Wyrwigroszowy Noworocznik

Małżeństwo Rybarskich z klasą godną mistrzów ceremonii (mimo faktu, że starali się ze wszystkich sił sparodiować typowych gospodarzy wszelakich gal) wprowadziło widzów w przegląd najważniejszych wydarzeń roku. Showmanem okrzyknięto oczywiście enfant terrible polskiej sceny politycznej – Janusza Palikota („Kota z nałogami to ja nie chcę!” – pamiętaju?), kolejką roku – kolejkę przed przejściem granicznym w Dorohusku, wycieczką roku – wyprawa premiera Tuska do Ameryki Południowej, imprezą roku – olimpiadę w Pekinie, wiadomością – awarię rządowego samolotu, czymś dziwnym – niejaką panię Isis Gee (kto jeszcze pamięta, że ktoś taki w ogóle istniał?), wydarzeniem sportowym – korupcję w polskim sporcie, a internautą – prezydenta (?!?). A wszystko to okraszone rodzajowymi scenkami z życia zwykłych ludzi (czyli rodziny Kresowiaków, of course) tudzież relacjami świadków zdarzeń. I na puentę pierwszej części – piosenka o naszym roku (rocku?) znana już z pojedynku z Łowcami, ino nieco przerobioną na okazję Nowe Roku.

No i cóż tu się dłużej rozwodzić, czysty wyrwigroszowy humor w najsmaczniejszym wydaniu, jak za czasów mojej kabaretowej młodości. Po raz pierwszy widzieliśmy rodzinkę z Kresów w jej środowisku naturalnym – czytaj w ich chałupce za Bugiem lub w swoim obejściu – i to był chyba najsympatyczniejszy element całości. Za to najśmieszniejszym niewątpliwie była reprezentantka Polski w przyszłorocznym konkursie Eurowizji w wykonaniu… Maurycego Polaskiego. Szkoda tylko wielka, że to na części dzielone i na następną trzeba czekać.

A z tym panem celnikiem to ja i do Timbuktu bym pojechała. Ale to nic, nie słuchajcie. To tylko taki schizek jeszcze z początków mojego „wyrwigroszowania”…

 

 

Z cyklu Wesołe słowo końcowe:

„Potrzebna nam ta Isis jak zęby w dupie!”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *