Kasa, wino i Los Angeles, czyli Owens Family i spółka.

Po dzisiejszym wiem jeszcze lepiej.

 

Chciałabym zagrać w „Spadkobiercach”.

 

Najlepiej taką postać, jaką sobie kiedyś wymarzyłam. Wbitą w mniszą sukienczynę i skrytą za grubymi okularami Kylie Greenaway, prowadzącą podwójne życie jako Ginger Morrison z oczami kapiącymi od tuszu, w kusej bluzce i miniówce ledwo ledwo zasłaniającej to, co zasłaniać powinna.

Chciałabym z jednej strony zapytana o cokolwiek odpowiadać pełnymi, superpoprawnymi zdaniami: „Podejrzewam, że ma wujek rację, wujku Jonathanie”, „Nie rozumiem, jak kuzyn może mnie tak traktować, kuzynie Billy”, „Proszę stąd odejść, panie Dealey”. Opowiadać z „należnym im szacunkiem” o mamie Arecie i tacie Williamie, którzy zostali w Australii. Szlochać przy łóżku umierającego Jonathana, że nie mogłabym przyjąć w spadku jego firmy, „rodzice chcą mi zapisać swoją, a ja nie mam o interesach zielonego pojęcia!”. Przerażać się oskarżeniami Billego o próby wkupienia się w łaski starego Owensa tylko po to, by zgranąć majątek. Wyżalać się z tego Doreen. Wypłakiwać się w marynarkę Warrenowi. Bać się natarczywego wobec „mojej osoby” Dealeya, który traktuje mnie jako „najsłabszą sztukę w stadzie Owensów”. Sprawiać ogólnie wrażenie purytańskiego dziewczęcia odchowanego „pod kloszem”, zupełnie nie wiedzącego nic na temat zła, którego jest pełno wszędzie wokół.

Z drugiej strony chciałabym bezczelnie wejść bez pukania do domu Kena, bo w końcu „dom mojego faceta to tak właściwie mój dom”. Nie mniej bezczelnie zażądać papierosa bądź poczęstowania jakimś dobrym alkoholem i skomentować, że Ken uczył się savoir-vivre’u wobec pań w kurniku. Przy każdym kroku kręcić tyłkiem i „drogą torebką od Gucciego”. Próbować wymusić od Kena obietnicę zerwania z Doreen. Szantażować George’a, że zdradzę wszystkim, co naprawdę robił w Afryce, jeśli nie doprowadzi do zerwania jego siostry z „moim” chłopakiem. Wielokrotnie powtarzać, że „może i wychowałam się na przedmieściach, ale dzięki temu wiem o życiu więcej niż te wychowanie w wyższych sferach niedojdy”. Uwodzić Dealeya, by ratować skórę swojej rzeczywistej (?) postaci. Wejść z tego powodu w konflikt z Hariett. Szlajać się po knajpach i dyskotekach. Sępić kasę od facetów. Być cały czas czujnym jak pies podwójny, żeby nikt nie odkrył mojej podwójnej tożsamości.

 

A może właściwie chciałabym zagrać z tymi wszystkimi ludzmi. Z Kołaczkowską, Kamińskim, Andrusem, Górskim, Wójcikami, Litwin-Sobańską, Tremiszewskim, Rewersem i wieloma innymi…

Kto wie?…

4 myśli na temat “Kasa, wino i Los Angeles, czyli Owens Family i spółka.”

  1. Łoooosz kurna.Niezła rola!!PS. Tak..też chciałabym z Nimi zagrać. I to jak cholera. Zwłaszcza z Aśką,Trynulem i Andrusem…ofc. jeśli chodzi o tych,których wymieniłaś na samym dole…

Skomentuj Daguchna Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *