I kolejny roczek poleciał nam wszystkim z karku. Dla jednych lepszy, dla innych gorszy, ale mimo to wszyscy robią podsumowania. Jak wszyscy mają Mambę, to niechaj mam i ja. Blog jako zapis zdarzeń roku zeszłego może okazać się przy tym bardzo przydatny.
5 stycznia
– uzyskałam legalizację na kupowanie alkoholu, kupowanie papierosów i chodzenie na „Testosteron” do teatru (którego i tak nie zdążyłam zobaczyć, bo zdjęli miesiąc później), czyli że skończyłam ustawowe 18 lat ku temu wymagane. Kameralna impreza w ulubionej knajpce w towarzystwie paru miłych osóbek, w tym i Natalii – zapamiętajcie jeno to imię, bo w tej notce zapewne będzie się powtarzać.
Przełom stycznia i lutego
– w zeszłym roku podsumowanie ułożyłam jedynie z rzeczy dobrych, bo i w takie naprawdę istotne rzeczy złe rok 2007 nie obfitował. W tym roku nie było tak różowo. Otóż podówczas nauczyłam się nowej życiowej mądrości – nieważne jak mocno by się szmata kamuflowała, jak bardzo by się do ciebie mizdrzyła i ci słodziła, to i tak w końcu wyjdzie na wierzch jej prawdziwa natura. No i wylazła. Nagle się okazuje, że ludzie, których miało się za kumpli, to dwulicowe suki albo chorągiewki przymilające się do każdego, kto wydaje im się być silnym. Ale z drugiej strony wyszło, które osoby z mojego otoczenia nie są parapetami i na kogo naprawdę można liczyć. Zresztą z jedną z tych osóbek miałam niewątpliwą przyjemność widzieć się przez dłuższy czas na pewnym zlocie w czerwcu, ale nie wyprzedzajmy faktów. Ogółem – kolejna lekcja, dlaczego nie warto ufać ludziom.
24 lutego
– nie przyszła Dagmara do porządnego kina, to porządne kino przyszło wreszcie do Dagmary. W ramach festiwalu „ZOOM – Zbliżenia” zagrali u nas „Zamkniętych w celuloidzie” i „Raj za daleko” – jak się okazało, jedne z lepszych filmów, jakie dane było mi dotychczas widzieć. Poszła też „Myjnia”, alem – głupia! – nie wiedziała jeszcze, że gra tam Jerzyk Połoński, no to nie poszłam. Wstyyyyyd…
I znowu odżyła we mnie ochota na swój, zupełnie własny, film…
27 lutego
– nauczycielka WOK-u (czyli wiedzy o kulturze – ntb. jedna z nielicznych fajnych nauczycielek, jakie w życiu spotkałam) organizowała wypad do Wrocławia do Opery Wrocławskiej i Muzeum Narodowego. Bez chwili zwłoki zapisałam się na to. I każdy, kto mnie zna, wie, że wcale nie dla przedstawienia w operze, a nawet nie dla wystawy w muzeum. Po prostu była to znakomita okazja do spotkania się z pewną cokolwiek istotną osobą, której nie widziałam przeszło pół roku – co nie zmienia faktu, że wizyta we wspomnianych placówkach kultury była przydatna. Chociażby po to, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że nie lubię baletu. A co do spotkania… udało się. Absolutnie.
15 marca
– no i stało się. Jeden z bliskich mi od wielu lat kabaretów (a i kierując się faktem, że prowadzę im forum, możnaby zażartować, że moi bezpośrednio przełożeni) zawitał do Jeleniej Dziury i to w dodatku na pełnoprawny, pełnowartościowy, biletowany występ. Rok wcześniej też mieli zajechać, ale jakoś nie wyszło (orgi przekierowali ich do Wrocławia). Może to i lepiej, bo chora byłam – a potem się okazało, że to nie byle przeziębionko, ino zapalenie zatok, a z taką dolegliwością przyjemność z występu byłaby mocno ograniczona. Wreszcie ja miałam przyjemność poznać ich osobiście, a i oni mieli – miejmy nadzieję – przyjemność wreszcie spotkać w realu pewną miłą osóbkę, pisującą do nich od kilku lat całkiem sympatyczne listy…
Wypad z udziałem Klaudii i Natalii. Ogółem chyba wszystkie byłyśmy po trosze zaskoczone, jacy to sympatyczni i pozytywnie zakręceni ludzie z tych Krakusów…
Długi weekend majowy (okolice 1-5 maja)
– okazjonalne zmiany klimatu służą i zasadniczo każdy może to potwierdzić. Tak więc i ja wybrałam się do rodziny w Sokółce na pięknym, ale piekielnie nudnym Podlasiu. Odmienne powietrze i kontakt ze zwierzyną domową sprowokowały mnie do pewnych działań, m.in. napisania do pewnej dawno nie widzianej osoby i stworzenia kolejnego zalążka scenariusza, którego mimo tego, że jest obiecujący, nigdy pewnie nie skończę. A i korzystając z faktu, że wujowstwo ma kablówkę, nadrobiłam sobie zaległości z TVN-u typu niektóre odcinki „Clevera”.
7 maja
– na czytanki do teatru po 1 stycznia biegałam nadal, z tym, że raczej rzadko były na tyle interesującymi wydarzeniami, coby je odnotowywać. Ta – „Ten Rom to nie żaden Rom, to pewno afgański terrorysta” – w sumie też nie, praktycznie raz się odezwałam, bo jakoś nie czułam tematu. A może dlatego, że w połowie przyszedł pan Andrzej Kępiński i koncentracja poszła do szatana. Ale za to udało mi się z nim po czytaniu chwilkę porozmawiać i zdobyć jego autograf. To też jest przyjemność, nawet większa niż gadanie na dyskusjach poczytankowych.
Dwukropek, duże „D”. Uśmiech. 😀
24 maja
– niektórzy mówią, że światem rządzi przypadek, inni – że przypadków nie ma i wszystko, co nas spotyka, jest gdzieś z góry ustawione. Ja po tym zdarzeniu totalnie straciłam pojęcie, która wersja jest prawdziwa. Bo cóż innego jak przypadek, zbieg sprzyjających okoliczności sprawiło, że tego dnia znalazłam się w Domu Kultury „Muflon” w Sobieszowie, gdzie (poza wystawą znalezisk archeologicznych, zaliczoną w oczekiwaniu) obejrzałam spektakl „Podróże dookoła pokoju stołowego”?
Spektakl mi się nie podobał od samego początku. W pierwszej chwili po było to stwierdzenie, że przejfajnowany i nie moje klimaty. Teraz, po wielokrotnym przemyśleniu, nazywam to kwintesencją tego wszystkiego, co mnie – za przeproszeniem – wkurwia w tzw. teatrze alternatywnym i co z lubością gnoję. Zasadniczo było to świrowanie głupa na scenie pod pretekstem jakichś niejasnych wyższych treści. Niejasnych, bo kto normalny odczytałby rzucanie kiełbasą albo wsadzanie głowy w wiadro jako metaforę neurotyzmu albo miłości?
No tak. Ale Szymon. Jakby młody Jachimek tam nie grał, to nie fatygowałabym się kawał drogi w deszczowy dzień na gówniany spektakl. Tym bardziej, że jak się okazało chłopak ma zadatki na świetnego aktora. A że po sztuczydle mogliśmy się spotkać na gruncie prywatnym… Miło jest poznawać nowych ludzi, a takich jak on to już w ogóle…
25 maja
– zbierałam się, zbierałam i się zebrałam. Razem z Natką wybrałyśmy się do teatru na „Podróż poślubną”. W sumie nie rozczarowałam się jakoś zbytnio, bo wprawdzie nie gustuję w spektaklach posażnych w krzyk, przekleństwa i ciutkę innych dosadności, ale ten… jakoś tak mnie ujął. Z różnych względów. Ale ogółem oglądać się dało i było nawet przyjemnie, co nie zmienia faktu, że do starych spektakli mu daleeeeko… No cóż. Jak się nie ma, co się lubi, to się próbuje tego, co zostało.
Ważniejsze było to, co potem. Taka mała wygłupo-misja, ale dzięki niej ktoś się ucieszył, a i my frajdę miałyśmy, bo kto inny wpadłby na taki pomysł, jak nie my?
14 czerwca
– znowu w teatrze. Tym razem samemu, na innym spektaklu („Okrutne i czułe”) i tylko dlatego, że po spektaklu była imprezka z okazji zakończenia sezonu. I zasadniczo tylko dlatego o tym wspominam – bo pierwszy raz brałam udział w tego typu zabawie.
26-28 czerwca (w porywach także 25)
– nie tylko fani szmirowatych, a promowanych przez telewizję seriali typu „M jak miłość” czy „Kryminalni” mogą mieć swoje zloty. Jak się okazuje, chcieć to móc, a odpowiednio wsparta fanowska inicjatywa może ulec realizacji ^^ Fani Kabaretu Skeczów Męczących mieli własny, dosyć liczebny zlot przy okazji Poligonów Kabaretowych w Kielcach, w którym i ja miałam przyjemność brać udział w towarzystwie zarówno ludków już mi wcześniej znanych z innych wypraw (Klaudia, Zgredzik), jak i paru, które osobiście poznałam dopiero na zlocie. Dużo się działo i miło było. A i przekonałam się, że nie wszystkie młode kabarety prezentują szajski poziom jakichś Babeczek z Rodzynkami albo bez i że jest parę takich, co rokują całkiem nieźle (swoją drogą jeden ze skeczy kabaretu Weźrzesz, stworzony na Poligony, zagrali później w Lidzbarku i zgarnęli nagrodę. I co wy na to?).
Btw. ciekawam bardzo, czy w tym roku uda się to powtórzyć w liczniejszym gronie?
2 lipca
– możnaby rzec, że bezpośrednia konsekwencja zlotu. Udział w charakterze widza w nagraniu programu „Mam talent” w Operze Wrocławskiej. Mimo spotkania z chłopakami z KSM-u po zakończeniu nagrania – traumatyczne przeżycie i masakiera. No i pierwsze wątpliwości, czy chłopcy niepotrzebnie nie rozmieniają się na drobne.
4 lipca
– za sprawą zaproszenia na 18-ste urodziny koleżanki miałam okazję brać udział w pierwszej w swoim życiu całonocnej imprezie. Na samym początku padło ostrzeżenie, że jeśli ktoś się narąbie do takiego stanu, że będzie „pawiował”, to będzie musiał potem sam to posprzątać – także zabawa przebiegła bez nieprzyjemności 🙂
7-20 lipca
– na warsztaty kabaretowe w Rynie jakoś się nie dostałam, ale ogólnie żalu nie było, bo Teatr Jeleniogórski w ramach ogólnopolskiej akcji „Lato w teatrze” zorganizował u siebie warsztaty teatralne, gdzie spędziłam dwa genialne tygodnie. Nawet bolesne uświadomienie sobie istnienia niektórych mięśni było niemal poezją – bo wreszcie robiłam coś, co mi się zajebiście podobało. I dowiedziałam się co nieco o sobie. Że mogę posiadać zdolności, o których posiadaniu przenigdy mi się nie śniło. Że mogę robić rzeczy niesamowite. No i poza słodkim ciężarem pracy zasmakowałam splendoru artysty – zdjęcia na Jelonka.com, wypowiedzi dla prasy lokalnej… Efekty – dwa spektakle na Dużej Scenie przy pełnej sali, masa nowych kolegów i koleżanek oraz poznanie osobiście ludzi, których dotychczas podziwiało się na scenie.
29 lipca – 6 sierpnia
– rodzice obiecali wyjazd nad morze i słowa dotrzymali. Razem z mamą (tata jak zwykle wolał pracować… Eh!) siedziałyśmy przez tydzień w Ustce nad pięknym polskim morzem. Przy okazji 30 lipca w rozstawionym na usteckiej plaży namiocie Żywca grała Neo-Nówka – co za szczęście! Od czasu zmiany personalnej w ich składzie i od czasu, gdy zaczęłam Radka (przynajmniej częściowo) akceptować, masakrycznie bardzo chciałam ich zobaczyć w nowym składzie na żywo. W każdym bądź razie występ Neo-Nówki okazał się być jednym z jaśniejszych punktów wyjazdu. No cóż, nie bez powodu są jednym z moich ulubionych kabaretów…
Poza tym w ciągu całego pobytu miałam przyjemność wleźć na latarnię, popłynąć statkiem na miarę prawdziwej pirackiej łajby, odwiedzić Winiarnię Piwniczną i zwyczajnie nałazić się po tym pięknym kurorcie…
17 sierpnia
– jak się już uprę na jakiś film, to nie ma mocnych. Raczona wielokrotnie opowieściami o produkcji „W stepie szerokim” i jej znakomitym poziomie, czatowałam na okazję, coby obejrzeć i samemu sprawdzić prawdziwość owych szczebiotów. Nadarzyła się akurat tego dnia, albowiem organizatorzy festiwalu w Lubomierzu pokusili się o pokaz. Wprawdzie byłam jedyną osobą, która obejrzała film w całości, ale za to zyskałam sobie kolejną perłę na liście ulubionych filmów offowych. I znowu naszła mnie chrapka na własny film.
20 września
– to była istna kabaretowa biba, na którą szykowałyśmy się (my, czyli ja, Natalia, Klaudia i jej spółka) od ponad miesiąca – jubileusz jeleniogórskiego kabaretu Paka. Kusiły nazwiska artystów i nazwy grup kabaretowych: Artur Andrus, Jacek Ziobro (niby tutejszy, ale wcale tak często u nas nie gra :|), Kabaret Pod Wyrwigroszem, Ani Mru Mru, Neo-Nówka, Paranienormalni. Udało nam się wystać przeszło 5 godzin w chłodzie i hołocie, aczkolwiek tylko dzięki owocnym wysiłkom artystów celem rozśmieszenia nas. Nie wszystkim to wychodziło wprawdzie (co za cymbał zaprosił Teatr Cinema?), ale inni za nich nadrabiali po dwakroć niekiedy.
A i znowu kilka dni wcześniej wpadłyśmy na pomysł małej misji, którą zresztą za kulisami wykonałyśmy. Bycie fanem w końcu zobowiązuje!
27 września
– znów wizyta ambitnego kina w Jeleniej. W ramach BAREJAdy razem z Natalią obejrzałyśmy film Michała Paszczyka „Porodówka” (przyszłyśmy na kilkugodzinny pokaz filmów konkursowych tylko na tą produkcję ^^). Po raz trzeci w ciągu tego roku naszła mnie potężna chęć na nakręcenie własnego filmu.
A. I po obejrzeniu „Porodówki” patrzę bardzo przychylnym okiem na Bartka Kasprzykowskiego.
1 grudnia
– od 4 lat prowadzę bloga, na którym właśnie siedzicie. Jak na środowiskowe warunki to rekord.
8 grudnia
– często się zdarza, że z Natalią ustalamy różne wyjścia i wypady „na wariata”, ale tak pokręconego wypadu wcześniej chyba nigdy nie miałyśmy. Ot, uroki występów teoretycznie zamkniętych i niezdecydowanych organizatorów. Tak czy siak wyjście wypaliło i zaowocowało świetną zabawą przy (i w – patrz „Romeo i Julia”) skeczach Kabaretu Młodych Panów… 🙂
27, 30 grudnia
– tradycyjnie na koniec roku teatr serwuje tańsze bilety na kilka ostatnich spektakli. W zeszłym roku sama tym sposobem zaliczyłam „Śmierć Człowieka-Wiewiórki” i klapę zwaną „Klątwą”. Tym razem z Natalią zabrałyśmy się kolejno na „Podróż poślubną” oraz… „Śmierć Człowieka-Wiewiórki” 😀 Oba spektakle oglądane drugi raz, ale inaczej, bo w obu przypadkach z różną od „pierwszego razu” obsadą. Ciekawe doświadczenie.
31 grudnia
– jeśli poznawać by rok – jak mężczyznę według jednego z politykierów – nie po tym, jak się zaczyna, ale po tym, jak kończy, to musiałabym napisać, że był zajebisty 😀 W każdym bądź razie po raz pierwszy od dawien dawna trafiła mi się okazja pobalowania w Sylwestra poza domem, a w dodatku propozycja wyszła od mojej Natalii 🙂 Szampańska zabawa zakończyła się dopiero za kwadrans szósta rano i zaowocowała wieloma nienormalnymi pomysłami, z których spora część – dzięki bogom – wyparowała przez kilka godzin snu 😀 Cała reszta została spisana lub nagrana, więc kto wie – może będą jakieś bardzo twórcze echa… Nie ma to jak pożegnać stary rok, czyniąc najgłupsze z głupotek!
Uffff. I to będzie zasadniczo koniec. Trochę się działo. Dużo trochę albo mało trochę, to już kwestia punktu widzenia. Na pewno w ciągu 365 dni z nadwyżką jednej sekundy sporo się pozmieniało. Jak zawsze. Chciałoby się rzec – co roku.
Niektórzy próbują przy okazji takich podsumowań dojść, czy miniony rok był lepszy czy gorszy od poprzedniego. Trochę to bez sensu. W zależności od tego, jakie względy bierzemy pod uwagę, taki wynik uzyskujemy, a po zebraniu tych wszystkich wyników do kupy wychodzi rachunek sprzeczny. Tak więc wybrnijmy ze sprawy filoficznie – ten rok był na pewno inny.
O. 🙂