Zmarł Tadeusz Szymków

Życie jest przewrotne, dziwne i nieskończenie niezrozumiałe. Najpierw śmiałam się do rozpuku, by kilka godzin później usłyszeć wieść tak paskudną i niedobrą, że początkowo wydawała się tylko okropnym złudzeniem. W sumie nadal się wydaje. Tylko tych przesłanek, notek w różnych serwisach, informacji w programach informacyjnych, które krążyły już od południa, tylko dziwnym zrządzeniem nie natrafiłam na nie wcześniej, jest stanowczo za dużo…

Że szybko… W wypadku wielu ludzi śmierć zawsze przychodzi za szybko. Jego, jak się później z przykrością dowiedziałam, drążyła podstępna choroba, której nawrót wykończył go w trzy dni. No tak, pomyślałam, pięćdziesiąciolatkowie nie umierają „z przyczyn naturalnych”. Kostucha zabiera ich poprzez choroby i nieszczęśliwe wypadki.

Jeszcze jakiś tydzień temu zaśmiewałam się serdecznie z faktu jego udziału w słuchowisku na podstawie sztuki „Śmierć Człowieka-Wiewiórki”, gdzie wcielał się w tytułowego bohatera. Wesoły był to dla mnie zbieg okoliczności, gdyż w teatralnej wersji, którą dopiero co widziałam drugi raz w Teatrze Jeleniogórskim, tą postać grał inny aktor, którego mogłam zaliczyć na równi z nim w poczet ulubionych. Słuchałam fragmentów w Internecie, przypominając sobie, jak piękny i charakterny ma głos. W Sylwestra z Natalią oglądałyśmy teledysk do piosenki „Uciekaj”, w którym wystąpił, a ja z nieudawanym rozrzewnieniem opowiadałam jej, jak to kiedyś był moją platoniczną miłością, gdy miałam dwanaście lat i że może w tym klipie wygląda jak morderca, ale ogólnie to naprawdę wspaniały aktor.

Teraz dużo rzeczy brzmi jak mega-ironiczna drwina losu. Szczególnie jedna z jego ról filmowych, którą kiedyś ktoś nagrał mi na kasetę. Grał człowieka, który panicznie obawiał się, że umrze na nowotwór tak, jak jego matka. No, ironia losu. Do potęgi nieskończonej.

 

Zaistniał dla mnie, gdy miałam ledwo dziesięć lat. Na początku był dla mnie bezczelnym Wojtkiem Szymczakiem z trzeciej „Ekstradycji” i sperwerconym zdunem wydobywającym kota z pieca rodzinki Kiepskich. Nie potrafiłam połączyć tych dwóch barwnych postaci z jednym aktorem i to wcale nie ze względu na mój młody wiek – po prostu w obu tych wcieleniach był całkiem inny. Po prostu nie do rozpoznania, szczególnie dla małej dziewczynki. Skojarzenie obu kreacji z jednym człowiekiem nastąpiło nieco później. W tamtym czasie pan Szymków prowadził na zmianę z Bronisławem „Borewiczem” Cieślakiem polsatowskie „Telewizyjne Biuro Śledcze”, którego rodzice (słusznie, zresztą) nie pozwalali mi jeszcze oglądać (kiedy wreszcie mogłam, już od dawna program nie był emitowany… eh), ale nie zabraniali słuchać – więc przez uchylone drzwi swojego pokoju bawiąc się lalkami słuchałam, jak opowiada o zabójcach i ich ofiarach. Często rodzice wspominali, że program prowadzą „Cieślak i Wojtek z >>Ekstradycji<<„. Kiedyś raz – jeden jedyny, jakież to było święto! – zgodzili się, żebym obejrzała malutki kawałeczek. Zobaczyłam młodo wyglądającego gościa w białej bejsbolówce – nie wiem, dlaczego zapamiętałam tak banalny szczegół. Teraz już wierzyłam, że to naprawdę odtwórca roli Wojtka. Jakiś czas później trafiłam na zajawkę „TBŚ”, gdzie ów „prezenter” przedstawionym został z imienia i nazwiska – Tadeusz Szymków. A jakoś tak utkwiło mi w głowie, że tak nazywa się facet, który grał zboczonego zduna w „Kiepskich”. I w tym momencie jedenastoletnia główka doznała olśnienia na miarę prywatnego przewrotu kopernikańskiego – to jeden i ten sam aktor!

Potem była dłuższa przerwa, tak mniej więcej do września 2002 roku. Wtedy TVP wystartowała z „Wirtul@ndią”. Jakoś nie odnotowałam tego faktu od razu. Którejś soboty obudziłam się wcześniej niż zwykle, przecierając zaspane oczy owinęłam się kołdrą i podryptałam do jedynego wówczas w domu telewizora. Włączyłam i obudziłam się na dobre. „Ojej, pan Szymków!”. W dodatku dziwacznie ubrany, śmieszne ufryzowany i ogółem całkiem komediowy – przeobrażony w Mastera, mędrca-wagabundę, tworzącego od podstaw nowy świat. I tą kreacją przekonał mnie do siebie zupełnie i bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Potem nie było już soboty bez „Wirtul@ndii” i kolejnych jego „wygłupów”. Zawsze wstawałam wcześnie rano w soboty, żeby nie przegapić kolejnego odcinka. Zresztą śledziłam ten program do końca, nawet gdy go już tam nie było, ale to temat na inną historię.

Akurat byłam na etapie pierwszych młodzieńczych idoli i platonicznych miłości. Wielbiłam Jacka Chmielnika jako czarownego prowadzącego, Zbigniewa Suszyńskiego w rolach ostatnich skurwysynów, Jacka Bończyka śpiewającego piosenki kilku Francuzów. Krótko później obok nich na liście tych „naj” pojawił się i on. Zaczęło się szukanie – podobnie jak w wypadku pozostałych – informacji o innych jego rolach, żeby wiedzieć, czego nie wolno mi przegapić. Głównie poprzez wypytywanie zamęczanej wręcz moimi „ulubieńcami” matki – oj, męczyłam ją moją pasją strasznie. Niestety moi rówieśnicy jeśli interesowali się już aktorami polskimi, to praktycznie tylko tymi bardzo znanymi. Po raz pierwszy odkryłam przydatność Internetu, z którego korzystać w kawiarenkach nauczyli mnie moi ówczesni koledzy. Notowałam kolejne role na karteczkach, by w domu przepisywać wszystko w specjalny zeszyt. Wycinałam zdjęcia z gazet – ciężko było o jego fotografie. Dużo pisałam o nim w różnych kreacjach aktorskich w moim notatniku, który twardo pisałam przez prawie 3 lata. Klecąc w naiwnych słowach to, co siedziało mi w głowie, dostrzegałam, jak bardzo angażuje się w każdą rolę, jak autentycznie wypada w każdej swojej kreacji. Oczywiście dopiero teraz wiem, że to było to. Wówczas byłam chyba za młoda, by umieć to tak sprecyzować.

To było sześć lat temu. Sześć lat, które nie wiadomo kiedy upłynęły. Młodzieńcze zauroczenie minęło w miarę dorastania – pozostał szacunek i podziw dla pracy. Ponad 30 produkcji obejrzanych, by cieszyć oko i ducha jego sympatycznym fizis i ogromnym talentem. Często przez jego obecność w obsadzie podejmowałam się oglądania rzeczy niełatwych w odbiorze, często przekraczających moje możliwości pojmowania w czasie, gdy pierwszy raz się z nimi zmierzałam. Gdyby w nich nie grał, nigdy bym ich pewnie nie ruszyła. M.in. wspaniałej „Mary Stuart”, gdzie jako służący Gervais ze świecą w dłoni krążył wokół odchodzącej powoli królowej jak sęp… Wielu mówiło za jego życia, jak i wielu teraz to powtarza, że nie był należycie wykorzystany przez kino. I ja się z tym zgodzę. Był mistrzem drugiego planu, ale gdy wpuszczano go na ten pierwszy, był w stanie poczynić aktorskie arcydzieło. Tyle, że robiono to stanowczo za rzadko. Szymkowa-aktora można było po prostu łyżkami jeść.

Stosunkowo niedawno zaimponował mi czymś jeszcze. Otóż był wielkim promotorem młodych filmowców, wspierał kino niezależne. Wolał grać za darmo u obiecujących amatorów, niż sprzedawać się w byle serialu. Pomyślałam sobie wówczas z głębokim uznaniem: „Co za gość!”.

 

Nie było mi dane poznać go osobiście, nie było również dane mi zobaczyć go na scenie teatralnej. A miałam okazję, bo w październiku Teatr Polski był u nas ze „Sprawą Dantona” w ramach Jeleniogórskich Spotkań Teatralnych. Nie chciało mi się ruszyć tyłka do teatru, by się dowiedzieć, czy są bilety, bo wyszłam z założenia, że na JST nigdy nie ma na dwa tygodnie przed. A prawdopodobnie były. Pomyślałam też sobie, że przecież kiedyś możemy się z mamą wybrać do Teatru Komedia na sztukę „Pecunia non olet?”, w której grał. O ironio.

Trochę to błogosławieństwo. Gdy znasz kogoś osobiście, a ten ktoś odchodzi, boli bardziej. Ale trochę i zło. Bo już tej zaległości nigdy nie nadrobisz. Parę razy już wspominałam (najczęściej niestety przy okazji tak złych wiadomości jak ta), że ci pierwsi idole z dzieciństwa czy wczesnej nastoletniości są najistotniejsi, bo najczęściej kształtują zainteresowania i pasje, ale coś w tym jest. Bo i przypadku moich perypetii związanych z osobą Tadeusza Szymkowa to się potwierdza. Wszyscy moi idole z tamtych czasów mieli spory wpływ na uwrażliwienie młodej dziewczynki, jaką wtedy byłam, na sztukę. Z czasem dopiero to doceniłam.

Głupio mi, że w takich okolicznościach przypominają mi się najsympatyczniejsze z perspektywy czasu zdarzenia związane z moim byciem najpierw młodocianym fanem, a z czasem miłośnikiem. Irracjonalne obrzydzenie, jakim zareagowałam na jego kreację w „Na koniec świata”. Teraz wiem, że po prostu byłam za mała na ten film, ale wtedy moje dziecinne „święte oburzenie” przypominało życiowy kabaret. Że „taki fajny aktor gra w takim filmie”. Jak w podstawówce zadano nam krótkie wypracowanie o ulubionym aktorze i napisałam właśnie o nim. Jak mimo grypy cieszyłam się, że dzięki infekcji nie poszłam do szkoły i mogłam obejrzeć „Trzy dni bez wyroku” późno w nocy. Jak na jego widok w zapowiedzi następnego odcinka „Pensjonatu Pod Różą” runęłam na podłogę. Jak wypożyczałam z osiedlowej wypożyczalni kasety z „Przedwiośniem” i „Demonami wojny według Goi”. Niby bzdety, ale dla mnie to wspomnienia. Bardzo dobre. Bez niego by ich nie było. Ktoś by powiedział, że byłyby inne. Ale kto wie, czy aby na pewno tak dobre jak te.

Nienawidzę używać wobec wielu ludzi słów w czasie przeszłym. A coraz częściej muszę to robić. Nie wierzę w Boga, ale w takich momentach trochę rozumiem, dlaczego ludzie potrzebują religii. Żeby móc sobie takie niezrozumiałe rzeczy wyjaśniać. Lżej mi trochę, jak sobie pomyślę, że ktoś na górze kompletuje sobie niebiański dosłownie i w przenośni zespół i dlatego zabiera nam z naszego padołu najznakomitszych. A takim niewątpliwie był i on. Szkoda tylko, że pełna świadomość tego przyszła dopiero teraz – gdy już wszyscy wiemy, że nie zagra dla nas już nigdy więcej. I że nie zrealizuje swojego planu, jakim było nakręcenie własnej produkcji. Kto wie, może okazałby się równie znakomity po drugiej stronie kamery. Ja w to wierzę. Bo i już nic innego mi nie pozostaje.

Wyczekiwałam jego zapowiadanych nowych ról: Majora Jędrusia w „Zamianie” oraz – z dużo mniejszym entuzjazmem, wiadomo, dlaczego – pułkownika Wolańskiego w spektaklu Sceny Faktu „Tajny współpracownik”. Już wybiegałam myślami w dalszą przyszłość, wróżąc mu następne – od małego lubiłam wymyślać ulubionym aktorom i aktorkom role, które moim zdaniem byłyby dla nich ciekawe i szczerze im ich życzyć. Teraz z przykrością konstantuję, że następnych ról nie będzie… I dopiero teraz, o głupia, doszłam do wniosku, który w kwestii drugiej z wymienionych kreacji powinien mi się nasunąć od razu. Po przeczytaniu tej informacji pomyślałam z małym smuteczkiem: „Taki zdolny aktor wpakował się w taki gnój, szkoda…”. A przecież ktoś taki jak on nawet z gnoju filmowego wydobywał diamenty. Niekiedy sam się takim diamentem stawał. I teraz na pewno też tak było. Niewątpliwie.

 

 

Był sobie Człowiek. A potem go zabrakło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *