Dzieci boga mordu

Trochę się wypościłam, jeśli chodzi o teatralne premiery. Ostatnia, na jakiej byłam, to „Lilla Weneda” pod koniec września. Toteż z nadspodziewaną radością wybrałam się w piątek na pierwszą premierę w tym roku – znaczy się „Boga mordu”. Tym razem nie z Anią, która aktualnie podziwia żubry i inne cuda natury na Podlasiu, a z Olą i Pawłem, który btw. w teatrze był po raz pierwszy od czasów gimnazjum. Z tego, co mi po spektaklu opowiedział, nie żałował, że dał się wyciągnąć. Ja i Ola w sumie też.

 

Dwa małżeństwa spotykają się w związku z bójką, do jakiej doszło między ich synami – Frederic Reille wybił Danielowi Houille przy pomocy kija dwa przednie zęby. Rodzice, nie chcąc włóczyć się nawzajem po ubezpieczycielach, postanawiają załatwić sprawę… hmmm, nazwijmy, że „pokojowo”. Państwo Reille to Alain – wiecznie przyklejony do komórki adwokat i Annette – „żona swojego męża”, zaś państwo Houille to Veronique (nazywana przez męża zdrobniale Vero) – pisarka pracująca na pół etatu w księgarni i Michel – właściciel hurtowni AGD. Zaczyna się ładnie. A nawet za ładnie. Jest mdląco słodko. Wszyscy są milusi i uprzejmi do bólu. Wręcz… niewiarygodnie uprzejmi. Taaak. „Niewiarygodnie” to dobre słowo. Bo cała ta fasada uprzejmości szybciutko zaczyna się sypać. Najpierw delikatnie. A to jedna pani coś burknie do męża, potem druga, potem panie czy panowie zaczną coś między sobą niesympatycznego mamrotać… I oczywiście ten ciągle brzęczący telefon Alaina! Pękanie przybranych na tą okazję masek rusza z kopyta w momencie, gdy Annette z nerwów dostaje mdłości i wymiotuje – dokładnie na zbiór albumów o malarstwie należących do Veronique. Pani domu mimo faktu, że przynajmniej jeden z nich jest już nie do zdobycie próbuje być miła. Średnio jej to wychodzi. Potem już leci z górki. Rum, który Michel proponuje gościom „dla spokojności” działa dokładnie odwrotnie. Od samego początku rozmowa notorycznie schodziła z zamierzonego tematu, ale po podaniu alkoholu zjeżdża już wybitnie. Z eleganckich państwa wyłażą nieogarnięte, kłótliwe łajzy, którym najlepiej wychodzi dopieprzanie reszcie. Kulturalną rozmowę trafia szlag. Małżonkowie opierdalają siebie nawzajem, bez oporów przyznają się do różnych świństw i świństewek, wrzeszczą, klną, biją się poduszkami, rzucają torebkami (bynajmniej nie swoimi) przy okazji tłukąc ich zawartość, coraz więcej piją, a Annette dodatkowo dalej rzyga jak kot. Może to nie brzmi najlepiej, może dla kogoś tematyka jest mało odkrywcza, ale całość prezentuje się nader przyjemnie. Nawet bywa śmieszna… dosyć często 😀 Są komiczne scenki, zwłaszcza, gdy bohaterowie są już naprani. To, co robi z komórką Alaina poirytowana ciągłym jej dzwonieniem Annette czy reakcja Vero na któryś przytyk Michela to rzeczy, które są w stanie rozbawić chyba każdego. Jest też sporo zabawnych kwestii i dialogów. Ale z drugiej strony to chyba nie jest całkiem beztroska rozrywka. Ciężko jest się śmiać z położenia pani Reille, traktowanej przez totalnie nie poczuwającego się do życia rodzinnego męża jak jakiś mały dodatek. Nie jest zabawne wyznanie pana Houille, który nonszalancko opowiada, że mając serdecznie dosyć chomika córki wypuścił go na ulicę, a małej wmówił, że zwierzę uciekło. Terrorystyczne zapędy Veronique i cynizm Alaina pewnie też. Ktoś nazwał „Boga mordu” „poważną komedią”. I coś w tym jest. Ale nie bójcie się. Natrętnego morału brak. I dobrze, bo komedia z natrętnym morałem to dziadostwo gorsze jak Hiroszima.

 

Jeleniogórska realizacja wypadła całkiem całkiem. Może pod kątem śmieszności nie może się równać z „Kolacją dla głupca”, a w kwestii przekazu miażdży ją „Novecento”, ale premierowe przedstawienie oglądało się przyjemnie i właściwie bez chwili nudy. Na samo dzień dobry ujmuje sympatyczna (w przeciwieństwie do bohaterów :P) scenografia. Na scenie powstał miły, przytulny salonik z podłogą w szachownicę i długimi, łososiowymi zasłonami. Te ostatnie to mój ulubiony element – a właściwie to, co się za nimi kryło, to znaczy okno, przez które w kluczowych momentach naprawdę wiało. Są też tulipany w wazonie – zarówno kwiaty, jak i naczynie… hm… przydają się w trakcie sztuki. Jeśli chodzi o inne realizacyjne pomysły, to rozwaliło mnie zupełnie, gdy gospodyni przynosi gościom kawę i ciacho, a chwilę później cała widownia czuje zapach świeżo zaparzonej kawki 😀 Podobnie „zajechało”, gdy Veronique rozpylała perfumy męża (pozwolił wziąć, bo i tak nie używa). Na całe szczęście oszczędzono nam smrodu wymiocin, które wszak też pojawiły się w toku akcji xD Na temat muzyki się nie wypowiem, bo coś tam niby plumkało w paru scenach, ale ledwo co było słychać. Można by zażartować, że większość ścieżki dźwiękowej stanowił powtarzający się dźwięk dzwonka komórki Alaina xD

A jednak to aktorstwo sprawiło, że ten wieczór spędzony w teatrze nie był „taki se”. O każdym można powiedzieć coś dobrego, chociaż znając mnie pewnie bardziej się będę rozwodzić nad panami xD Dlatego zacznijmy od pań. Z jednej strony Małgorzata Osiej-Gadzina jako zahukana Annette. Pasowała. Wyszedł taki kłębek nerwów przepełniony bezsilnością, zwłaszcza, że mąż zamiast pomagać to olewa. Momentami wypada komicznie, ale stworzyła chyba najsmutniejszą postać tego przedstawienia. No i gdybyście kiedyś potrzebowali nauczyć się odgrywać mdłości i wymioty, to lećcie na lekcje do tej pani – robiła to do tego stopnia realistycznie, że przez chwilę i mnie zaczęło coś wiercić w żołądku… Z drugiej strony Elwira Hamerska-Kijańska kreująca Veronique. Jej pani Houille to taka cholerna, nadęta snobka, w wypadku której różnicę między rzeczywistym obliczem, a przybraną specjalnie na tą okazję maską jest najdobitniejsza. Tutaj malarstwo, Kokoshka, pisanie o sprawach Afryki, zwłaszcza o masakrze w Darfurze, praca na pół etatu w „księgarni artystyczno-historycznej” (chociaż i tak bardzo szybko się człowiek orientuje, że jej zachowanie śmierdzi pretensjonalnością na kilometr), a tu się potem okazuje, że w rzeczywistości aż tak fajna nie jest, że po cichu kibicuje mężowi w dosrywaniu gościom, że faktycznie tymi wszystkimi „ważnymi i poważnymi” sprawami zajmuje się w bardzo powierzchowny sposób, a to całe jej „uduchowienie” to straszne udawactwo. W przeciwieństwie do pani Reille, nie jest taka jakaś rozedrgana czy coś. Wybucha złością kilka razy, po czym chyba stwierdza, że ma to wszystko gdzieś i usuwa się na bok. Mimo to troszeczkę ciekawiej i mniej jednoznacznie wypadają panowie. Role obu stanowiły dla mnie pewien rodzaj „zaskoczki”. Zarówno Piotr Konieczyński (Alain), jak i Jarosław Góral (Michel) ostatnimi czasy grali głównie postacie sympatyczne i pełne ciepła, a nawet można by rzec, że takie… kochane. Starczy wspomnieć choćby Francois Pignona z „Kolacji dla głupca” w wypadku tego pierwszego i Boba Cratchita ze „Scrooge’a” w wypadku drugiego. A tutaj mamy dwie ostatnie mendy, chociaż różne. Z Alaina Konieczyńskiego, pozornie poważnego, zrównoważonego prawnika, wyłazi ślepy na problemy rodzinne pracoholik, cyniczny adwokacina skłonny bez mrugnięcia okiem tuszować wszystkie świństwa swoich klientów i wyznawca tytułowego boga mordu – wychodzi z założenia, że agresja być musi, tak jest od zarania dziejów i nie ma co kombinować nad całą sprawą bójki, bo jego syn jest dzikus i on to akceptuje (albo – mówiąc precyzyjniej – jemu to zwisa). Przemawia przez niego także typowo materialistyczne podejście do życia – na zarzut bodaj pani Houille, że w wyniku rękoczynów między chłopcami jej syn stracił dwa zęby, w tym jednego definitywnie, odburkuje: „To mu kupimy nowe, lepsze!”. No i to jego podejście do żony… Zrzuca na nią całą odpowiedzialność za dom, za dzieci, robiąc z niej swoją służącą albo coś, zupełnie już pomijając fakt, że traktuje ją nie jak małżonkę, ale jak rzecz, swoją własność. Jest nieprzyjemny, momentami cwaniakuje do bólu (z zafoliowanym cygarem w zębach nieodparcie przypominał mi niejakiego Franka Dealeya :D), ale kiedy faktycznie musi być tym tak zwanym prawdziwym mężczyzną i wziąć sprawy w swoje ręce, usłyszy tylko wiązankę przytyków od Annette rażących jego męską dumę i już odsuwa się, siada gdzieś na boku i siedzi tak bezczynnie, wyglądając przy tym „jak porzucony przy drodze”. Łajza. Po prostu łajza. Michel Górala jest niewiele lepszy. Wydaje się być sympatycznym, nieco rubasznym i w przeciwieństwie do żony bardzo przyziemnym człowiekiem. Ale i on ma swoją ciemną stronę mocy. Zaczynając od takiej „oczywistej oczywistości” jak akcja z chomikiem chociażby. Chociaż od (bardzo) wielkiej bidy można by było darować. Bo się tłumaczył, że zwierzę hałasowało w nocy, a solidnie cierpiący z powodu powybijanych zębów syn nie mógł przez to spać. Marne to dla mnie tłumaczenie, ale ciii, niech będzie. Tylko, że podobnie jak pan Reille nie jest najlepszym małżonkiem. Wprawdzie owszem, uczestniczy w życiu rodziny i w przeciwieństwie do Alaina obchodzi go, co wyprawiają jego dzieci, ale widać, że to tak trochę na siłę i że brak mu na dłuższą metę cierpliwości. Z czasem ujawnia „tumiwisizm” podobnie jak drugi pan. I też jak przychodzi co do czego, to się nie potrafi ogarnąć i czegokolwiek zrobić. Ale to nie łajza. To tylko taka świnia. Nie większa i nie mniejsza niż cała reszta w sumie. Ale trzeba przyznać jedno – ci dwaj panowie w duecie to niezła rzecz. Tajemnica sukcesu (oczywiście poza tym, że każdy to tak zwane „zdolne bydlę”) tkwi w pewnym myku: weź dwóch aktorów, którzy znają się jeszcze ze szkoły teatralnej i niech cisną. Jazda gwarantowana.

Btw. to zabawne, ale wygląda na to, że soczyste „KUUURWAAAA MAAAAAAĆ!!!” w ustach pana Piotra będzie mi się śniło po nocach. Wiecie – ja rozumiem, że scena ma swoje prawa, ale z tym panem mi się bluzgi nie komponują 😀

 

W sumie to trochę dziwne. Spektakl nie był zły, da radę w nim znaleźć coś dla siebie, zresztą podejrzewam, że będzie jeszcze nabierał właściwych kształtów z czasem, ale… cholera. Nie wiem za bardzo, komu konkretnie go polecić. Może komuś, kto lubi kogoś z obsady? Ewentualnie komuś, kto lubi oglądać rzeczy niejednoznaczne i mocno pokręcone. Istnieje spora szansa, że wtedy „Bóg mordu” przypasi. Ale jeżeli ktoś w nasze jeleniogórskie teatralne progi wybiera się pierwszy raz, to radziłabym jednak coś innego. Wprawdzie nie do końca potrafię uzasadnić, czemu tak właściwie, ale coś mi tak intuicja podpowiada.

 

Nad bankietem się rozwodzić nie będę, bo w zasadzie nic szczególnego się nie działo. No, może poza tym, że pan Jarek Góral jest wporzo. Pan Piotr też, ale to jak zwykle. Swoją drogą ciekawostka – pierwszy swojego bohatera bronił, zaś drugi zaś skłaniał się ku teorii, że jego postać faktycznie nie należy do przyjemnych 😀

 

No i tego. Być może bliżej (moich ostatnich) ferii spróbuję się wybrać drugi raz. I tyle. Pewnie najbliższą kolejną premierę będę miała znowu za cztery miesiące… albo coś… buuuuu.

3 myśli na temat “Dzieci boga mordu”

    1. W zielonogórskim to nie wiem, czy tą sztukę zastaniesz, ale do jeleniogórskiego to zapraszam. Pan Piotruś roxuje :DBtw. zdaje się, że w Kraku też była inscenizacja?

  1. o bożemordu, wiedziałam, że w końcu się kiedyś zbłaźnię swoim nieogarnianiem miast polski z „Górą” w nazwie! a co do sztuki, to nawet dzisiaj widziałam plakat w krakowskim teatrze Słowackiego, chociaż najprawdopodobniej niestety się nie wybiorę. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *