Ustka

Notka o warsztatach się pisze. Obiecuję. Nawet udało mi się troszkę się rozpisać.

 

 

A w tak zwanym międzyczasie, w dniach od 29 lipca do 6 sierpnia udało mi się wybyć nad piękne polskie morze, a konkretniej do Ustki. Ech, piękne polskie morze. Jak dla mnie różne ciepłe kraje mogą się schować. Milszy mi nasz umiarkowany klimat. Ponadto małe pyknięcie jodem. Może (może, morze…) dzięki temu uniknę corocznej grypy albo będzie lżejsza. No i występ Neonsów 30 lipca w Przystani Żywca. Specjalnie trułam gitarę matce, coby ustawiła wyjazd tak, żebyśmy trafiły.

Festiwal lenistwa i trwonienia kasy. Pierwszego dnia na tak zwane niezbędne rzeczy, o których się zapomniało typu smarowidło przeciwsłoneczne, żel pod prysznic, pluszowy smok… eee… wróć, to była przyjemność. Potem na setki innych pierdół. Dwie nowe koszulki z Hello Kitty, czerwona bandana (najpierw noszona z wyższej konieczności, potem już z przyzwyczajenia), odświeżacz powietrza w kształcie Czesia i porcelanowy naparstek z napisem „Ustka” (to w ramach prezentów dla rodzinki), pluszowy Miś Przekliniak (zawsze chciałam mieć swojego… ^^), trochę pocztówek, bluza z długim rękawem, figurka kotka, dwie przywieszki do telefonu z Kubusiem Puchatkiem i Kłapouchym, dwie przypinki – jedna z Puccą, druga z Happy Tree Friends… Kupa kasy przewalona na esemesowanie z Martensem i Dommelem. Ale co, w końcu miałam wypocząć!

 

Ciężko mi przytoczyć, co którego dnia się działo, ale kolejność chronologiczną jestem w stanie ułożyć.

Pierwszy dzień to było odsypianie nocy spędzonej w pociągu, dokupywanie niezbędnika i doprowadzanie się do stanu używalności przed występem Neonów.

Drugi dzień podporządkowany był ewidentnie samemu występowi, chociaż ten zaczynał się dopiero o 21.00. Oczywiście dużo było łażenia po Ustce – jak i przez cały wyjazd. Śmiesznie było minąć chłopców z goframi na promenadzie 😀 Niestety, organizacja w Przystani Żywca była delikatnie mówiąc do niczego. Dobrze, że w ogóle miałam miejsce, z którego mogłam widzieć całą scenę z bliska. Wprawdzie na twardej, drewnianej, uwalonej piaskiem podłodze, w pozycji embrionalnej z kolanami pod brodą bądź z nogami pod siedzeniem, ale jednak. Pierwszy raz miałam okazję oglądać Neo-Nówkę w nowym składzie. Obaw nie miałam żadnych, co do tego, czy będzie dobra zabawa – bo jej nigdy na ich występach nie brakuje. Zagrali „Metalowca”, „Raty” („Raty mnie rozjebały” – powiedział im po występie jeden chłopak), „Polaków w Niebie” (przeklinający Gawlin… miód na moje uszy), „Urząd” (dialog o tym, że Radek jest w ciąży, wciąż działa na mnie rozwalająco…), „Euro 2012”, „Piłkarza”, „Tatuaż”, piosenkę „Polsko (Bądź tu ze mną)” oraz na bis „Księdza”. I cóż mogę powiedzieć, ostatnie wątpliwości co do Radka Bieleckiego zostały definitywnie rozwiane. Ponadto… no cóż, byłam świadkiem, jak Gawlin popisowo doprowadził Radka do totalnego ugotowania się na scenie. Narastało to powoli podczas skeczu „Urząd”, żeby osiągnąć apogeum w „Tatuażu”. Zanim Radkowi udało się dojść do pierwszej swojej kwestii w skeczu, minęły chyba z 3 minuty improwizowanych tekstów Gawlina! 😀 Przesłodki to był widok, jak Radek już nie mógł się powstrzymać od śmiechu… 🙂 Po występie ustawiła się kolejeczka – najpierw po DVD z „Moherowym Programem” (które, of course, musiałam nabyć! ^^), potem po autografy i wspólne zdjęcia. Na zasadzie „ja mam czas” przycupnęłam na jakimś stole do gry i grzecznie czekałam, aż wszyscy dostaną to, co chcą (chłopcy byli uprzedzeni, że będę na występie). Nie mieliśmy dużo czasu na pogadanie, ale mimo to było szalenie miło. Wreszcie osobiście poznałam Radka! Okazał się być tak jak jego koledzy z ekipy naprawdę równym gościem. Porozmawialiśmy się, ile się dało, ja ich odprowadziłam do busa i umówiliśmy się na wrzesień, bo Radek coś mówił, że będą grać na kabaretonie. Po powrocie do domu sprawdziłam i okazało się, że się nie mylił. Czekam na 20 września.

W następnych dniach miałam przyjemność odwiedzić latarnię morską, wypłynąć w rejs wycieczkowy wielkim, stylizowanym na piracki statkiem „Dragon”, wypić czekoladę z Malibu w „Winiarni Piwnicznej”, odwiedzić wystawę minerałów i skamielin, nałazić się po mieście i po plaży, zmoczyć nogi w morzu… Rejs na „Sabie”, który odbył się już po załamaniu się pogody, wolę przemilczeć.

Ponadto w piątek dostałam telewizor na kwaterę, więc podczas urlopu zdążyłam sobie zaliczyć koncert „Reinkarnacje” i zrobić powtórkę z ukochanego filmu „Rozdarcie, czyli Gombro w Berlinie”. Co do pierwszego, opinię już gdzieś w Sieci wyraziłam (bodaj na forum Jerzyka Połońskiego) – w każdym bądź razie wyszło na to, że gdyby nie on i jego talent wokalny, który broni się sam, to mogliby sobie cały ten koncercik darować. A „Rozdarcie…” … no cóż, nadal wychodzę z założenia, że to jeden z lepszych filmów, jakie widziałam.

Były i przygody typu drzwi od kabiny prysznicowej wyrwane – zapewne niechcący – przez sąsiadów, chwilowy brak wody w całej kwaterze, wojowanie z korkiem od wina (który nijak nie puścił – butelkę otworzyłyśmy dopiero w domu), a w drodze do domu śpiewające Mariolki w przedziale obok (centralnie – jakby to Mariolka Krejzolka, Amanda i Mariola Ewelina z limowskiej „Dzielni” za ścianką śpiewały na zmianię „Dziewczynę Szamana” i „No woman no cry”…<gleba>). Ale całość mogę podsumować stuprocentowo na plus. Każdy wypoczyn jest dobry. A nad morzem to już całkiem.

2 myśli na temat “Ustka”

  1. Widzę, że wypoczynek udany tylko trochę chyba brakowało ciepłego słoneczka? Mnie bardzo brakowało ciepła nad morzem w tym roku://

Skomentuj ~Gosia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *