To nie tak, jak myślisz, kotku

Plakat zdobny w trzy miłe męskie twarzyczki o cokolwiek zaskoczonych minach przyozdobił jedną z gablot jeleniogórskiej „Marysieńki” jakiś tydzień temu. Wszystkie trzy były mi znane, dwie nawet niegdyś – za czasów mojej młodości, znaczy się – należały do mojego prywatnego panteonu idoli, tak więc nie mogłam przejść obok obojętnie. A zresztą… kto o zdrowych zmysłach odmówiłby sobie filmu, gdzie grają jednocześnie Jan Frycz, Tomasz Kot i Jacek Borusiński? No właśnie. Tak więc dzisiaj, korzystając z ostatniej okazji (wprawdzie grają ten film do czwartku, ale nadmiar zajęć nie pozwoliłby mi na pójście), wybrałam się na seans.

I mam gigantyczny problem. Chcąc pokusić się o próbę nawet najlżejszej analizy „To nie tak, jak myślisz, kotku”, musiałabym zdradzić co najmniej parę z licznych niespodzianek, jakie kryje scenariusz… Nie ma czemu się dziwić, biorąc pod uwagę, że kłamstwo pociąga za sobą często niemożliwe do przewidzenia konsekwencje. A bohaterowie tego filmu łgają jak najęci. Najpierw, by ratować własną skórę. Spirala oszustw nakręca się, wciągając kolejne osoby, które wpadłszy między wrony, muszą krakać, tak jak one, żeby wszystko się nie sypło. Chociaż i tak się sypnie – to kwestia czasu, biorąc pod uwagę, że przy takim natężeniu kłamstwa po jakimś czasie przestaje się ono odróżniać od prawdy…

Tego chyba u nas jeszcze nie było – filmowa farsa. Znaczy się były, ale raczej wbrew założeniom ich twórców. Ta jest farsą z zamierzenia i w zgodzie z prawidłami gatunku. Nie znajdziecie tu ciężkich tematów, moralizatorstwa, ckliwości (hehe, a w ilu filmach zwanych komediami znajdowaliście takie „łyżki dziegciu”?) – i bardzo dobrze, bo mimo mojej niechęci do szufladkowania i oczekiwania mieszania gatunków wychodzę z założenia, że jak już człowiek zasiada do oglądania rozrywkowego, komediowego filmu, to powinien on być lekkim w stu procentach. Są wyraziste postaci, ko(s)miczne nieporozumienia, totalnie odjechane poprzez swoją pomysłowość sceny i w efekcie kupa śmiechu.

Aktorsko… hm… dostałam, co chciałam. Kota-komedianta już znamy, Figurę na wesoło też, ale Frycza-komedianta? Jeszcze nie tak bardzo! A Borusińskiego-aktora? …Znaczy się ja znam. Ale szeroka publika jeszcze nie. No to jest znakomita okazja, żeby poznać tych przemiłych panów od tej strony. Jak dla mnie to oni skradli całe show. Co nie znaczy, że reszta zawiodła, o nie! Bez pozostałych z pewnością ten film nie byłby nawet w połowie tak dobry, jak był, ale… Oni błyszczeli szczególnym blaskiem, ziali niesamowitą świeżością w tym, co robili. Każdy z nich perfekcyjnie „wgrał się” w swoją postać. Frycz przypominał pajączka próbującego się wyplątać z własnej sieci albo kobrę zatrutą własnym jadem, która w panice szuka antidotum. Osoba pozornie budząca respekt okazuje się być małostkowym, szamoczącym się człowieczkiem. A Borusiński? A Borusiński… no, ach. Jego Kuba jest miły, sympatyczny, do rany przyłóż i do zjedzenia ze smakiem. Taki, jaki powinien być człowiek, który przenigdy z własnej woli nie wpakowałby się w taką kabałę. A tak w ogóle przy okazji seansu na dużym ekranie nietrudno było spojrzeć mu w oczy. I wtedy człowiek wierzył mu we wszystko. Tu tkwi siła Jacka B.

No cóż, z racji małego pola do manewru to chyba wszystko, co mogę o tym filmie powiedzieć, by nie zepsuć przyjemności tym śmiertelnikom, którzy jeszcze nie widzieli. I oczywiście polecić jako udaną próbę przeszczepienia filmowej farsy na polski grunt, mały koncercik gry aktorskiej i dowód na to, że porządna komedia nie musi obrażać inteligencji widza. Może nie będzie brechtu do bólu brzucha, ale zabawa gwarantowana. A i chwilka na myślenie takowoż – bo po obejrzeniu całego filmu tytuł „To nie tak, jak myślisz, kotku” zyskuje bardzo ironiczny wydźwięk…

Bo w tym filmie nic nie jest tak, jak myślisz, kotku.

Jedna myśl na temat “To nie tak, jak myślisz, kotku”

Skomentuj ~Godena-Mandy Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *