Pomysł na tą notkę podłapałam od Agi i Marsa – ludzi, których pasją jest kolekcjonowanie lalek. Pewien czas temu, gdy szukałam czegoś w otchłaniach Internetu, wujek Google naprowadził mnie na jej bloga, a stamtąd do niego i kilku innych osób, które łączy to hobby 🙂 Ostatnio zaproponowali małą akcję pod nazwą „Styczeń miesiącem nostalgii i wspomnień z Pewexu”. Ma to być właśnie pisanie notek blogowych ze wspominkami na temat zabawek. Ze względu na dziedzinę, jaką zajmują się twórcy, u nich i większości osób, które dotychczas opublikowały swoje reminiscencje, kręcą się one wokół tak zwanych „fashion dolls” – lalek takich jak Barbie, Steffi czy Fleur, a także innych markowych zabawek typu klocki Lego, które stanowiły obiekt westchnień i kultu dla dzieciaków w latach 80. i 90. 😀 Pewex w tytule zapewne stąd, że dzieciństwo większości „lalkarzy” przypada właśnie na te czasy, kiedy przybytki owe funkcjonowały. Ale że nie jest to żadne istotne kryterium w tej akcji, dołączają do niej także osoby nieco młodsze, takie jak ja, którym Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego może się kojarzyć co najwyżej z walającymi się po domu reklamówkami z charakterystycznym „P” czy tam naklejkami na szybach sklepowych.
Więc nadeszła pora, żebym swoją historię opowiedziała i ja.
Cofnijmy się o… hm… 18 lat? Tak, coś koło tego. To był rok 1993, jak sądzę. Jak większość dziewczynek, moje pierwsze lalki wyobrażały bobaski albo dzieci. I wydawało mi się, że tak wyglądają wszystkie „bambolki”. Aż nadszedł pewien dzień, kiedy to przekonanie uległo całkowitej zmianie. Odwiedziła nas babcia, przynosząc ze sobą dwa prezenty. Pierwszym była wielka poducha z wsiowego pierza – rzecz pożądana i praktyczna w tamtym czasie. Drugim zaś… Oto mym dziecięcym oczkom ukazało się coś, czego dotychczas chyba nie widziałam. Lalka, która wyglądała jak miniaturowa kobieta. Z długimi nogami, talią i kształtnym biustem. Twarzyczkę też miała ładną. Z rumianymi policzkami, delikatnym noskiem i oczkami o prawdziwych rzęsach, a to wszystko okolone czuprynką z popielatych loczków. No, po prostu… zabawkowa babka. I to jeszcze jak ubrana! W piękną, długą suknię z kokardkami, kapelusik z koronką i malutkie, czerwone buciki na obcasie, ponadto miała jeszcze torebkę z kokardką. A to wszystko uszyte z czerwonego, szeleszczącego, błyszczącego materiału. Trochę jak bajkowa księżniczka… Oczywiście, owo plastikowe objawienie zostało z miejsca zaakceptowane i pokochane. Na początek ślicznotka w czerwieni otrzymała dodatkową garderobę. Z racji tego, że byłam jeszcze malutka, szyciem zajęła się moja mama. W ten sposób lalka stała się posiadaczką bielizny zrobionej ze zniszczonych śpiochów – tj. koszuli nocnej i majtek – oraz sukienki w panterkę, zrobionej z paska od… sukienki w panterkę 😀 Ponieważ ta druga wyglądała dość ubogo przy głównej kreacji, a i sama długonoga panienka posiadała jako pierwsza ze wszystkich moich lal butki przypominające pantofelki, przybyszka szybko stała się główną bohaterką zabaw w Kopciuszka 😀
Lata mijały, garderoba panny w kapeluszu stopniowo rosła (głównie dzięki talentom mojej rodzicielki, a z czasem i moim), pojawiły się z czasem trzy inne, podobne jej lalki, no i przede wszystkim moja pierwsza „fashion doll” zyskała imię Eliza. Znaczy się pierwotnie nazwałam ją Elza, od takiej lwicy z afrykańskiego buszu, ale po pewnym czasie doszłam do wniosku, że nie jest to zbyt ładne imię dla lali, bo nie brzmi zbyt dziewczęco. Dołożyłam „i” i tak powstało ostateczne miano dla tej pani 🙂 Dopiero parę lat po jej otrzymaniu uświadomiłam sobie, że jej gumowe nóżki kryją pewną niespodziankę – podobnie jak u jednej z jej młodszych koleżanek, kolana Elizki