Jak zostałam adeptką

Ogłoszenie wisiało na drzwiach szkoły w dzień zakończenia roku. Może i wcześniej już tam było, ale przez ostatni tydzień roku szkolnego właściwie w szkole mnie nie widziano – bo nie dość, że w tydzień klasyfikacji ścięło mnie jakieś choróbsko, to jeszcze po tym, jak w poniedziałek siedziałam sama z nauczycielką na dwóch godzinach niemieckiego, stwierdziłam, że mam to gdzieś. W każdym bądź razie gdy tylko je zauważyłam, a było jeszcze trochę czasu do parady kujonów (czyt. uroczystego zakończenia roku), podreptałam do pani pedagog, dowiedziałam się co i jak, dostałam odpowiednie namiary i jazda. Miało się zacząć od 7 lipca, więc trzeba było dzwonić wcześniej. Przy okazji poznałam czwartą zasadę dynamiki – „Dzwoń od razu na prywatny nr do pana Wnuka (bo na służbowy dodzwonić się nie da)”. Pomijając niedogodności z zapisaniem się, w poniedziałek 7 lipca wraz ze stadkiem młodzieży (w przeważającej ilości płci pięknej) rozpoczęłam coś, co nazwane zostało „Latem w teatrze”. Z Instytutu Teatralnego w stolycy wypłynął taki pomysł i w paru teatrach był on realizowany – m.in u nas.

Pierwszy dzień był w gruncie rzeczy fatalny. Mimo zapoznania się z towarzystwem – gromadką „kolegów z pracy” i państwem instruktorstwem w osobach pani Grażyny Tabor, pani Koryny Opali-Wnuk, pana Tadeusza Wnuka i dwóch panów Jacków: Grondowego i Paruszyńskiego – wróciłam do domu w stanie maksymalnego wkurwienia, z nieodpartą chęcią wycia i pełnym przekonaniem, że będzie do dupy. Potem się okazało, że nawet lepiej, że to pierwszego dnia humor padł mi do szczętu, bo potem, w trakcie warsztatów, gdy innych łapał kryzys, ja kipiałam energią.

Drugiego dnia podzielono nas na dwie grupy, w przenośni nazywane potem grupą „ruchową” i grupą „plastyczną”. Każdy szedł, do której chciał. Poszłam do tej drugiej – grupa „ruchowa” zajmowała się rzeczami, w których zdecydowanie nie czułam się mocna, opartymi na rytmie i dużej ilości pracy ciałem. Ekipa „plastyczna” miała zajmować się rzeczami mniej wymagającymi fizycznie. Grupą pierwszą kierowali pani Grażyna i pan Jacek P., zaś drugą (czyli – spokojnie można już to napisać – moją) pani Koryna i pan Jacek G. Na temat ówczesnej pracy grupy „ruchowej” nic napisać nie mogę z racji tego, że nie byłam jej naocznym świadkiem. Ale o tym, co porabiała grupa „plastyczna”, opowiem chętnie 🙂 Na pierwszy ogień poszedł teatr cieni do sceny antycznej. Epidiaskop, trzy kawałki białego płótna pieszczotliwie zwane szmatami (jak wszystkie kawałki materiału, które miały zostać użyte w naszym spektaklu… xD) i my, ustawiający się w różne pozy. Tak na próbę, żeby spróbować z naszych figur wyłuskać te, które miały zostać dopracowane i połączone w początek sceny. I akurat wtedy, gdy ja chciałam coś pokazać (upozować, hihihi), pan Jacek wpadł na jakiś pomysł. Zapytał, czy może jakąś figurę pokazać ze mną. Zgodziłam się. Potem zapytał, czy… może mnie wziąć na ręce. „Jasne, jeżeli pan udźwignie, to jasne” x) Udźwignął. Przez chwilę byłam zdobyczą w rękach mężczyzny. Na niby, ale jednak… Ech. Dobra. Cicho. Było miło. W każdym bądź razie moja solowa figura we właściwie niezmienionym kształcie została przyłączona do sceny. Potem opracowywaliśmy wejście płaczek. Za trupy robili Kamil, Dominik i… drewniany kij z braku trzeciego elementu męskiego w naszej ekipie.

Potem były kolejne dni pracy. Irytujące rozgrzewki. No wiem, że potrzebne, ale… Mimo, że radziłam sobie z ćwiczeniami (już nie jestem przecież tak niesprawna jak kiedyś), wkurzały mnie niemiłosiernie. Może przez ten nieszczęsny rytm, który wyraźnie mnie nie lubi. Z wzajemnością, dodam. W każdym bądź razie potem była praca nad sceną cyrku jarmarcznego. Przypadkowo zostałam Królową Kuglarzy w czapce z dzwonkami i z gwizdkiem na czarnym sznureczku – pierwotnie na drabniastym wózku wjechać miała koleżanka, ale gdy się okazało, że bardzo ciekawie tańczy, została włączona do „trupy”, więc miejsce zostało wolne. A gdzie widzę wolne miejsce, tam wskakuję… 😀 Oczywiście, nie obyło się bez drobnych ekscesów, a właściwie jednego, jak to Kamil robiący za Łyska z pokładu Idy, tak szarpnął wózkiem, że omal nie poleciałam z niego na twarz. Ale mniejsza o to. Krok po kroku, krok po kroczku, narodziła się scena średniowieczna z trupą cyrkową z klownami, tancerkami i żonglerkami. Coraz bardziej się lubiliśmy. My jako gromadka cała między sobą i my oraz państwo instruktorstwo. Mimo, że sceny kleciliśmy w grupach, codziennie po południu łączyliśmy to, co wypracowaliśmy, czyli graliśmy wszystko po kolei.

Następnie złożyliśmy wstęp do sceny współczesnej, którą przygotowywała druga grupa. Okazało się, że nieźle się ruszamy, chociaż mało którzy z nas umieli tańczyć. Pokleciliśmy sobie z przyniesionych dodatków i materiałów naprawdę bombowe stroje. Troszkę wadziły później, bo podczas prób kostiumowych w odsłonięte nogi było mi zimno, dokupowane specjalnie na tą okazję przez teatr buty z lekka piły, tiulowy długi szal plątał się pod nogami, ale i tak było pięknie.

Jakoś na dniach pan Jacek P. rozdilował między nas nadesłane z Instytutu koszulki z logiem akcji „Lato w teatrze”. Dla sporej części potem były to służbowe wdzianka. Wokół wciąż kręcił się pan Konrad Przeździęk, zwany pieszczotliwie Panem Fotografem, który dokumentował na kliszy i taśmie nasze artystyczne perypetie. Z aparatami można było przyłapać także panie: Ulę Jonkisz (twórczynię większości naszych niesamowitych strojów), Ulę Tuszyńską-Kaczoch oraz Dorotę Frubę-Wiśniewską (odpowiedzialne za marketing). Nie brakowało wesołych epizodów, wynikających albo z przypadku… albo z poczucia humoru, którym nas Matka Natura obdarzyła niekiedy i w nadmiarze 😀 Pan aktor totalnie nie związany z warsztatami, który wparował do naszej garderoby (na co dzień będącej garderobą męską, z gołą babą przy jednym z luster), zastając mnie niekompletnie ubraną (czytaj: w samej bieliźnie i z tuniką w łapach…), ale… prawdopodobnie tego nawet nie zauważył, ogromnie zaaferowany poszukiwaniami czegoś, co zapewne zostawił tu przed zakończeniem sezonu… xP Dyskusja o drzwiach stojących na dużej scenie na początku naszych warsztatów („To drzwi do Narni!” „Otwórz, to Aslan się dobija!” – długo nie mogłam się po tym pozbierać…). Dziewczyny grające na wiadrach. Improwizacje pana Jacka (tego „naszego”) na temat pieśni biczowników ze sceny średniowiecznej (tak… hm… ciekawe, że nie mogliśmy się skupić). Parę zachowań ponoć najpoważniejszych z naszych instruktorów, ewidentnie świadczące o naszym deprawującym wpływie. I wiele innych, które niestety aktualnie ogarnął mrok niepamięci mej.

W sumie zżyliśmy się ze sobą. Jednak wspólne (państwo funduje) posiłki w „Relaxie” przy ul. 1-go Maja też robiły swoje. Można było pogadać na spokojnie, o różnych rzeczach nie związanych z „robotą”. Chociaż byli i tacy, co się ostro alienowali. Mieli swój „świat”, swoją gromadkę, a reszty jakby nie było. Trochę to żałośnie wyglądało, ale cóż, wtrącać się nie chciałam. Ich „elyta”, ich problem. Nie płakaliśmy z tego powodu. Z kolei żadnej elity nie robili z siebie Magda – córka pani Grażyny i Michał – syn pani Koryny i pana Tadeusza, „wynajęci” do przejścia między sceną barokową a naszym wstępem do tanga. Fajni, kontaktowi ludzie. Gadało się z nimi, jakby byli naszymi rówieśnikami, chociaż od niektórych byli nawet o 5 lat starsi! Można? Można. Jak się chce, to zawsze można.

Był i splendor bycia adeptami. Zdjęcia zrobione przez pana Konrada oraz relacje z kolejnych dni warsztatów można było znaleźć na portalu Jelonka.com. Naszą pracą interesowali się także dziennikarze z Muzycznego Radia i „Nowin Jeleniogórskich”. W artykule opublikowanym w „Nowinach” można było nawet przeczytać moją wypowiedź. Słodki dodatek do ciężkiej pracy.

Był i trudny moment. Wśród owej trzydziestki warsztatowiczów była jedna osoba, której szczerze i z głębi serca nienawidzę. Sam fakt jest bytności na warsztatach po trosze przyczynił się do mojego dołka psychicznego pierwszego dnia. Ale doszłam do wniosku, że to będzie próba – muszę z tą osobą wytrzymać i nie dać jej do zrozumienia, że na sam jej widok mam ochotę utopić ją w klozecie. I chyba się udało przełamać tą słabość. Bo i ta osoba nie narzucała mi się zanadto swoją obecnością. Większości się nie narzucała. Taki „alien” ze swoim światem i swoją gromadką znajomych.

Aż przyszedł dzień premiery. Mimo pozornego luzu wśród ludków rozłożonych na scenie, słuchających muzyki z komórek, robiący sobie nawzajem masaże tudzież „wałkujących się” wzajemnie (czyli rozluźniających się nawzajem wałkami do malowania) napięcie było zajebiście wysokie. A i to delikatnie powiedziane. Im bliżej było godziny osiemnastej, tym większe. Mimo to jakimś cudem żadne z nas nie stało się kłębkiem nerwów – a przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Wszystkie rekwizyty były naszykowane, kostiumy – wdziane, my staliśmy w kulisach i gdy, po wprowadzeniu, jakie pan Wnuk wykonał po tej drugiej stronie kurtyny, usłyszeliśmy coś na kształt hasła wywoławczego, ostatnie zdanie owej intrudukcji – „Zapraszam na spektakl” – cała trema momentalnie wyparowała. Zagraliśmy całym sercem, duszą, ciałem też w sumie, ogółem najlepiej, jak potrafiliśmy. Było dla kogo. Wstęp był bezpłatny i mimo, że to właściwie środek wakacji, panie z organizacji widowni musiały otworzyć drugi balkon, co nie zdarzało się od bardzo dawna. Na sztukę zrealizowaną przez młodzież z warsztatów, w środku lata, zwala się masa widzów, a na „znakomite, realizowane według najnowszych trendów i najlepszych współczesnych sztuk” spektakle zgodne z komcepcją pana dyrektora artystycznego Wojciecha Klemma muszą dociągać widzów z restauracji przy teatrze, żeby nie grać do pustej widowni – śmieszne, nie?… Ponoć zagraliśmy świetnie. Pozbierawszy rekwizyty i kostiumy i przygotowawszy je na dzień następny przeszliśmy do foyer, gdzie odbyć miał się mały bankiecik. Otrzymaliśmy – my i inni ludzie, którzy przyczynili się do powstania spektaklu – dyplomy z podziękowaniami, płyty ze zdjęciami oraz torby z logiem akcji „Lato w teatrze”. Był dyrektor Teatru Jeleniogórskiego Bogdan Nauka, był także reprezentat Instytutu Teatralnego, Sebastian Świąder (jeśli to nazwisko coś wam mówi, to potwierdzam – to ten sam). Gość ze stolicy był pozytywnie zaskoczony efektem naszych działań. Potem nastąpiła część „konsumpcyjna” bankietu. Gwałtownemu rozmnożeniu uległy dwie szklanki – jedną rozwalił nasz pan Jacuś, a drugą pani Koryna. Niechcący, oczywiście 😉 Zjawiła się żona pana Jacka, a moja niegdysiejsza pani od przyrody z podstawówki, z ich dwójką dzieci – ośmioletnim Kacprem i dwuletnią Kasią, wziętą przez Patrycję za… moją młodszą siostrę x) Mała, naprawdę rozkoszna, zrobiła totalnie niezrozumiałą dla niej furorę – wszyscy stanęli wokół niej, zachwyceni, a ona oparła się o ścianę i posłała im spojrzenie pt. „Czego oni ode mnie chcą?”. Były wspólne zdjęcia. Luźne rozmówki. Ale mimo wszystko impreza rozlazła się szybko. Część poszła na Górę Szybowcową, część bliżej, bo do knajpki w teatrze, a część do domu. Tak poczyniłam i ja. Wzięłam w łapę garść paluszków i poszłam.

Nazajutrz zagraliśmy drugi raz. Każdy załatwiał dla kogoś imienne zaproszenia. Niektórzy nawet dla piętnastu osób – ja tylko dla dwóch. Dla mamy i Natki. Ojciec jak zwykle musiał jechać na robotę. Ten to nawet w niedzielę nie odpuści. I właśnie mama i Natalia miały być w niedzielę. Dlatego było cokolwiek wyjątkowo, chociaż nie pogadałyśmy zaraz po spektaklu – Natalia musiała od razu wracać do domu, a mama miała zapowiedziane, że zostaję jeszcze na małej imprezie z innymi adeptami, więc nie czekała. Ponoć zagraliśmy lepiej jak w sobotę – a przynajmniej tak mówili państwo instruktorzy. Po jeszcze bardziej owacyjnie niż w sobotę przyjętym spektaklu zbieraliśmy rekwizyty do pudeł, podpisywaliśmy je… Istniało (i istnieje) uzasadnione przypuszczenie, że zagramy jeszcze raz, w nurcie offowym Jeleniogórskich Spotkań Teatralnych w październiku. Zostawiliśmy swoje namiary, żeby jakby co się zdzwonić i spotkać. Ponadto na pożegnanie dostaliśmy po… walentynce od instruktorów. Tak, oni też są troszkę pozytywnie zakręceni 🙂 Potem znaczna część z nas poszła do teatralnej kawiarni opić udane spektakle. Nie sami, albowiem tego wieczora towarzyszyli nam Magda, Michał i… pan Jacek. Tak, ten „nasz”. Niesamowita sprawa – idol stał się nagle dobrym znajomym. A nawet drugim ojcem, tak jak pani Koryna została naszą drugą mamą. Przybyło im 30 przyszywanych dzieciaków po tych warsztatach i pewnie się tego wcale, a wcale nie spodziewali x) Przy pizzy, paru piwach i drinkach było genialnie, mimo tego, że było nam cholernie smutno, że to już koniec.

 

No właśnie – koniec.

Została masa cudownych wspomnień, nowych znajomości, troszkę rzeczy materialnych. Ryzka nierozdanych ulotek informujących o spektaklu na przykład…

Ale liczę na to, że Księga Kolorów otworzy się ponownie w październiku… i jeszcze nie raz. I liczę, że dostanę wreszcie zdjęcia z pożegnalnej imprezy. Ale to już tak prywatnie.

Cholernie mi tęskno. Także dlatego, że wreszcie robiłam coś, co sprawiało mi prawdziwą przyjemność. Jeśli miałabym możliwość pracować tak cały rok zamiast tracić czas i energię w szkole, która z założenia ma odkrywać moje talenty, a jakoś żadnego nie odkryła, oczywiście bym z tej możliwości skorzystała.

 

Tak zostałam adeptką.

Koniec pieśni, cześć pracy, rodacy.

2 myśli na temat “Jak zostałam adeptką”

  1. Brawo. Już jesteś po odpowiedniej stronie kurtyny. Teraz rozumiesz, jakie to fajne, ile daje radości i jak wciąga. Pozdrawiam.

Skomentuj ~Gosia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *