Opowiem wam taką bajkę-niebajkę.
Żył sobie kiedyś pewnien pan. Miał 60 lat, był księgowym, miał żonę Marysię i pięcioro dzieci. Hodował kury, uprawiał ogródek. Marzył o dalekich podróżach, lubił przyrodę. Nie różnił się niczym od setek innych podobnych panów. Pozornie. Albowiem miał swoje idee. Wielu panów ma swoje idee. Ale ten pan nie myślał o niczym innym, tylko o swoich ideach. Pisał na maszynie i powielał w domowym zaciszu ulotki propagujące jego myśli. Aż pewnego dnia postanowił zrobić coś, co wstrząśnie innymi i przekona innych do jego idei. Spisał swój testament i nagrał na taśmę magnetofonową swoje przesłanie. Rano pojechał do Warszawy. W pociągu napisał list do żony. Będąc już w stolicy przekazał list znajomej i poszedł na stadion, gdzie odbywały się dożynki – wielka impreza, na której było wielu widzów, wśród nich ważni ludzie z władz. Tam oblał się rozpuszczalnikiem, który przywiózł ze sobą i podpalił. Ludzie, którzy to widzieli, byli przerażeni. Próbowali go gasić, ale on odpędzał ich i krzyczał: „Protestuję!”, „Niech żyje wolna Polska!”, „Nie ratujcie mnie, zobaczcie, co mam w teczce!”. A w teczce, którą poza rozpuszczalnikiem przywiózł ze sobą, miał pisane przez siebie nocami ulotki o swoich ideach i polską flagę. Przybiegli milicjanci i zgasili płonące na nim ubranie. A i tak pan umarł od poparzeń kilka dni później. Tak bardzo pochłonęła go jego idea, że zapragnął za nią umrzeć, byleby tylko inni się o niej dowiedzieli.
Wiele lat później rodzina tego pana otrzymała mnóstwo medali „za bohaterski czyn” męża i tatusia, nawet zza granicy. Jego imieniem nazwano most, postawiono mu pomnik. A jego dzieci żyją w przeświadczeniu, że tato był bohaterem – pomimo, że zostawił rodzinę i ściągnął na nią masę problemów swoim protestem.
To nie bajka. Taki człowiek żył naprawdę. Nazywał się Ryszard Siwiec i przedwczoraj minęło 40 lat od jego szalonego czynu, który – niestety – znalazł swoich naśladowców i zwolenników. Nie wiem, którzy są gorsi. Chyba wszyscy. Gdyby dzisiaj ktoś na meczu Legii z Wisłą czy inną znaną i lubianą drużyną podpalił się na trybunach w proteście przeciwko władzy PiS-u, mimo, że przeciw władzy „kaczystów” należy protestować, także byłby dla mnie wariatem niegodnym szacunku. Jak każdy samobójca. Bo nie ma idei tak ważnych, że warte byłyby czyjegoś samobójstwa, a i nie ma powodów na tyle istotnych, żeby pozbawiać się samemu życia. Więc czuję się cokolwiek traktowana jak głupek, gdy prawie wszyscy wokół usiłują mi wmówić, że pan Siwiec był wielkim bohaterem walczącym z komuną. W ogóle od czasu zmiany ustroju można oszaleć od tej całej dekomunizacji, lansowania na herosów różnych takich osobników i węszenia za rzekomymi współpracownikami SB.
Swoją drogą to zaskakujące, jak bardzo poglądy i idee potrafią wykrzywić zwykłego człowieka i doprowadzić go do takich poczynań. W swoim życiu widywałam już różnych „wariatów”, którzy właściwie byli tylko niegroźnymi świrami czy wioskowymi głuptasami. A na nagraniach archiwalnych z okropnie manierycznego filmu dokumentalnego Macieja Drygasa „Usłyszcie mój krzyk”, którego oczywiście uzależniona od obecnej władzy TVP nie mogła nam nie zafundować, zobaczyłam człowieka prawdziwie szalonego, ogarniętego do tego stopnia potrzebą walki z reżimem, że zadał sobie jedne z najgorszych możliwych cierpień. Normalni ludzie nie chcą i nie potrafią zrobić sobie krzywdy. A on potrafił. Normalni ludzie nie poświęcają dobra rodziny na rzecz swoich idei. A on potrafił.
I to ma być wzór do naśladowania. Jak i Józef Dolak czy Walenty Badylak, którzy też zrobili z siebie żywe pochodnie w imię „wyższych wartości”. Chociaż nie tylko u nas lansuje się takich „herosów”. Czesi też mają swojego Siwca. A nawet kilku Siwców. Jest Jan Palach, Jan Zajic, Josef Hlavaty, Miroslav Malinka, Evzen Plocek… Nawet Litwa ma Romasa Kalantę, a Ukraina Wasyla Mykyło. Tacy „bohaterowie” to chyba domena byłych demoludów.
Czekać tylko, aż zrobią o nim kolejną żałosną, pseudoartystyczną hecę z cyklu „Scena Faktu” i usadzą obok innych malowanych „bojowników o wolność”. Taaa. Komuna była zła, trzeba było ten reżim wywalić w cholerę. A teraz niby jest lepiej. Mam wrażenie, że problem tkwił nie w ustroju, a w ludzkiej mentalności, która wytworzyła sobie jakieś bzdurne potrzeby. I siedzi to w niej po dziś dzień. Czuję się czasem jak Bernard i Bianka w krainie farbowanych kangurów. Im wszystkim socjalizm dał wykształcenie, niekiedy i pozycję społeczną, a teraz nagle wszyscy udają, że nie mają z nim nic a nic wspólnego. W sumie każdy ustrój ma swoje wady, ale próby wmiawiania młodemu pokoleniu, że „komuna” miała wyłącznie wady, zakrawa na ostrą przesadę.
Taaa…. „bohaterowie” Można znaleźć inny sposób na przekazanieswoich teorii…. Chociaż nie od razu nam uwierzą…;)
kwestia postrzegania i segregowania historii na dobrą i złą wynika z doświadczenia-własnego lub rodziny… a obiektywne-cóż to znaczy…?