Przepraszam. No przepraszam, ale muszę pomędzić, bo walnę zaraz na miejscu i będzie. A na swoim blogu mogę – bo kto zabroni? No właśnie.
Przejechałam się. Przejechałam się po całej linii i to w dodatku na osobie, po której się tego nie spodziewałam i o której sądziłam, że może i jest roztrzepana, ale w razie czego potrafi zebrać się do kupy i być poważna. Niestety okazało się, że wcale tak nie jest. I nie dość, że ta osoba zawiodła moje zaufanie i swoim brakiem rozwagi oraz logicznego myślenia rozwaliła mi w diabły ważny, wyczekiwany od dawna plan, to jeszcze mam wrażenie, że wcale nie jest jej żal. Że niby nic się nie stało, przecież dla niej pewnie nie znaczyło to wiele. Głupiego „przepraszam” nie usłyszałam i coś czuję, że raczej nie usłyszę. Sporo by to mogło zmienić, oj sporo. A tak nic. Po strusiowemu głowa i piasek i nuż planować z kimś innym – bo to łatwiej niż wyjaśnić.
A tak minęło mnie ważne wydarzenie, przyjemne szalenie i równie ważne – jak nie ważniejsze – spotkanie z ludźmi nieobojętnymi mi ani trochu. Zabolało, równie bardzo jak przykre doznanie z niespodziewanej strony. Lubię spotykać się z osobami takimi jak te, bo zawsze po tym czuję się lepsza, weselsza i fajniejsza. A ile się można od tych skubańców dobrego nauczyć, ile pozytywnych wibracji nałapać…! Tego żadne słowa oddać nie potrafią.
Tja. Tu mnie macie. Dagens się wkurwił i złapał doła. Dół powoli przechodzi, niestety wkurwienie zostało. W tym wkurwieniu trwa od kilku dni i w tym wkurwieniu zapewne wróci do szkoły i cieszenia się z pierdół, bo na duże rzeczy dające szczęście, radochę i satysfakcję w najbliższym czasie pewnikiem nie ma najmniejszej szansy. Chyba mam pecha do ludzi. Co trafię na kogoś, kto mógłby się wydawać ok, prędzej czy później okazuje się, że wystawia mnie do wiatru. W najlepszym wypadku, bo w najgorszym stara się mi jak najmocniej dopierdolić dla przyjemności, wykorzystując to wszystko, co w ramach znajomości się o mnie dowiedział. Tak więc proszę się nie dziwić, że nie ufam światu i ludziom. Po prostu stanowczo za często mnie częstują kopami, a ja nie chrześcijanka, coby otrzymawszy policzek nadstawiać drugi, więc oddaję.
I weź tu bądź normalny, kiedy nic ci w życiu nie wychodzi. Poeta powiedział: „Jak się pieprzy, to wszystko na raz” i prawda to, niestety. Świetnie zapowiadające się ferie zimowe zakończę zła i jeszcze bardziej najeżona wobec wszystkiego i wszystkich. Pociesza mnie ino, że zostało mi jeszcze parę osób, które mnie nie zawiodły, a i że w szkole czeka na mnie gromadka ludzi fajnych, którzy mimo, że to tylko koledzy, są wielce okej. Nawet, jeśli są pozornie bardzo nieidealni.
Dziękuję. Wykrzyczałam się. Może będzie mi milej. Z dużym naciskiem na „może”, ale zawsze lepiej wyżyć się na klawiaturze, niż na innym osobniku rodzaju ludzkiego. I tym optymistycznym akcentem obwieszczam koniec mędzenia. A przynajmniej na razie.