To wszystko wyszło dość… śmiesznie. I dziwnie. Zazwyczaj długo nic się nie dzieje, by potem zwalić się radośnie bandą na jeden weekend. Efekt zazwyczaj jest taki, że jestem cholernie zmęczona i cholernie zadowolona. A tym razem było troszkę inaczej. Po prostu. Bez tego „cholernie”. Ale zdecydowanie nie ma na co narzekać.
Zacznijmy więc od początku.
Mniej więcej do piątku byłam święcie przekonana, że w sobotę pojawię się w Gryfowie na Kwisonaliach i to w dodatku nie sama. Powód był dość prosty – Neo-Nówka o 21.30. Wprawdzie jedyny bus z Jeleniej tego dnia jechał o 12.00 i nie bardzo było wiadomo, jak później wrócimy, bo z powrotem był gdzieś koło 9.00 rano, ale to było mało istotne – wszak wiadomo, że we dwójkę zawsze można sobie jakoś poradzić 😉 Z tym, że właśnie w piątek wieczorem okazało się, że plan się mocno sypnął. Okazało się, że Klaudia (a coście myśleli, że kto inny? :D) jednak nie da rady. No i bu. Bo o ile przesiedzenie całego dnia i – co gorsza – nocy w obcym miejscu z kimś jeszcze daje radę, o tyle w pojedynkę w ogóle nie wchodzi w rachubę. Zwłaszcza, jeżeli przynależy się do tak zwanej płci słabszej. I tak z żalem usiadłam w nocy do oglądania opolskiego kabaretonu. A tam wiadomo. Neonsi na prowadzeniu. Tak sobie pomyślałam, że skoro nigdzie nie jadę, to chociaż taki substytut fajny mi zostanie. Bo Opole to im się udało, oj udało.
Dziewiąta z hakiem rano. O tej porze zazwyczaj przewracam się na drugi bok. Ale nie w tą sobotę. Obudził mnie dzwonek mojej komórki. Tata dzwoni. I bum, niespodzianka. „O której po ciebie przyjechać do Gryfowa?”. Tadą. Deus ex machina, niechętny poprzedniego wieczora rodziciel jednak postanowił zrobić mi tę przyjemność i po raz pierwszy od czasu występu Lima w Lwówku prawie 2 lata temu gdzieś mnie podwieźć/odwieźć (niepotrzebne skreślić). Rzut oka na zegarek i już wiem – mam góra dwie godziny, żeby się ogarnąć, umyć włosy, coś zjeść i lecieć na dworzec. Co zabawne, udało mi się. W efekcie już o godzinie 13.00 stałam na rynku w Gryfowie.
Powiem wam, że zabicie około 9 i pół godziny czasu w pojedynkę w takim mimo wszystko zadupiewnym miasteczku to naprawdę wielka sztuka. Najpierw jest łatwo, bo a to zrobić rekonesans pt. „Jak dojść z rynku na miejsce imprezy i odwrotnie”, a to poszwędać się to tu, to tam czy jeszcze gdzie indziej. Tylko, że potem wracasz, wydaje ci się, że zajęło ci to sporo, patrzysz na zegarek, a tu marna godzinka czy nawet mniej. Można jeszcze ewentualnie iść coś zjeść w porze obiadowej albo kupić jakąś wodę do picia. Ale tu ciągle ci wychodzi, że masz jeszcze mnóstwo do czekania. I co tu robić? Jakoś po 14.00 na scenie zrobili próbę chłopaki z Żarówek, to postałam, popatrzyłam, posłuchałam, zrobiłam parę fotek i troszkę zleciało. Resztę spędziłam na szlajaniu się bez celu i robieniu zdjęć. Gdyby mi naprawdę zależało, miałabym do wyboru postawione w ramach Kwisonaliów wesołe miasteczko, ale ze względu na przewagę wszelakich karuzel nie chciałam. Bo kto lubi widzieć się ze swoim obiadem sprzed tygodnia?
Ale wytrwałam. Koło godziny 20.00 zajęłam na ławeczce dogodną pozycję startową do pchania się do przednich barierek, grzecznie przeczekałam koncert muzyki greckiej (cóż znaczy godzinka czy półtorej wobec dziewięciu?), a gdy nadeszła pora, wcisnęłam się w rząd spragnionej kabaretowej rozrywki młodzieży. Na scenie zaczęły rozkładać się Żarówki. Trwało to dość długo, ku zniecierpliwieniu publiki – lekko gdzieniegdzie podpitej, ale w gruncie rzeczy życzliwie nastawionej (tutaj śmieszna scenka – Piotrek Spychała testuje mikrofony i mówi: „Trzy. Trzy. Trzy.”, a ludzie powtarzają za nim znudzonymi głosami: „Trzy. Trzy. Trzy.” xD). Ale gdy występ w końcu się zaczął, rozległy się owacje, a gdy wybrzmiał pierwszy refren początkowej piosenki, tłum zaczął śpiewać razem z chłopakami. A potem to już sru. Rada pedagogiczna. Short o nastolatce i mamie. Niemieckie siatkarki z prześmiesznym momentem odbijania piłki, gdy to chłopaki za kulisą zamiast planowych czterech razy doszli do dziesięciu przy akompaniamencie odliczającej publiczności 😀 Mister Ciołek aka kandydat na burmistrza i epicki tekst: „Co byście chcieli? Tutaj gdzieś pada słowo <<seks>>. *odwrót w stronę Żarówek* Chłopaki, dacie radę? *ryk tłumu, chłopaki kręcą głowami* Dadzą, dadzą. Po występie w namiocie sesje po 15 minut” czy jakoś tak xD Przyjęta radośnie pani Wandzia – do tego stopnia radośnie, że Gawlin rzucił coś w stylu: „Przyszła pani ze znajomymi? Pod oknami krzyczą”. Historia prawdziwa Mieszka i Dobrawy, smakowita jak zwykle (zalotne spojrzenia księżniczki rzucane w stronę muzyków – bezcenne). „Stypa”. A potem w ramach tak zwanego bisa (granego już od pół godziny :D) powitane rykiem aprobaty „Niebo” i „Bociany”, które rozjarały i tak już nieźle bawiącą się ludność do dzikiej czerwoności.
Zakulisów nie było. Następnego dnia musieli się stawić na drugim końcu Polski, toteż posłali panią z ochrony z przeprosinami i dali dyla. No cóż. Bywa. Chociaż trochę szkoda.
Tak wyglądał mój dziesiąty w sumie występ Neonsów w „karierze”. Dziwny, ale wart pojawienia się nań. Chociaż totalny brak przygotowania na ten wyjazd zemścił się na mnie bezlitośnie. Niedoładowane akumulatory w aparacie padły w pierwszym kwadransie występu, skutkiem czego mam kilka porządnych zdjęć tylko z próby, a po powrocie do domu zorientowałam się, że doprowadziłam się w kilku miejscach do stanu opiewanego w piosence Wyrwigroszy pt. „Jesteś spalona”. I kto powiedział, że kabaret to bezbolesne hobby… 😛
Odespawszy sobotnią eskapadę, niemal od razu po zwleczeniu się z łóżka zaczęłam powoli, acz sukcesywnie szykować się na kolejny szeroko rozumiany kulturalny event. Jakiś czas temu Ola odstąpiła mi dwa bilety na premierę „Portretu” Mrożka z racji faktu, że sama nie mogła skorzystać. Pierwotnie miałam wybrać się z Anią, ale z przyczyn niezależnych od nas – podobnie jak w przypadku występu Neonsów zresztą – nie wyszło, toteż szłam z mamą. Opis na stronie teatru nie brzmiał zbyt zachęcająco. Facet dostaje świra i nie chce powiedzieć żonie, dlatego, bo to przez to, że kiedyś lubił Stalina i zakapował kumpla, który – haha, niespodzianka – dziwnym trafem okazał się być działaczem antypaństwowym i zarobił czapę. I jeszcze coś tam pobełkotane o „współczesnym Judaszu”, który przechodzi przemianę i coś o „mechanizmie okaleczania przez wielkie utopie ich własnych wyznawców”. Taaa. To sztyniło baaardzo zgniłą skarpetką. Dlatego szłam święcie przekonana, że co najwyżej obsada poratuje ten spektakl. Wprawdzie w „Nowinach” wyczytałam, że reżyser, skądinąd wyglądający na dość młodego, nie chciał kłaść nacisku na aspekt polityczny, ale jakoś mu nie wierzyłam.
Źle zrobiłam, bo nie kłamał. Stalin owszem, był, był i tytułowy portret Józka, do którego Bartodziej – główny bohater – miał minimum… specyficzny stosunek, ale nie o to, nie o to, nie o to. Bardziej o to, jak to jest, kiedy przyjaciel podpiernicza przyjaciela. I jak to się potem odbija bolesną czkawką. Nie tylko im, ich żonom/dziewczynom też. Ogółem faktycznie strona nie polityczno-patriotyczno-patetyczna, blah blah blah, tylko zwyczajna, międzyludzka. I to dość lekko podana, bo jednak co Mrożek to Mrożek, nawet gdy zaczyna kombinować w stronę grząskich tematów. Czasem i nawet śmieszna scena wpadnie. Nawet dość często. Popijawa u Anatola roksuje nade wszystko. Ale to też dlatego, że inna rzecz poszła tak, jak się spodziewałam. Aktorzy. Gdy trzeba śmieszni, gdy trzeba smutni – tacy, jak trzeba. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jak dla mnie całe szoł kradnie pan Paruszyński jako Anatol i możecie mnie gryźć, kopać i łamać kołem, a ja i tak zdania nie zmienię. Chociaż trzeba przyznać, że reszta też daje radę. Pan Wnuk odpuścił sobie trochę swoją królewską dykcję i dobrze, bo to, co pasuje panu na Bolkenhainie, niekoniecznie musi leżeć podstarzałemu dziwakowi od pięciu lat nawijającemu żonie, że od jutra zacznie hodować króliki. Panie też ok. W sumie, co tu się rozwodzić, na pewno znacznie bardziej strawna rzecz niż moja ostatnia nowa sztuka w naszym teatrze, znaczy się „Proces”. I kto wie, być może pójdę drugi raz. Zwłaszcza, że Anatola planowo robić miał pan Góral, z różnych losowych względów nie wyszło, ale w obsadzie wypisanej w programie ciągle jest, także możliwe, że od nowego sezonu to weźmie.
Spektakl z niespodzianką, a bankiet też. Dlaczego? Bo… wyszłam po kwadransie chyba. Ukłoniłam się paru znajomym osobom, skubnęłam coś niecoś ze stołu, pogratulowałam panu Jackowi roli, dopiłam soczek i poszłam sobie. Nikogo bardziej zaprzyjaźnionego nie zastałam, a stać jak debil i konsumować jakoś nie miałam ochoty. A i skromniutko było. Widać, że chcieli chyba zaoszczędzić na kolejną*, żeby na koniec sezonu urządzić dobre uderzenie. I mimo, że zaczęli akurat rozlewać wódkę, ulotniłam się. Zreeeesztą. Wódki napić to ja się w domu mogę.
Ot, i tak mi zleciało. Nie gorzej od planu. Po prostu trochę inaczej. A i człowiek w domu nie siedział. To najważniejsze, zwłaszcza wobec nastającego lata, potencjalnych najdłuższych wakacji ever i stresującego oczekiwania na wyniki matur. Taktyka „Nie spać, zwiedzać”. Czy coś w tym stylu.
* Już 25 czerwca, „Rozmowy przy wycinaniu lasu” Tyma. Idziemy z Anią. Wprawdzie znowu nie spodziewam się szału… albo nie, ujmijmy to inaczej, nie spodziewam się niczego, bo widziałam w Teatrze TV i nudne toto do bólu, ale – zgodnie z obsadowym magicznym kluczem – jest Jacek, jest pan Piotr, jest impreza.