Hah. Na nowy roczek mały zaskoczek (ah, ależ ze mnie poetka). Wczytywałam się nie wiem który raz w blog wiadomego pana (ciekawego człowieka… bez cudzysłowia). Okazja ku temu jest, bo wbrew zapowiedziom wrócił do pisania, co mnie ucieszyło niezmiernie. Bo ja wiedziałam, ja wiedziałam, że tak będzie 🙂 Lustrując notkę pod tytułem „Diabeł w rajtuzach” natrafiłam na wzmiankę takiej oto treści:
„Jednocześnie szła inna robota. >>Przyjaciel wesołego diabła<<. (…) Grałem Janka, przyjaciela diabła i głównego bohatera jednocześnie.”
Efekt – oplułam się herbatą. Się i troszeczkę klawiaturę.
W Wigilię, gdy nudząc się przy oglądaniu w telewizorni „Opowieści z Narnii” zabrałam się za pisanie artykułu do Wikipedii o Małgorzacie Osiej-Gadzinie, natrafiłam w jej dorobku teatralnym (E-teatr uber alles) właśnie na ten spektakl z adnotacją, że grała Piszczałkę. Wtedy to olśniło mnie, że byłam na tym spektaklu, jak miałam chyba osiem lat. Przypomniało mi się czupiradło w karykaturalnie szerokich spodniach w paski, które okazało się był panią Osiej właśnie… tą samą, która podbiła moje serce na ostatnim czytaniu w teatrze… I jeszcze taka scenka, że główny bohater, taki chłopaczek, przyjaciel tego diabła, straszył go, że go przetopią na smalec, a Piszczałka panikował jak nie wiem co.
I się okazało, że to był właśnie pan Cinkowski.
A podobno przypadków nie ma.
Śmieszne, nie?
Ale się Pani przypomniało. A tak na marginesie, to granie tego całego Janka, to była męka. Dwie godziny i ani na sekundę nie można zejść ze sceny, a i tak wszyscy pamiętają Piszczałkę. Rola samograj. A ten Janek w niebieskim ubranku, o matko… Pozdrawiam.
Ano się przypomniało. Doznać olśnienia po 10 latach – to dopiero przyjemność.No, ale główna rola… bądź co bądź…