Mumio – dziewczyny i chłopaki, które dużo umio

[Nie ma to jak wrzucać notkę o jakimś wydarzeniu po ponad tygodniu… Potem się wytłumaczę, teraz przejdźmy do sedna.]

 


Ta tegoroczna edycja Jeleniogórskiej Sceny Kabaretowej jest mimo wszystko naprawdę jakaś magiczna. Najpierw Andrus. Potem MoCarci (na których wprawdzie nie poszłam, ale fakt jest faktem). A w styczniu… No poszaleli. Poszaleli! MUMIO mi tu sprowadzili! Nietrudno się chyba domyślić, że bez namysłu wydałam te pięć dych na bilet i z niecierpliwością czekałam na 31 stycznia. Dziesiąty rząd, ale okazało się, że nie było większych problemów z widocznością. Jak zwykle mam szczęście. A mało brakowało, żebym nie miała, bo się z panią w kasie nie zrozumiałyśmy do końca i omyłkowo wzięłam bilet na balkon – na szczęście w porę się zorientowała i wymieniłam 😀

 

Wiecie co? To zabawne. Przed koncertem „wkręcałam” się w klimat piosenką o Panu Eugeniuszu, który siedział w swoim mieszkaniu na piętrze i pił gorącą herbatę w szklance, a potem przychodzę na występ i zaczynają właśnie od tego numeru. Yeah.

Jeśli uznamy wykaz ze strony Mumio za pełny i podstawowy, to poza „Ktoś zapukał mi do buta” oraz „Poffcernacym i elemejską babką” było wsio. I ów „Pan Eugeniusz” („Eeeel inkaaaaasento de gaaaaz, eeeel inkaaaaasento de gaaaaz…!”) i pioseneczka o smutku i „Kubeczek z wiewiórką”, czyli jakieś takie historie w moim „mumiowaniu” obecne od zarania. Dlatego chyba jakoś najmilsze mi to było. Ale i reszta niezgorsza. Wszak to Mumio… Nawet takie tradycyjne „Gąski, gąski do domu” sprzedawane przez Jadzię Basińską potrafi nabrać odjechanego wyrazu. Nie mniejszego, niż gdy chce „chwilę zostać sama, żeby jakoś się pozbierać” z krzesła. Chociaż panowie wcale jej nie ustępują. Ah, ten „Cynik”. Albo „Jesień… jesień… jesień… *dmuch dymem papierosowym*”. A na samo hasło „Motor kupił Duszan” coś się we mnie w środku koślawo uśmiechnęło. Już pomijam, że kiedy Jacek Borusiński zaczął śpiewać o Zbyszku, to musiałam pozbierać szczękę z podłogi, bo to już przeszło moje pojęcie.

Było wsio, a nawet więcej. Darek Basiński pozamiatał „Świtezianką” (do tego stopnia, że aż się zdziwiłam, jakim cudem na to wcześniej nie trafiłam tudzież nie pamiętałam czegoś takiego). Nie zabrakło kultowego „Wykładu o chodzeniu z dziewczyną”. Pancerniki, grupa dorosłych fok, te sprawy… I jeszcze najlepsze. Oczywiście na koniec. W ramach bisu wspominany już pan Basiński przedstawił historię bluesa. Zaczął po angielsku. Pani Broooown 😀 Potem na hasło rzucone przez publikę opowiedział o bluesowych zwyczajach Egipcjan z okazji wylewu Nilu (z tłumaczeniem na polski, oczywiście :D). Gdy przyszło do Węgier, to się okazało, że widownia nie potrafi poprawnie wymówić imion Imre i… Ydzio? Czy jakoś tak 😀 Za karę – a może w nagrodę – dostaliśmy poglądowy dialog z bohaterami o takich właśnie mianach. Na sam koniec, ponownie na życzenie widzów, pojawił się blues rosyjski. I przy okazji cała tyrada, czemu nie można się śmiać ani kaszleć – mimo to ludzie z trudem się powstrzymywali 😀

 

Eeeeeech. Doszłam do wniosku, że Mumio uwielbiam dokładnie za to samo, za co pięć lat temu. Za wielki, świeży, soczysty, twórczościowy misz masz. Bo to taki tygielek, w którym pływa wszystko. Gitara, fortepian, Żeleński, kakao, poezja, blues, Świteź i setki innych rzeczy, które teoretycznie do siebie totalnie nie leżą. A u nich nagle zaczynają pasować. Wprawdzie trochę na zasadzie dzikiej mozaiki, ale jednak. Świetne to. Przychodzisz na teatr/kabaret (taaa, wiem, że Mumio kabaretem nie jest i za takie ich nazywanie rączki wyrywam, ale ten konkretny program to jednak konwencja kabaretowa), a to, co się wyrabia na scenie, radośnie sobie wypływa, a nawet wybryzguje poza te ramy. A poza tym… Oni są po prostu do zjedzenia. Jako grupa i każdy z osobna. A skoro oglądam ich filmy albo filmy z nimi, słucham ich muzyki, czytam ich książki i to wszystko cholernie mi się podoba, to nie dziwota, że najistotniejsza, tak jakby podstawowa część ich poczynań, jaką jest wariowanie po scenie, również mi przypasowała. Po prostu… jakby to ująć… chyba pojadę autoparafrazą. Mumio to jest, kurwa, Mumio. I tyle. Taka marka sama w sobie, która tłumaczy wszystko.

 

A co potem? No cóż… Tak pokrótce – o ile na Artura A. w październiku czaiło się kilka osób, o tyle tym razem byłam sama. Dziwne. Bardzo dziwne. Co nie zmienia faktu, że warto było się wystać w kulisach, aż lokalne media zostawią wziętych na spytki artystów. Trochę czasu ich męczyli, trzeba przyznać… Ale słowa: „To pani tyle na nas czekała?” ze strony pani Jadzi… ech… bezcenne po prostu 🙂 Tyle. Reszta jest dla mnie. Może poza tym, że ci ludzie „od techniki”, gapiący się dziwnie na jedyną fankę w zakulisiech, naprawdę głupio (i śmiesznie) wyglądają.

 

Co za dzień! What a night!


 

[Dobra, a teraz drobniutkie, kulturalne tłumaczenie, czemu tak późno. Otóż występ Mumio wypadł w poniedziałek. A w piątek miałam studniówkę. Ot, po prostu przygotowania były jednak trochę istotniejsze niż klepanie w klawiaturę nawet o tak zacnym zdarzeniu. Uprzedzając wszelkie pytania – studniówa była udana. Nawet bardzo. Przez dwa dni mnie wszystko bolało, a w efekcie wracania na piechotę z dworca o piątej nad ranem przy megawietrzychu złapałam po niespełna tygodniu hardcorowe przeziębienie, ale nie żałuję.

Hm. Mumiaki i studniówka w przeciągu jednego tygodnia. W życiu bym nie pomyślała, że mnie taka kombinacja spotka.]

2 myśli na temat “Mumio – dziewczyny i chłopaki, które dużo umio”

  1. Artur A. był u mnie w szkole ale rozmawiały z nim „uprzyilejowane” klasy dziennikarskie k mać.Nie cierpie takich sytuacji.

Skomentuj ~kajoj Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *