„Wokulski to wariat i awanturnik…”

Zazwyczaj to ja chodzę do teatru. A tym razem teatr przyszedł do mnie 🙂

 

Znaczy można to tak nazwać. TVP Kultura zrobiło transmisję z Gdyni z Muzycznego… Przed ponad dwie godziny (z przerwą) siedziałam nad „Lalką” i powiem wam, że podobało mi się. W cholerę mi się podobało. Wprawdzie w drugiej połowie już się momentami wyłączałam z akcji, ale ciii, to drobiazgi. Książka momentami mi podchodziła, ale brakowało mi do niej zawsze cierpliwości – wątkami nawalone, aż się człowiek gubi – a tutaj jakoś tak zgrabnie udało się ze sporej części zrezygnować, że ani całość jakoś nie ucierpiała na treści ani się nie zaplątałam w żadne pomniejsze historyjki. I był klimat. To rzecz istotna, bo jak już jest, to dzięki niemu spektakl wciąga i nie puszcza. Pomalowane gęby, tancerze jak mechaniczne marionetki, kołnierzyki bez koszul, różne dziwne elementy scenografii i inne takie. Jakby ktoś troszkę przedawkował tak zwane niedozwolone środki i miał dzikie wizje. Oczywiście, w pozytywnym sensie. Chociaż konwencja typowego musicalu się połamała, bo wcale nie jest lekko, łatwo i przyjemnie. Jest przygnębiająco, ba – nawet nihilistycznie, jak to ktoś powiedział. Czyli w sumie od Prusa się nikt nie odciął, chociaż pewne rzeczy zostały tak jakby „naprawione”. Chociażby z Wokulskiego jako porypanego pozytywisty oderwanego od rzeczywistości zrobił się Wokulski, którego niszczyły dylematy uczuciowe i toksyczna miłość. Człowiek z papieru zamieniony w człowieka z krwi i kości, to lubię!

 

Ale i tak najważniejsza była muzyka! I aktorzy. Dommelek (która ma niewątpliwą przyjemność mieszkać stosunkowo niedaleko i być z „Baduszką” na bieżąco) zapowiedziała, że ma być najlepszy zestaw. Był. Zaiste. Nie widziałam tego „innego”, ale po tym, co widziałam, tamci „inni” to ich już chyba nie przebiją. A przynajmniej w jednym względzie. Miałam okazję przekonać się wreszcie, kimże jest ta słynna w niektórych kręgach Renia Gosławska. I zrozumiałam zachwyty. Tak. Ona jest świetna. Bardzo. Izabelę wyśpiewała po prostu… bosko? No trochę, wszak Wokulskiemu nad głową jako anioł latała 😀 A właśnie, tak a propos Wokulskiego. Też bardzo okej! O ile większość moich znajomych Staszek wkurza (bo fantasta, bo ciepła klucha, bo coś tam), tak Rafał Ostrowski zrobił z niego całkiem fajnego gościa. I podobnie jak sceniczna koleżanka bardzo dobrze wszystkie partie wokalne odśpiewał, a najlepsze momenty ma w finale. Co jeszcze poza tym… Zbigniew Sikora jako Rzecki, Tomasz Gregor jako „kuzyn Ksesoski” 😀 i Aleksandra Meller z Magdą Smuk jako rozdwojona pani Meliton. Ci spodobali mi się najbardziej. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że z Muzycznego w Gdyni to ja najbardziej miłuję pana nazwiskiem Marek Richter. Na wieki wieków amen. I to wcale nie tylko za jego profesora Geista i „Tak zwaną ludzkość”. Po prostu… Oj, ludzie, spójrzmy prawdzie w oczy – gdyby nie to, że ktoś, gdzieś, kiedyś (hłehehehehe) namówił mnie, coby się temu aktorowi przyjrzeć, bo jest zdolny, ciekawy i te pe, to prawdopodobieństwo obejrzenia „Lalki” spadłoby o minimum połowę. Wiadomo, jestem leniuch, nie wszystko się chce mi oglądać i potrzeba jakiegoś solidnego katalizatora albo mówiąc bardziej przyziemnie kopa w tyłek na zachętę. A potem się często cieszę, że jednak mnie ta zachęta skusiła. Teraz też tak wyszło. Bo… mówcie, co chcecie, ale Richter nawet w takiej niedużej roli jak ta ma charyzmę i głos. Prześwietny głos, tak na marginesie.

 

Spadłoby o połowę – więc czym jest druga? Chrapką na musical. Zwyczajną, wynikającą z ciekawości chęcią zobaczenia spektaklu muzycznego. U nas na miejscu, w moim ulubionym teatrze tradycji musicalowej jako takiej nie było i nie ma, więc i typowych „sztuk z piosenkami” mało. Teraz w zasadzie jeden jedyny „Rumcajs”, na którym zresztą jakoś tydzień temu byłam i o którym notka powoli się pisze. Kiedyś było więcej. Na przykład taka „Opera żebracza” czy „Królowa Śniegu”*. Może dlatego tak mi ta „Lalka” weszła. No i w sumie dobrze, że te zabawy z musicalami zaczęłam od czegoś solidnego. Bo ta „Lalka” naprawdę dobra jest… Aż doszłam do wniosku, że trzebaby pomyśleć o jakiejś miłej rewizycie. W realu, oczywiście.

 

I taka mała prośba na koniec. Maleńka prośbinka. Kupcie mi płytę z piosenkami z tego spektaklu. Proszę, proszę, proszę, proszę, prooooszę.

 

 

 

* Btw. w obu w głównych rolach (czyli jako Macheath i Kaj) występował pan Konieczyński – iiiiezu, dlaczego ja się nie mogłam urodzić te parę lat wcześniej? Od czasu drugiej wizyty na „Kolacji na cztery ręce” męczy mnie ciężka faza na śpiewającego pana Piotra. Czemu skądinąd trudno się dziwić. Kto słyszał, ten wie. Trochę, jakby się facet kosztem aktorskiego powołania rozminął się z wokalnym, bo równie dobrze mógłby w teatrze muzycznym czy innej operze wylądować.