zginały się! A tak właściwie to tylko jedno. Drugie było „sparaliżowane”, co oczywiście nie umniejszało wartości ani samej lalki ani tego odkrycia. Wszak jedna zgięta noga to też fajna rzecz 😀 Z powodu obfitych kształtów, siwych włosków i jakiegoś takiego dojrzałego wyrazu buźki w porównaniu do twarzyczek pozostałej trójki (które przypominały podlotki albo bardzo młode kobietki) ze szlajającego się po balach Kopciuszka zmieniła się w stateczną starszą siostrę dla reszty moich plastikowych panienek. Taka jakaś… mamuśkowata mi się zaczęła wydawać. Ale w pozytywnym znaczeniu 🙂
Mimo upływu czasu, skołtunienia się włosów (te loczki to niefortunna sprawa) i uszkodzenia sukienki przy rzepie na plecach Eliza nie straciła swojego dawnego blasku. Zresztą… zobaczcie sami:
Niestety, w niewyjaśnionych okolicznościach lata temu zginęła torebka i do dziś się nie znalazła… Swoją drogą warto wspomnieć, że przez lata byłam święcie przekonana, że to jakiś taki typowy wyrób barbiopodobny pozbawiony jakiejkolwiek szczególnej metki. Aż tu nagle pewnego dnia, kiedy to trafiłam na bloga wspominanej już Agnieszki, na jednym ze zdjęć ujrzałam lalkę, która wprawdzie miała włosy w kolorze ciemnej czekolady, ale twarzyczkę identyczną jak Eliza! W ten sposób dowiedziałam się, że moja księżniczka w czerwonej kiecce to Betty Teen, popularna w Rosji i Holandii „bambolka” z końca lat 80. Niestety w przeciwieństwie do wielu innych „fashion dolls” w Internecie ciężko o jakieś konkretniejsze informacje o niej, a fotek jest niewiele. Z tym większą przyjemnością dzielę się zdjęciami Elizki, na uciechę wszystkim zainteresowanym nią „lalkarzom” 😉
Wprawdzie moja pierwsza „dorosła” lalka to prawdziwa piękność, ale wiadomo, że jak każda dziewczynka w tamtym czasie marzyłam o Barbie. Chociaż jednej. Oglądałam kolorowe zdjęcia w katalogu i kalendarzu, które jakoś tam weszły w moje posiadanie (katalog dostałam od miłej pani w nieistniejącym już sklepie na Zabobrzu, kalendarz nie pamiętam, skąd) i moją małą główkę zaprzątały wcale nie głupie rozmyślania – a gdyby tak postawiono przede mną wszystkie te śliczne lale i rodzice powiedzieliby: „Kupimy ci jedną z nich”, to którą bym wybrała? Faktycznie, wybór byłby ciężki. Z rozlicznych modeli przedstawionych na obrazkach większość bardzo mocno mi się podobała. Tropical Splash w pięknych kostiumach w kwiaty, z wielkimi kwiatowymi kolczykami i wisiorkami w kształcie złotej muszli, przez które od samego patrzenia robiło się ciepło jak w tropikach. Długowłose Cut and Style w odblaskowo kolorowych sukienkach i z całym zestawem do robienia im szałowych fryzur – o zgrozo marzyło mi się ścięcie Barbie do ramion, tak jak na jednej z ilustracji 😀 Bubble Fairy za to zachwycała mnie plastikowymi skrzydłami, którymi dało się robić bańki mydlane. Nawet Slumber Party, teoretycznie nieefektowne, bo ubrane „tylko” w piżamki, prezentowały się tak milusio, że i na nie miałam ochotę. Co ciekawe, nie interesowała mnie wyłącznie słynna blondynka. Podobała mi się niezmiernie ciemnowłosa Teresa, spoglądałam przychylnie na drobniutką Skipper (zwłaszcza w wersji Babysitter, z trzema słodkimi bobasami), lubiłam też malutką Shelly obdarzoną masą ślicznych dziecinnych akcesoriów. Bo i te wszystkie dodatki to była istna maniana. Rozliczne modele domków przyprawiały o opad szczęki. Szalałam wręcz na myśl o zestawie zwanym Pop-Up Playhouse – różowej walizeczce kryjącej w sobie salonik z sypialnią, a zwłaszcza na punkcie… puchatego, białego kotka. Już kij tam z domkiem, chociaż taki wypasiony. Słodziutki kiciuś to dopiero byłaby rzecz! Jak widać nie cierpiałam na zabawkową „manię wielkości” 😉 Co tam wielkość. Małe w tym wypadku też było piękne.
Nie były to już czasy, kiedy to Barbie była towarem bardzo rzadkim i – jak to ktoś gdzieś wspominał – zazwyczaj w Pewexie znajdowało się kilka sztuk na krzyż. Teraz uroczą blondynkę i jej ferajnę można było spotkać w każdym sklepie z zabawkami, gdzie na półce stał mały rządek pudełek. Co nie zmieniło faktu, iż nadal były czymś ekskluzywnym ze względu na niemałą cenę, która sprawiała, że nie każdy mógł sobie na nią ot tak pozwolić. Toteż nietrudno wyobrazić sobie moją wielką radość, kiedy to w końcu rodzice postanowili kupić mi najprawdziwszą Barbie. Stała za tym trochę dłuższa historia, ale nie będę się rozwodzić nad tym. To był rok… 1995? 1996 może. Coś koło tego. Tata dał kasę, a mama poszła ze mną zdaje się do Baltexu na Długiej. Teraz mieści się tam drogeria, ale wtedy zajmowała tylko część pomieszczenia, podczas gdy na pozostałej działał sklep z zabawkami. Słabo to pamiętam, ale były tam wtedy lalki z kolekcji Sparkle Beach – apetyczne opalone i ubrane w kolorowe, zdobione srebrnymi niteczkami kostiumy kąpielowe. Po długim zastanowieniu wybrałam właśnie jedną z nich. Nie była to jednak sama Barbie. Nie skusiły mnie także brunetka Teresa, czarnulka Marina ani nawet Murzynka Christie. W oko wpadła mi jasnowłosa panienka o drobnym biuście, niezbyt wąskiej talii i pyzatej buzi z ciepłym uśmiechem. Na imię miała… Skipper, oczywiście 🙂 Młodsza siostra słynnej blondyny urzekła mnie bardziej od niej samej. Tak oto weszłam w posiadanie mojej jedynej lali od Mattela, ale wtedy wystarczała jedna, żeby móc być szczęśliwym i być… szpanerkiem, bo przecież to była „ta prawdziwa Barbie” 😀 W domu, po rozpakowaniu, radości i niespodziankom nie było końca. Nowa koleżanka w pudełku miała szczotkę do włosów z różowego plastiku i – co lepsze – łańcuszek z błyszczących kwiatuszków, który mógł być jej paskiem albo moją bransoletką 😀 Poza tym okazało się, że w przeciwieństwie do Elizy ma płaskie stopy, może ruszać rękami na boki i najlepsze – zginać kolana (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Eliz też może). Istna rewelacja! Nowa ślicznotka stała się moją dumą, jednak nie zmniejszając wartości poprzedniczki. Wszak zabawa dwiema lalkami jest o wiele lepsza.
Skipperka do dzisiaj utrzymała się w świetnym stanie, ale i tak może się nazwać dziewczyną po przejściach. Po jakimś roku posiadania pewnego dnia zaniosłam ją do przedszkola, coby się pochwalić i jedna z moich najlepszych przyjaciółek niechcący złamała jej kark. Dosłownie. Przez jeden nieszczęśliwy ruch o ściankę plastikowej łazienki lala straciła głowę wraz z kulką, na której się trzymała. Nietrudno się domyślić, że rozpacz była straszna, bo chociaż koleżanki nie obwiniałam (nie dość, że nie chciała, to też żałowała), to rodzice nie posiadali sensownego pomysłu, jakby tu uszkodzenie nareperować i finalnie na wiele lat Skipper została krótkoszyjcem z mocno wciśniętą głową, żeby nie spadała i zabawa nią była mocno utrudniona. Z perspektywy czasu nadal żałuję, że tak się stało, ale z drugiej strony wiem, że być może także dzięki temu lalka zachowała się w tak świetnej kondycji. Z powodu „niepełnosprawności” nie była już wynoszona poza dom, młodsza kuzynka ani żadna z koleżanek nie miała prawa jej dotykać, a i ja obchodziłam się z nią dużo ostrożniej niż z resztą zabawek. Gdy nastała era „Kropelki” i innych błyskawicznych klejów, byłam już na tyle dużą dziewczynką, że którejś nocy sama naprawiłam ją, przywracając jej niemal całkowicie dawną świetność. Wprawdzie połączenie szyi z wciąż tkwiącą w głowie kulką nie wygląda na do końca prawidłowe, ale co tam – liczy się efekt. Teraz tylko leciutko zmechacone końcówki włosów przypominają, że nie jest to dopiero co rozpakowana zabawka 🙂
Tutaj kilka zdjęć nowej Skipper, zapożyczonych z Amazon.com: -> Klik! Klik! Klik! Klik! <-
Zaś tutaj moja blondyneczka 🙂 -> Klik! Klik! Klik! <-. Warto wspomnieć, że do dzisiaj zachowały się wszystkie dodatki: -> Klik! <- a także pudełko, w którym do dziś jest przechowywana: -> Klik! <-
A to zdjęcie z dedykacją dla Agi – Skipperka w koszuli Fleur 🙂 -> Klik! <-
Na tym zaś zdjęciu wszystkie cztery plastikowe przyjaciółki przed lat, czyli Eliza vel Betty i Skipper w towarzystwie moich dwóch pozostałych „fashion dolls” z dzieciństwa – Susi i Stelli: -> Klik! <-. Pierwszą kupił mi na urodziny kolega z klasy, drugą „odziedziczyłam” po kuzynce. Istnieje prawdopodobieństwo, iż tą notkę czytać będzie wielu ludzi siedzących w temacie lalek, więc korzystając z okazji może ktoś z was wie coś o dwóch pozostałych paniach? Może ma taką samą? 🙂
Wzorem Agnieszki chciałam też coś naskrobać o moich pierwszych zestawach Lego, ale jest z tym pewien problem. Nie posiadam w związku z ich zakupem żadnych szczególnych wspomnień 😀 Otrzymałam je będąc bardzo malutką dziewczynką, przez co towarzyszyły mi niemal od zawsze i nie pamiętam, jak to było, kiedy ich nie było ani z jakiej okazji wpadły w moje rączki 😀 Były to trzy zestawy: „Renegade’s Raft” z 1991: -> Klik! <- oraz dwa kompleciki z bardziej adekwatnego dla dziewczynki w wieku 2 czy 3 lat Duplo – „Nursery” z 1990: -> Klik! <- i „Mother and baby” też z 1990: -> Klik! <- (fotka pożyczona z eBaya). Chociaż tak różne, wszystkie dawały mnóstwo radochy. Rekin wpychane miał w szczękę wszelakie przedmioty, żółte elementy połączone razem stawały się bambusem lub pietruszką w zabawie w kuchnię, zaś „czarna” mama z racji podobieństwa do mojej rodzicielki stała się jej alter ego, jak i jej bobas został moim 😀
A oto i one dziś. Duplo: -> Klik! Klik! Klik! Klik! <- i pirat: -> Klik! Klik! Klik! <-. Z obu „Duplosów” nie zachowały się pudełka ani instrukcje, z racji czego zamieszkały w tym jakże gustownie pomalowanym długopisem pudełku po butach. W pierwszym zestawie jak widać starły się usta bobaska i lekko mamy (potem poprawiałam je u obojga flamastrem). Wytarła się też tafla lusterka. Drugi jest w stanie niemal idealnym. Z kolei u pirata przetrwało pudełko (poniszczone, ale jest: -> Klik! <- ), ale instrukcji brak – została przerobiona na obrazek do starej temperówki w kształcie telewizorka: -> Klik! <-. Zgubiłam też „zawiasik”, dwa „zaczepy” i jedno wiosło, a szablę nieświadomym pacholęciem będąc pogryzłam, bo taki fajny, miękki, dobry do „dziabania” plastik :< Na zdjęciu brakuje wprawdzie masztu i dwóch żółtych klocków, ale nie zginęły. Po prostu lata temu użyłam ich do budowy fantastycznego Lego-statku ze wszystkich zestawów, jakie miałam. Wyszedł tak wspaniały, że do dzisiaj jest trzymany w szafie w całości, bo nie mam serca czegoś tak finezyjnego rozmontowywać 😀
I tak, potwierdzam – beciki obu Duplowych bobasów zostały uszyte z tego samego paska, co sukienka Elizy/Betty 😀 W ten sposób brzydki w gruncie rzeczy materiał ze sztucznego włókna stał się dla mnie… kultowy? Nadużywane słowo, ale trochę tutaj pasuje.
Uff. Trochę się rozpisałam, ale bardzo się cieszę, że dowiedziałam się o tej akcji i poprzez naskrobanie tej notki mogłam wziąć w niej udział 🙂 Fajnie tak sobie powspominać… Jest pretekst, żeby zajrzeć w głąb szafy i zobaczyć, jak trzymane gdzieś po pudłach stare zabawki się mają. I westchnąć: „Ech, jednak tamte czasy to był zajebisty moment na dzieciństwo!”. Także ze względu na to, czym dane nam było się bawić.