„Wszyscy razem zróbmy porządek.
Wszyscy razem zróbmy pieniądze.
Zostańmy tu, nie uciekajmy stąd,
bo jest, jak jest, ale to nasz dom!”
(Zawodnik – „Zostańmy tu”)
Bo porządny, wpadający w ucho kawałek muzyczny też jest istotny dla sukcesu filmu. „W stepie szerokim” takowy kawałek posiada, a fragment jego tekstu dostaliście powyżej.
Na film Abelarda Gizy „W stepie szerokim” napaliłam się już jakiś czas temu, gdy psiapsióły z Gdańska, które miały okazję być na pokazie, a potem takowoż zdybać DVD, świergotały mi słodko o tejże produkcji. Oj, skusiły. I nie tylko one. Kusiło nazwisko reżysera, którego „Wożonko” należy do mojego prywatnego kanonu pereł polskiego offu. Kusiła też obsada. No to uległam. Na wieść, że na Festiwalu Komedii w Lubomierzu odbędzie się pokaz tego filmu, momentalnie wymusiłam na moim padre dojazd na niedzielę.
Byłam prawdopodobnie jedyną osobą, która w urządzonym w dużym namiocie kinie „Raj” obejrzała „Step” od początku do końca. Ludzie obok mnie (nieliczni zresztą, bo i frekwencja w Lubomierzu raczej wątła) ciągle się zmieniali, to wychodzili, to wchodzili nowi… „Jakby była polska komedia romantyczna, to pewnie by siedzieli” – powiedziała potem matka. Pewnie ma rację. W końcu filmy Gizy nie są dla idiotów.
Dostałam to, czego chciałam – porcję dobrego, świeżego kina z ciekawymi, nieopatrzonymi aktorami i dobrym humorem. Tak wybredną filmowo istotę jak ja uraczono wszelakimi smakołykami.
Fabuła ciekawa – bo swojego polskiego superherosa podobnego do Batmana i przyjaciół z USA, a nawet konceptu na takowego dotychczas nie było. A tutaj się pojawił i to jaki swojski – albowiem jest to człowiek marchewka, czyli Marchew Man! I jak przystało na lokalnego bohatera, rodzi się całkiem przypadkowo ze zwykłego „wykształciucha”, który „dorywczo” rozdaje ulotki pod warzywnym… Wystaczyło, że znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. A potężna machina mediów brukowych robi swoje. O właśnie! W filmach o superbohaterach o tej stronie się zazwyczaj nie mówi. A tu powiedziano. Bo któż by usłyszał o Marchew Manie (i któżby walnie przyczynił się do jego narodzin), gdyby nie dziennikarz z gazety o malowniczym tytule „Na serio”? Ha. I tu tkwi ciekawy ćwieczek. Ćwieczków takich w sumie cała masa jest i aż szkoda je wywlekać tak tutaj, psując tym samym przyjemność oglądania tym którzy jeszcze nie widzieli. Bo to naprawdę gigantyczna frajda samemu dostrzegać te niuanse i nawiązania do innych filmów tudzież do tego, czym pan Giza zajmuje się poza kręceniem filmów i graniem w Limo (podpowiem po cichu, że ma to coś wspólnego z teatrem…).
Obsada też nie zawiodła. Nie znalazłam nikogo, kto powinien za aktorstwo dostać po łbie, ale za to miałam paru osobistych faworytów. Czasem ze względu na osobistą sympatię, ale nie do końca. Uroczy był Marcin Borchardt w roli głównej. Z mimiki twarzy jak i z typu urody przypominał mi strasznie Roberta Manię z Teatru Jeleniogórskiego. Ogółem wyglądał troszkę jak jego młodszy, mniej kościsty brat. Jako Romek aka Marchew Man ujmował prostodusznością swego bohatera, zagraną cholernie autentycznie. Aczkolwiek najbardziej rozbrajającą istotą na ekranie nie był. Palmę pierwszeństwa w dziedzinie rozbrajania widowni odebrał mu Marek Richter. Każdy, kto zna jego dotychczasowe filmowe dokonania, zapewne zakrzyknie „A to ci niespodzianka!”. A tak, właśnie, niespodzianka. Cudny to widok, gdy taki stuprocentowy facet na ekranie zmienia się w ciapę, słodką w swej nieporadności. Począwszy od ubioru (Ah, te okulary z klejonymi oprawkami! Ah, ta marynarka i spodnie od różnych kompletów! Ah, te trampki założone do powyższego garniaka! x3), poprzez gestykulację, sposób poruszania się, mówienia, na kwestiach wypowiadanych przez bohatera skończywszy. Ogółem powstała postać, którą tak sympatycznie się oglądało na ekranie – dziennikarz Julian Tuwim (nie ten), mężczyzna, który jeśli wzbudza w kobiecie jakieś uczucia, to co najwyżej matczyne. To rozczulające spojrzenie zbitego psiaka w scenie występu Zbigniewa Papai w telewizji – bezcenne… A skoro już przy Zbigniewie jesteśmy, to doszliśmy do kolejnej persony godnej uwagi, a mianowicie do Wojtka Tremiszewskiego, wcielającego się w postać, że też tak to nazwę, kolegi Juliana z pracy. Papaja, zwany też zdrobniale Papą, przebojowy, chorobliwie ambitny i wykorzystujący swoją przewagę nad mniej asertywnymi kolegami, ma to coś, ten cwaniacki błysk w oku, tą bezczelność osoby totalnie pewnej siebie. W przeciwieństwie do Juliana, który mógłby ściągać na siebie wyłącznie matki, to Tryniowy Papaja jednym kiwnięciem palca zapewne przyciągnąłby stadko potencjalnych żon i całkiem niepotencjalnych kochanek. A już zestawienie ze sobą postaci Richtera i Tremiszewskiego – to dopiero fascynujące… Były i dwa cholernie charakterystyczne i cholernie ciekawe epizody. Sam reżyser objawił się w roli żulika, który „mógłby zastepować” – stąd zresztą tytuł filmu, a o jakie konkretnie zastepowanie chodziło, trzeba zobaczyć samemu. Drugim pamiętnym epizodem była rólka pewnego pana, który później takowoż okazywał się czymś na kształt superbohatera, kreowana przez Szymona Jachimka. Oprócz powalającej karykaturalności Super-Cuksa o wyjątkowości tej kreacji zadecydowały względy… nooo… powiedzmy, że estetyczne. Okulary plus brak koszulki plus niestrzyżone włosy i od razu wygląda w moim mniemaniu zabójczo i masakrycznie chłopięco (ech, jaka to szkoda, że od dłuższego czasu chodzi krótko obcięty), a właśnie ta chłopięca uroda jest jednym z tych jego atutów, które warto maksymalnie podkreślić.
No i cóż, mam nowy film do dopisania na listę filmów ulubionych. To już jest jakiś prestiż, bo każdy wie, że byle chłamu nie przełknę i jeśli film trafi w moje gusta, to już znaczy, że jest co najmniej dobry. A i mi jest miło, że nie wszyscy reżyserzy poszli w filmy dla idiotów i że jeszcze mogę coś dla siebie znaleźć. Coś czuję, że kupię „W stepie szerokim” na DVD.
miód na moje…oczy czytać tak pochlebną recenzję 🙂
Przez twoją recenzję mam ochotę jeszcze raz obejrzeć. Choć widziałam już chyba 5 razy.
Marchew Man:)) Z recenzji wynika, że warto, więc chyba mnie przekonałaś i obejrzę;) Możesz byc z siebie dumna…
na dvd są sympatyczne dodatki, najbardziej żałuję, że scena z p. Marią nie została w filmie, ale nie można mieć wszystkiego 😉