Ja i on, on i ja

Jak często w życiu zdarza wam się jarać czymś jak, nie przymierzając, Rzym za Nerona? Bo mnie raczej rzadko, a przynajmniej tak mi się wydaje od jakichś trzech czy czterech lat. Ale jednak są takie okazje, kiedy jeszcze mi się to przytrafia, ku mojej wielkiej radości zresztą, bo to oznacza, że wbrew wszystkiemu jeszcze nie zdziadziałam.

Zaczęło się już w momencie, kiedy na stronie Teatru Norwida pojawiła się zapowiedź, ledwie wzmianka. Gdzieś w listopadzie. To już wystarczało, żeby człowiekowi coś w środku huknęło. Był ku temu powód, zaiste był. A nawet dwa. I każdy z nich ma imię i nazwisko. Jacek Grondowy. Piotr Konieczyński. Obaj. Na raz. Niby nic, a w każdym razie nie taka wielka nowina, bo to już się zdarzało, czy to w „Kolacji dla głupca” czy w całym rzędzie realizacji, na które już się nie załapałam. Ale jeszcze nigdy tak, żeby oni mieli całą scenę tylko dla siebie. Oni – czyli na dzień dzisiejszy jedni z najlepszych, o ile nie najlepsi, aktorzy teatru w Jeleniej. Faceci, z których każdy gdzieś, kiedyś, jakąś rolą wybił mnie z równowagi i już nie pozwolił do niej wrócić. A każdy, kto mnie chociaż trochę zna, wie, że to wielka sztuka, bo nie jestem jednak osobą, którą łatwo jest czymkolwiek ruszyć. Dlatego okazja, żeby obejrzeć sceniczne popisy realizowane przez nich w ich własnym gronie, była dla mnie wyjątkową petardą. Po raz pierwszy od… iezu, nie pamiętam nawet, kiedy śledziłam bacznie wszystkie doniesienia na temat postępu prób, które pojawiały się na facebooku teatru. Każda wzmianka, każda fotka. Wszystko. Można by rzec, że chłonęłam to. Kiedy ostatni raz tak wyczekiwałam premiery w tym teatrze? Chyba przy okazji „Novecento”, ponad cztery lata wcześniej. Na szczęście w przeciwieństwie do tego monodramu, przy „Mężu mojej żony” – bo taki tytuł nosić miał ów nadchodzący spektakl – nie było żadnej obsuwy i jak miałam go dostać pod koniec grudnia, tak dostałam.

Okej, ale trzeba się przyznać, że o cały dzień wcześniej niż większość ludzkości. Bo ktoś miły poinformował mnie o istnieniu czegoś takiego, jak otwarta próba generalna. Znaczy otwarta. Parafrazując bohatera jednego z moich ulubionych filmów: dostępna dla tych, którzy wiedzą, a niedostępna dla tych, którzy nie wiedzą 😀 Było to o tyle wygodne, że na premierowe przedstawienia w sylwestrowy wieczór ze względu na datę bilety zniknęły stosunkowo szybko. Tak czy siak, po ponad miesiącu gorącego oczekiwania, stało się.


Obrazek pożyczony z FB teatru.

Naprawdę, naprawdę tym razem nie jestem pewna, czy czteroipółmiesięczny odstęp pomiędzy tym wydarzeniem, a publikacją niniejszego wpisu to efekt mojego wiecznego lenistwa, czy jednak tym razem przeżycia, mocnego i mocno wyczekiwanego.

Zaczęło się od piosenki. Tak. Od utworu puszczonego z offu jeszcze przed właściwym startem. Niestety na „moim” graniu źle nagłośnionej, co zaowocowało tym, że rozumiałam z tekstu mniej więcej co drugą, trzecią frazę. O jakichkolwiek muzycznych wrażeniach nie wspomnę, bo raczej trudno o nadmiarze takowych mówić. Straszną krzywdę zrobili temu kawałkowi, tym bardziej, że jest on wykonywany przez… grających w sztuce aktorów. Taki smaczek nie zdarza się często. Zresztą, w ogóle niektórzy w Norwidzie mało śpiewają… Jednemu panu w tym duecie idzie lepiej, drugiemu zdeczko gorzej (zgaduj zgadula, chociaż myślę, że dość łatwo się domyślić), ale i tak zaistnienie tego sympatycznego epizodu pozostaje faktem.

Przy taktach muzyki wszyscy widzowie mieli okazję, żeby spokojnie przyjrzeć się dekoracji. Na Scenie Studyjnej mamy salonik, dość przytulny, ale niesamowicie zabałaganiony. Po podłodze walają się puste puszki po piwie, leżą krzesła, z żyrandola zwisa rolka lepu na muchy, z przewieszonych nieco z boku sznurów rzędy suszącej się bielizny. Na ustawionym w centrum stole talerze z resztkami jedzenia, a pomiędzy nimi, zupełnie niepasujące do otoczenia, ślubne zdjęcie w ramce. Wystarczy usiąść w odpowiednio bliskim miejscu (albo już po przedstawieniu obadać dostępne w Sieci materiały z prób), żeby zorientować się, że to jeden z aktorów użyczył fotografii z rodzinnego archiwum… Mała rzecz, detal taki, a cieszy bardzo.


To zdjęcie i następne, zgodnie z podpisem, pożyczone ze strony Portalik24. Bo tam bardzo dobre fotki umieścili.

Potem się zaczęło. A ich było dwóch.
Jeden nieogarnięty, niechlujny wręcz, w podkoszulku i kalesonach. Z okładem na głowie, bo syndrom dnia następnego męczy niemiłosiernie. Głos ma schrypnięty, co idealnie uzupełnia ten nieproporcjonalny, chropowaty obrazek. Drugi za to odwrotnie, sprawia wrażenie wypolerowanego do granic przyzwoitości, żeby nie powiedzieć do porzygu. To jeden z takich, którzy irytują tym, że teoretycznie nie można się u nich do niczego przyczepić. Koszula wyprasowana, marynarka wczoraj odebrana od krawca, spodnie z równiutkimi niczym od linijki kantami. Co mogłoby łączyć dwa tak odmienne typy? Nie będę bawić się w budowanie napięcia, bo i tak wszystkie krążące po Internetach i innych miejscach opisy tej sztuki zdradzają ten element jako podstawę dla całej fabuły. Żona każdego z nich okazuje się być jedną i tą samą osobą, niejaką Heleną pracującą w pociągach kursujących na trasie Warszawa-Frankfurt. Wokół próby ugryzienia tego problemu i poszukiwań jego rozwiązania kręcić się będzie cała akcja. Bo przecież tak nie może zostać. Ona musi któregoś wybrać. Albo Zeflika albo Edmunda. A może żadnego?

Do jakich wniosków doszli, tego wam nie powiem. Za to mogę wam mniej więcej opowiedzieć, jak wyglądało owo decydowanie się. Czyli w zasadzie cały spektakl. Chociaż nie oszukujmy się, sam tekst sztuki mimo niewątpliwego potencjału potraktowałam nieco pretekstowo. Bo wszystko, co najlepsze, wyciągnęli z niego twórcy. Przede wszystkim aktorzy. Obsadzeni zupełnie nie po warunkach, dodajmy – oczywiście zakładając, że w Norwidzie można mówić o emploi w sensie dosłownym. To jest coś, co jako osoba wiecznie spragniona świeżych wrażeń zawsze absolutnie uwielbiam. A gdy dotyczy artystów w jakiś sposób mi najbliższych, bo z mojego tak jakby rodzimego teatru, to łuhuhuuuu, już w ogóle. I tak mamy Jacka Grondowego, zazwyczaj grającego postacie żywiołowe, cwane i wygadane, jako wyciszonego, onieśmielonego Edmunda, a po drugiej stronie Piotra Konieczyńskiego, który niezależnie od dotychczasowego dorobku zawsze kojarzy mi się z bohaterami ciepłymi i dobrze nastawionymi wobec innych, w roli Zeflika, który jest nieskomplikowany, nerwowy, czasem nawet nieco brutalny. Powiem wam, to było to. Przepyszna okazja do zaobserwowania tej dwójki, że tak to ujmę, w innym środowisku. W którym – zgodnie z moimi oczekiwaniami zresztą – absolutnie się obronili. Pokazali, że potrafią zagrać każdą zadaną im postać, jak na dobrych aktorów przystało i że ten, kto twierdzi, jakoby mieli robić wszystko na jedno kopyto, może im buciki wypucować. Na scenie przewinęły się chyba wszelkie możliwe emocje, chociaż więcej było tych negatywnych: złość, smutek, zniechęcenie, zaraz obok krótkotrwałej radości, rozczulenia czy serdeczności. Przez każdego złapane od zupełnie innej strony. Edmund, który tak na wódkę, jak i na propozycję następnej kolejki reaguje, jakby miał od tego paść trupem na miejscu. Zeflik, który mówiąc o Helenie z absolutnej czułości, popadającej wręcz w sentymentalizm, momentalnie przechodzi w klasyczne rzucanie mięsem. W dodatku płynną śląszczyzną. I tu miałam bodaj najszczerszą zaskoczkę całego wieczoru. Być może miejsce urodzenia odtwórcy tej roli pod postacią Wodzisławia Śląskiego powinno było dać mi do myślenia w tej kwestii już dawno temu, no ale kto by kombinował takimi kategoriami? Zresztą powiedzmy sobie tak – nie wiedziałam, że chcę czegoś takiego jak Piotr Konieczyński ciskający na scenie gwarą śląską, ale gdy usłyszałam pierwsze kilka zdań w jego wykonaniu, to stwierdziłam, że podświadomie pragnęłam tego całe moje teatralne życie. Robi to z takim niewymuszonym wdziękiem i swobodą, jednocześnie nadając swojemu bohaterowi trochę dodatkowej szorstkości, że ja wysiadam. Po prostu nie znajduję słów, żeby opisać, jak cudnie to brzmiało w moich małych uszkach. Jak i żeby rozwodzić się więcej nad aktorstwem obu panów. Tyle dałam radę ubrać w zdania. Resztę trzeba po prostu samemu zobaczyć i usłyszeć.

Dwaj świetni aktorzy, który swoją niemal doskonałą grą robią z niezłego tekstu naprawdę wielką rzecz. Po raz pierwszy od dawna, naprawdę cholernie dawna wróciłam z teatru do domu ze sporym acz głupim uśmiechem na ryjku, przeskakując pęknięcia na chodniku. Nie wspominając już o pierwszych próbach spisania jakichkolwiek wrażeń, które kończyły się wpatrywaniem się w pustą stronę Wordpada i chichraniem się pod nosem. Widząc, po jakim czasie od obejrzenia tekst tutaj wylądował, można się domyślić, jak długo uprawiałam ten proceder… 😀 To jest dla mnie coś, zwłaszcza w czasach, gdy jako studentka specjalności o dumnej nazwie Sztuki widowiskowe niejako zawodowo zmuszona jestem do oglądania spektakli ponoć „wybitnych”, „zaangażowanych” i „ważnych”, które w praktyce są głównie wrzaskliwym i pretensjonalnym chaosem na scenie, a przede wszystkim nie sprawiają mi jako widzowi absolutnie żadnej przyjemności. Chodzenie do teatru po to, żeby mentalnie (a może i dosłownie, któż to wie) dostać w twarz to rodzaj masochizmu, który od zawsze jest mi obcy. Nie tego chcę od niego, nie tego w nim szukam. Potrzeba mi pewnej nitki porozumienia, pewnego układu, takiego dobrze rozumianego, opartego na obopólnym szacunku. Widz przychodzi i chce oglądać – aktor wychodzi na scenę, żeby coś mu opowiedzieć. Może zasmucić, może rozbawić, ale na pewno gdzieś w tym wszystkim dać coś do myślenia. Dać. Nie wcisnąć na siłę. Do tego trzeba nie tyle aktorskiego kunsztu, co zwykłej, czysto ludzkiej wrażliwości. I ja to tego wieczora znalazłam. Tak, w tej niedużej komedyjce. Dla „znawców” zapewne bezwartościowej, chociażby z racji samego niepoważnego gatunku. Ale co tam. Już od dawna przecież wiem, że ich zdanie jest trochę jakby niczym wobec tego, co można zdobyć, idąc tą teatralną drogą. Wobec czucia i wobec emocji, specyficznych, bo w sumie spreparowanych do pewnego stopnia, ale jednak działających.

Ten akapit powyżej wyszedł trochę górnolotnie, ale musiałam to z siebie wylać. Oczywiście nie musicie doszukiwać się w „Mężu mojej żony” drugiego dna, rozgrzebywać tej poważnej „podszewki” całej sztuki czy zastanawiać się, co byście zrobili, lądując na miejscu bohaterów. Można po prostu dobrze się bawić – bez wyrzutów sumienia, bo to będzie rozrywka na najwyższym poziomie. A to też jest ważne. Jak to szło? „Ci, którzy rozśmieszają ludzi, cenniejsi są od tych, co każą im płakać”? To bardzo często tak działa, zdecydowanie. Miło też jest poobcować z pokazem aktorskiego kunsztu, tak potrzebnego do uprawiania tej dziedziny dobrze. Duet Grondowy i Konieczyński ma go dużo. Dla mnie to nie jest niespodzianka, ale może znajdą się tacy, dla których to będzie jak odkrycie nowego lądu… czy coś. Ja raczej wróciłam na stare śmieci. Albo poczułam się, jakbym to zrobiła. Niczym ta lekko zwariowana licealistka, która gdy brakowało planów na weekend, leciała niemal tak, jak stała, na „Kolację dla głupca” czy inne spektakle. Mam frajdę, mam frajdę nie tyle z samej sztuki, co z pewnego rodzaju spotkania z teatrem. Takiego, jak lubię.

Dużo ludzi musi czuć podobnego bluesa, bo od tamtego czasu z trudem próbowałam zdobyć bilety na kolejne przedstawienie. Takiego obłożenia w Norwidzie to ja nie pamiętam od dawna! A może po prostu w repertuarze brak mu naprawdę groźnej konkurencji?… Ciii, to było naprawdę bez złośliwości. Wywalczyłam w końcu swoje. Mam bilety na tę sobotę (niech żyje jubileusz polskiego teatru i bilety za 250 groszy!) i na koniec czerwca. Kolejny raz spotkam się z pewnymi panami. Ja usiądę wygodnie w fotelu, a oni opowiedzą mi historię o dwóch takich, co mieli jedną żonę.

3 myśli na temat “Ja i on, on i ja”

  1. Też bym sobie kiedyś poszła do teatru na coś dobrego 😀

    Jak ja uwielbiam twoje zachwyty. A górnolotność ci bardzo ładnie wychodzi – bo nie piszesz jej dla tego, co chcesz, żeby wyszło, ale właśnie dla tego, z czego wychodzi 😉 Widać tutaj w tym zachwycie te kilka miesięcy zwłoki – tak, czasami po prostu trzeba odczekać X)

    A krytykami się nie przejmuj – wielu z nich jest zaślepionych opiniami „autorytetów”, mniej lub bardziej świadomie pisząc to, co uważają, że powinno być napisane, zamiast naprawdę poczuć co i jak. Już Żeleński przerabiał to w „Obrachunkach Fredrowskich” z niejakim Kucharskim, który robił z komediowych historyjek poematy patriotyczne, więc… :p

    1. Zapraszam do Jeleniej, obadasz sobie opisany tytuł, że tak to ujmę, organoleptycznie 😀

      Fakt! Jakkolwiek trochę parsknęłam śmiechem, widząc nazwisko Żeleńskiego – z racji magisterki siedziałam nad jego „Słówkami”, ale coś czuję, że będę musiała sięgnąć i po ten tytuł…

      1. Tak, Żeleńskiego i „Obrachunki…” bardzo, oczarował mnie gość parę lat temu 😀

        (W tle Cukierki z „Errorem” tak btw. Zapowiada się, że będzie co włączyć, kiedy od czasu do czasu nie będzie niczego do włączenia 🙂 )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *