Dyrdymalizm

Proszę państwa, przepieprzyłam ostatnie ferie zimowe w swoim szkolnym życiu.

… KURWAAAAAA!!!

 

Znaczy nie do końca, bo gdzieś pod koniec wylądowałam drugi raz na „Bogu mordu”, ale w zasadzie to chyba jedyna rzecz, która z moich szumnych planów wyszła. No cóż, no cóż, no cóż. To chyba taka reguła, że nawet, jeśli przewidujesz tylko nadrobienie zaległości filmowych/książkowych, to i tak właśnie w czasie wolnym ogarnie cię taaaaki leń, że guzik z tego będzie. Oczywiście pomijam drobny fakt, że baj de łej trzeba było zrobić jeszcze 4 testy z matmy po około 30 zadań każdy, skończyć „Granicę” i przeczytać „Jądro ciemności” oraz obkuć się z II RP na sprawdzianik z historii. Bo mi się matury zachciewa. Ale nieee, ale nieee, ja to wezmę i zdam. Chociażby dlatego, że się nam grupa potencjalnych maturzystów wykrusza – ostatnio dwie osoby skapitulowały. Nie wiem do końca, czy same z siebie, czy – że tak zażartuję – któryś z nauczycieli ich namówił, ale to nieistotne. Tak czy inaczej nie ma sensu robić akcji pod tytułem: „Ryłem przez 2 lata, a na trzeci rok daję dupy i odpuszczam”. Za dużo zachodu kosztuje, no a potem szkoda. Zaciśnie się zęby, przyswoi kupę następnych nieprzydatnych informacji, przeczyta jeszcze jedną stertę koszmarnych lektur i się zda. Jak to powiedział red. Andrus, w życiu trzeba się czymś interesować i do czegoś dążyć.

(Chociaż z tymi koszmarnymi lekturami ostatnio był jeden zacny wyjątek – polonistka kazała przynieść „Ferdydurke”, a na lekcji męczyliśmy adaptację Teatru TV. Słowo „męczyliśmy” użyte nieprzypadkowo, ale Gombro jest Gombro i tyle. <3).

 

Ale trzeba przyznać, że też trochę jestem sama sobie winna, bo rozleniwiłam się okrutnie. Do tego stopnia, że zaplanowałam sobie spontaniczne wyjście do teatru na „Rumcajsa” i o godzinie 16:04 pokapowałam się, że jako spektakl dla dzieci zaczyna się o 16:00. I biletów na Hrabi też nie dostałam przez taki opóźniony feryjnie zapłon. Znaczy nie, wróć, były. Miła pani w kasie proponowała mi jeden z dwóch. Do wyboru: trzeci rząd na drugim balkonie i drugi rząd… też na drugim balkonie. Grzecznie podziękowałam i wyszłam. Jeszcze pamiętam, ile udało mi się zobaczyć na premierze „Scrooge’a” z pierwszego balkonu, a lekcję pod tytułem „oglądamy kabaret z w-chuj-daleka i zamiast artystów widzimy jakieś kolorowe mróweczki” przerobiłam już półtorej roku temu i dziękuję. Zdaje się, że też za 35 złotych. Nie no, trochę żałuję. Ale bywa. I chyba bardziej bym żałowała, gdyby chodziło o Neonsów. Chociaż… tyle tych występów przechodziło już koło nosa, że jakoś i to by się przełknęło.

(Taaa, na występie być nie mogłam, ale do „zakulis” się dostałam. A jak, to niech już pozostanie moją słodką tajemnicą :D)

 

A tak poza tym to wiosna wreszcie idzie, więc i może motywacji dostanę. Mam nadzieję tylko, że nie do tych wszystkich rzeczy, które będą zabierać mi czas potrzebny na grzeczne i kulturalne kucie. Skądinąd wiem, że właśnie tak będzie, ale cii, nic nie mówiłam.

Jedna myśl na temat “Dyrdymalizm”

  1. plany mają to do siebie, że przeważnie pozostają w sferze planów. a rozleniwieniem się nie przejmuj, im człowiek dłużej w domu siedzi, tym leniwszy. 🙂

Skomentuj durmik@op.pl Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *