Lipaaaaaaaaa!

„Pada śnieżek, pada śnieżek, już ze śniegu mam kołnierzyk…”. Jakoś tak się zaczynał wierszyk, który czytałam w dzieciństwie, chyba w kultowym pisemku „Miś”. Bo śnieg pada. Pada, jest biało, ja mam ferie i się nudzę. Tradycyjnie – kiedy nie mam wolnego czasu, pilnie go potrzebuję, a kiedy już go mam, to nie wiem, co z nim zrobić. W ten sposób malowniczo przepieprzyłam już większą część tych dwóch tygodni, nie licząc występu Neo-Nówki na samym początku, jakiejś wizyty u znajomych i iluś godzin poświęconych na zarzucone nieco w ostatnich miesiącach rysowanie. Bo poza wymienionymi rzeczami zajmują mnie same pierdoły. Gierki na pececie, gazetki, Internet… Ogółem wszystko to, co mogę robić na codzień. A cała kupa filmów i kabaretowych DVD, czekająca na obejrzenie? Leży i kwiczy! Tradycyjnie – jak mam czas, to dosięga mnie wybitne „nie chce mi się” w kwestii oglądania czegokolwiek dłuższego na kompie. Nic straconego, niiic, pewnie mnie chwyci na ostatnie dni.

Najwyraźniej wpadam w swoisty pracoholizm i tyle. Powiedzmy sobie szczerze, od kiedy przeszłam do nowej szkoły rycie do sprawdzianów, referaty i bardzo rzadkie u nas prace domowe zaczęły mi sprawiać przyjemność (podobnie zresztą jak szkoła w ogóle), toteż zawsze tego typu sprawy są fajnym i sensownym sposobem na zagospodarowanie wolnego czasu. A teraz? Ni ma szkoły, ni ma zajęcia. Nie umiem już odpoczywać? W wakacje też między powrotem z Łeby a początkiem warsztatów przez dwa tygodnie snułam się bez celu. Z tym, że latem ciepło i można po mieście, a zimą po domu, bo się nie chce wyjść na mróz. Albo istnieje druga opcja – nie mam zdolności do organizacji czasu wolnego. W sensie, że chcę, ale nie wychodzi. Kto wie, kto wie… Bo i co w sumie ja mogę robić sama zimą? A tak w szkole jest Anka, jest Stasiu, jest parę innych osób i zawsze na jakieś piwko można po szkole iść.

 

Chociaż wczoraj zmotywowałam się, zapakowałam w torbę trochę kasy, aparat i poszłam na dłuuugi spacer, zahaczający o park (narobiłam fotek) i Empik. Zawsze coś, pomimo, iż babce coś się zrypało w kasie i nie mogła mi sprzedać szóstego tomu Michaela, a kupiona z przeceny płyta z przebojami polskiego rocka okazała się być składanką jakichś coverów. Swoją drogą chciałby ktoś za parę groszy? Bo mi się nie przyda. W kwestii muzyki zdecydowanie wolę oryginalnych wykonawców. Nawet za 19 złotych.

 

Na pewno wiem jedno. Nie należy spędzać całych ferii przed telewizorem. I to nie ze względu na dbałość o wzrok czy zagrożenie nadwagą (hahaha, akurat to mi nie grozi, musiałabym chyba wpieprzać brojlery, żeby mi IBM aż tak skoczył :P), ale ze względu na głowę. Bo oglądając większość rzeczy pokazywanych w TV można zwariować, ewentualnie ochujeć lub ocipieć w zależności od płci. Dzieci, pamiętajcie, żeby wybierać sobie kilka sensownych pozycji z całego programu dnia (noooo, na przykład „Bananowego doktora :)), a resztę zdecydowanie omijać. Zwłaszcza programy interwencyjne. Obejrzenie kilku jak nic zaowocuje wnioskiem, że w tym kraju żyją same sieroty, co sobie w życiu nie radzą.

 

Jakkolwiek humor mam nienajgorszy, jak sądzę, bo ostatnio jakoś tak mi się przypomniał taki starawy hit niejakiego Tarkana zatytułowany „Simarik” (okej, nie „jakoś tak” tylko przez różowe „kiss fish” z fejsbukowej gry Happy Aquarium). Nieco potem zaświtało mi, że była i polska wersja. Poszukałam, poszperałam… i mam. Można Piotra Gąsowskiego nie lubić, ale ten kawałek mu się wybitnie udał 😀 Polecam na zimowe dni, bawi i rozgrzewa jak herbata owocowa z wkładką, podobnie zresztą jak czteroletnia dziewczynka śpiewająca Neo-Nówkowe „Bociany” 😀

 

Czyli faktycznie lipa, ale chyba taka z miodem.

 

Wiecie co? Mam pomysł. Od jutra zacznę wreszcie tego cholernego „Kordiana”. Naprawdę. Zacznę.

🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *