Skubaniec

Poświęciłam się. Przyleciawszy do domu, od razu siadłam w kuchni przed telewizorem (mój z powodu wymiany okien i tymczasowego odpięcia kabla od anteny słabo odbiera), by stracić coś koło godziny życia na Scenę Faktu. Przesiedziałam grzecznie, znosząc całe „dobrodziejstwo” inwentarza – gównianą realizację, zgodny z polityką kaczej TVP scenariusz, podkład muzyczny powodujący zwrot treści żołądkowej i żałosną, czarno-białą konstrukcję postaci (btw. – coś, co ma tytuł „Wrocławska Golgota”, a opowiada o przygodach Esbecji i jej niekoniecznie dobrowolnych klientów, z założenia nie może być dobre). A wszystko to dla kilkunastosekundowego epizodu człowieka z miejscowego teatru nazwiskiem Robert Mania… No, czego się nie robi. Specyficzna forma lokalnego patriotyzmu bierze górę.

Ładnie wypadł. Ze wściekłą do bólu miną wyskubywał obcążkami paznokcie Adamowi Ferencemu, który delikatnie mówiąc nie był tym zachwycony. A potem wyszedł z kolegami na papieroska po robótce. O i tyle roli. Dużo, ne?…

Swoją drogą, mam tzw. dylemata. Bo z jednej strony szkoda, że taki zdolniacha w (khem, khem) produkcji telewizyjnej jest ledwie wyrywaczem paznokci, a drugiej dobrze, że za bardzo się nie wytytłał w takim gnoju. Ok, wiem, nie jest (jeszcze) na etapie przebierania w rolach. Ale trochę to mierzi, jak taki zdolny młodziak wpada w artystyczne szambko (toż Scena Faktu gorsza jak „Barwy Szczęścia”). Chociaż zawsze może to być coś na kształt szansy na coś lepszego w przyszłości. Ech, marzenia. Znając obecną sytuację polskiej kinematografii jako ogółu, to marzenia ściętej głowy. A i na teatr mimo wszystko też bym nie liczyła. Tym bardziej, że od roku mam wrażenie, że ciągle grają tam jeden i ten sam spektakl. Tyle, że w odcinkach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *