymaszenia typu >>nie podobało mi się<< lub do niekoniecznie uzasadnionych uogólnień własnych rozczarowujących odczuć na wrażenia publiczności (>>nudne jak nigdy<< bez dodania kwantyfikatora informującego, kto mianowicie się nudził, bo może jednak nie każdy). Innymi słowy oceny są w stylu osobistych fochów typu >>nie, bo nie<<, bez poważniejszego uzasadnienia. Więcej szacunku dla czytelników!”. To chyba najlepsze podsumowanie.

Jeden z tych wyszukanych inaczej recenzentów, którym świadomie odmawiam nazwisk, szydził, że hasło „rewolucja własne dzieci żre” brzmi jak wyświechtany frazes, ale w czasach, kiedy niektórym się takowa marzy – i to nie tylko targanym hormonalnymi burzami małolatom – warto tę myśl przypominać. Wysocka chciała inscenizacji uniwersalnej i myślę, że pod tym względem jej wyszło. Czy sam pomysł się sprawdził? Nie do końca. Czegoś jednak brakowało. Co nie zmienia faktu, że „Śmierć Dantona” to udana realizacja, która daje widzowi wszystko, co trzeba. Autentyczne i ponadczasowe dylematy, emocje, pytania. Wiadomo, że w odpowiednio skonwencjonalizowanej formie, ale nie w takim stopniu, aby pozostawić odbiorcę obojętnym. Dlatego warto pomyśleć o zaklepaniu sobie biletów na przedstawienia w lutym, albowiem będą to ostatnie spektakle. Podszeptywano o tym w kuluarach od jakiegoś czasu, ale nie traktowałam tego aż tak serio. No bo jak to, ściągać inscenizację, której nawet pełny rok nie grają? A tu jednak. Równo rok i sześć dni po premierze „Śmierć Dantona” zniknie z afisza Teatru Narodowego. I naprawdę bardzo chcę wierzyć, że to tylko kwestia tej potężnej scenografii, która jest za droga i nie ma komu jej rozkładać, a nie niedostatecznej frekwencji, spowodowanej przez paru typków, którzy myślą, że się znają na teatrze i wiedzą, co teatr „powinien” robić.

Nie da się ukryć. Wtedy, te osiem miesięcy temu, przyjmowałam całość ze strony aktorskiej dosyć emocjonalnie. Z czasem wszystko ostygło – teraz, opisując na chłodno, nadal potrafię oddać należne „Śmierci Dantona” uznanie. Ale jednak jest inaczej. To taki dość mocny dowód na to, że trzeba spinać pośladki i opisywać przedstawienia możliwie najszybciej po ich obejrzeniu. Bo być może w marcu czy kwietniu czytalibyście opowieść o trochę innej realizacji – choć przecież de facto o tej samej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *