Wymarzłam w nogi niemiłosiernie. Nie szkodzi.
Puściło mi oczko w nowych legginsach. Nie szkodzi.
Wynudziłam się na spektaklu. Nie szkodzi.
Bo wiele jestem w stanie dać za szansę poznania osobiście kogoś bombowego. A na pewno kimś takim jest Szymon Jachimek, zwany czasem też Szym, Szyszem, Szyszymonem czy tam jeszcze inaczej.
Tylko faktu puszczenia oczka w moich wymarzonych czarnych legginsach nie dawał się wytłumaczyć. Zmarzłam – bo pogoda się spieprzyła, a ja uparłam się, że pójdę w getrach, a jeśli getry, to tylko z sandałami. I w dodatku coś pochrzaniłam i byłam na miejscu półtorej godziny wcześniej. No, ale przy okazji obejrzałam sobie wystawę zdjęć znalezisk archeologicznych z terytorium Chin.
Wynudzenie na spektaklu też jest wytłumaczalne. Lubię eksperymenty, ale do pewnych granic. I z sensem. Tym razem brakło tego sensu. No, bo skoro nie dotarło do mnie to, co chcieli artyści przekazać, to chyba coś nie tego, nie?… Bo to, że jedzeniem (czyt. kapustą i kiełbasą) można się bawić, z kapusty i kija od miotły robić zestaw do gry w minigolfa, z listków wycinać kwiatki, to ja wiem od przedszkola. A wpychanie sobie głowy do wiadra w połączeniu z powyższym, śpiewami kościelnymi i paroma innymi komplementami jak dla mnie nie niosły ze sobą żadnego przesłania. Tylko dzieciak z drugiego rzędu i parę innych osób mogło się pobrechtać z tych wygłupów. Ja musiałam się trochę silić na śmiech.
Oczywiście nie mogę odmówić aktorom zaangażowania i (czasem) dobrego warsztatu. Głównie mam tu na myśli Szymona, bo w końcu na nim skupiała się ciągle moja uwaga podczas spektaklu. Jego szczególnie dużo sił musiała kosztować praca nad tym spektaklem. Szczególnie dużo musiał mieć zaufania do kolegów-aktorów w najtrudniejszych dla siebie scenach. A do takich z pewnością należała część spektaklu, którą grał w kubraku z deską wyrwaną z ławki na plecach. Gdy chodził, obijał o nią głową… Albo była taka chwilka, że pozostałych dwóch aktorów podnosiło tą deskę, a on wisiał. Zwyczajnie wisiał, złapał się wszystkimi kończynami, a oni trzymali go nad… prodiżem? czy czymś. Że już nie wspomnę o tym, jak przechylali tą deskę, a on zjeżdżał w dół… Trochę mi szkoda, że aż tak boleśnie się poświęcał dla tak wątłego spektaklu. Ale widać, że ma poważne zadatki na wybitnego aktora, bo nawet takie coś traktuje poważnie. No i ma talent. Dużo talentu. Ponadprzeciętnie dużo. Chcę go w porządnym spektaklu. Najlepiej w monodramie. Na pewno poradziłby sobie koncertowo.
Talent idzie w parze z osobowością. Jeden z najmilszych, najbardziej czarujących ludzi, jakich miałam dotychczas okazję poznać. Ma w sobie skubaniec to „coś”. Oj ma. I się kapitalnie śmieje. I mądrze gada. Kuźwa. Będę tęsknić. Jak za paroma innymi osobami, które też mają to „coś”. Nie lubię tęsknoty, ale… cieszę się, że tam byłam. Warto było, chociażby dla niego. I pomyśleć, że to wszystko z przypadku. Bo czepiłam się „Czeskiego tresera wiewiórek”, że będąc w Michałowicach o Jelenią nie zahaczył…
Powiedział mi, że inteligentni ludzie radzą sobie z własnymi ograniczeniami i że w związku z tym dam radę ze wszystkim… I chyba za to najbardziej mu wdzięcznam.
„Nie, to nie ja się kręcę, to zawirował świat…”
A tutaj coś, co wzięłam na pamiątkę. Jakby kogoś interesowało, niech kliknie na to zdanie.
P.S. A tak w ogóle to fajne sąsiedztwo miałam w trakcie spektaklu. Obok mnie siadł nie kto inny, ino Jacek Ziobro. Z poobklejanym plastrami kciukiem. Ciekawe, co sobie zrobił. Ot, tak pytam, bo wyglądało to dosyć ponuro.
Mam ochotę iść do teatru, i to jak najszybciej. Tylko czekam na wolną chwilę i pędzę. Może trafię na Jacka Ziobrę?:) Przeszukam wszystkie krzesła…