900 lat Rykowiska, czyli 20-lecie kabaretu Paka

Hih. Panowie z Kabaretu Paka mają u mnie giga plusa za swoje 20-lecie. Bo takiej kabaretowej biby w Jeleniej Górze nie było od dawna. Chciałoby się rzec – od 900 lat, hehe, ale nie, aż tak dawno to nie. W każdym bądź razie na brak wrażeń absolutnie nikt (w tym i nasza ekipa) nie mogł narzekać. Na konferansjerce u boku Krzysztofa Langera przenajwspanialszy i przenajukochańszy Artur Andrus, który między występami bawił widzów smacznymi żartami i prezentował swoje zabawne zbiory (tak, słynna obwoluta od papieru toaletowego też była). Na dzień dobry Jerzy Kryszak zapakowany w kurtkę, ponieważ ledwo ledwo dał radę wyciągnąć się z choróbska na tyle, żeby móc w ogóle coś powiedzieć. Mimo to jego występ przyniósł masę zabawy każdemu chociaż lekko zorientowanemu w obecnej sytuacji politycznej. Potem sceną zawładnął Banjo Band Ivana Mladka, który zajął publiczności 25 minut i 3 sekundy łącznie z wiadomym bisem ^^ wesołymi, aczkowiek nieco przaśnymi piosenkami. Tak, można było też zobaczyć byłą miss Czech, a także kilka innych pięknie wystylizowanych wokalistek xD Później już zdeczka nudno. Najpierw trochę monologujący, a trochę śpiewający Tadeusz Drozda, z którego po cichu się podśmiewywałyśmy, bo… cóż tu dużo mówić, miły gość (jak się później za sceną okazało), ale jego humor do nas nie trafiał nijak. Wydawał się nam strasznie nudny, ale gdy po nim na scenie pojawił się Teatr Cinema z Michałowic, doszłyśmy do wniosku, że pan Drozda nie jest jeszcze taki zły. Państwo z Cinemy to była masakra totalna. Jedyny zespół, przy którym miałyśmy jednoznaczne odczucia typu „Idźcie i nie wracajcie!”. Na przeglądzie teatru alternatywnego to by wydało, ale nie na kabaretonie. Po tej porcji żenady Jacek Ziobro z gitarą był jak zbawienie. Mimo tego, że dialog optymisty z pesymistą miał małe mielizny, a Czerwonego Kapturka po czesku już widziałam. Silvię Berlusconi wzbogacono o nowe słownictwo, tak więc skecz nadal jest bardzo żywotny. Ale to wszystko nic! Absolutnie nic w porównaniu do piosenki, którą wykonał na finał. O ile przy piosence Drozdy słychać było wyłącznie chichoty wynikające z dwuznacznego tekstu i pomruki zniecierpliwienia, o tyle Ziobro użył mocy w postaci swojego znakomitego głosu i na kilka minut niemal zamurował publiczność, która wysłuchała całego pięknego utworu i nagrodziła artystę gromkimi brawami. Wniosek jest prosty – panie Ziobro, śpiewaj pan więcej takich piosenek! Jako wiecznie głodna dobrej piosenki na występach kabaretowych stanowczo żądam!

Po Ziobrze zabawa zaczęła się kręcić na dobre. Pojawił się znany i lubiany kabaret Ani Mru Mru, który przedstawił swoje najświeższe przeboje – skecz o ratownikach i piosenkę „Na Wyspy wiej” oraz niezbyt często emitowany w TV (albo i nawet wcale) skecz o jasnowidzu. Później Kabaret Pod Wyrwigroszem swoimi piosenkami z płyty „Hit Hit Hurra” oraz skeczem o kocie i piosenką trzech rumuńskich tenorów przyprawił widzów o kolejne salwy śmiechu oraz rozgrzał zmarznięte łapki i nóżki. Śmiesznie było czuć się jak na koncercie, śpiewając całe utwory razem z zespołem ^^ (tak zresztą było ze wszystkimi bardziej znanymi piosenkami tego wieczoru). Potem klimat podbiła dodatkowo Neo-Nówka, która poza skeczami także wykonała jak na razie jedyną (niestety) piosenkę ze swojego repertuaru. Potem – wnioskując z reakcji publiczności – wspaniale zaprezentowali się Paranienormalni, niestety ich występ podziwiałam już z tyłu sceny, gdzie popędziłyśmy z gromadką. Trochę szkoda, ale za to zdobyłyśmy autografy paru artystów, zrobiłyśmy sobie parę zdjęć i – co najważniejsze – wypełniłyśmy małą misję, ale o tym cicho – wiedzą tylko wtajemniczeni. Wnioskuję, że można ją uznać za udaną ^^

Zdjęcia będą na dniach. Szczegółową relację z działań „zakulisowych” zachowam dla siebie i wybrańców. Ogółem bawiłam się znakomicie. Poznałam osobiście paru świetnych ludzi. Trochę szkoda, że zabrakło 4 „Pakowicza” – Jacka Grondowego, który nie pojawił się dzisiaj z racji granego w teatrze spektaklu (btw. były to „Okrutne i czułe”, czyli że całość musiał poświęcić dla „ogona”). Mogę się tylko czepiać, że całość została urządzona jako masówka na Rynku, a nie na przykład w JCK-u czy w budynku Teatru Jeleniogórskiego. Bilety by pewnie kosztowały swoje, ale byłyby pewne miejsca, mniej hołoty, łatwiejszy dostęp za kulisy i brak obdarzonych inteligencją ziemniaka panów z Impelu.

 

 

P.S. – z zupełnie innej beczki. Po powrocie do domu czekała mnie miła niespodzianka. Notka „Czas indorów” została polecona przez Onet w kategorii „Wasze recenzje” w dziale „Warsztaty literackie”. Zaczynam wierzyć w Onet. I w swoje zdolności w dziedzinie pisania.

3 myśli na temat “900 lat Rykowiska, czyli 20-lecie kabaretu Paka”

  1. otoz..niespodzianka dla Neonow jak najbardziej udana ;))co do Drozdy – my plakalysmy ze smiechu podczas piosenki 😛 Ziobro… oj cholernie mnie wzruszyl piosenka:-) chociaz „tlumaczenie” juz mi sie przejadlo ;/ Generalnie ,gdyby nie piosenka, powiedzialabym,ze sie na nim zawiodlam,ale bylo ok;)a tak to spoksik :-*TĘSKNIĘ !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :*:*:*

Skomentuj ~K. Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *