Zastanawiam się, dlaczego kiedy los daje mi jedną szansę, gdy inni mają ich sto, potem nie pozwala mi jej wziąć albo zgarnia mi ją sprzed nosa. Czuję się trochę jak kruki z Tower of London. Niby mają skrzydła, ale nie mogą odlecieć. Mają tylko złudzenie, że mogą latać.
Jakbym była gorsza, słabsza, głupsza. A przecież nie jestem. Natura dała mi trochę talentów i nie ma co przez fałszywą skromność udawać, że tak nie jest. Trzeba znać swoją wartość, żeby się nie zdewaluować. Tylko coraz mniej mam siły, żeby tą wartość udowadniać. I coraz mniej uporu, żeby samemu szukać możliwości, by móc rozwinąć skrzydła. Bo w to, że dostanę takowe, powoli przestaję wierzyć. Rozdział szans nie należy do rzeczy, w których panuje równość. Wprawdzie rozpychanie się łokciami, żeby cokolwiek otrzymać, było mi przez niemal całe życie rzeczą obcą, ale w ostatnich latach zaczęłam nabierać przekonania, że też tak muszę zacząć.
„Trzeba dać szansę innym”. Ale dlaczego, skoro mi nikt nie chce jej dać?
„
Ella, elle l’a.
Ce je n’sais quoi
que d’autres n’ont pas,
qui nous met dans un drôle d’état.
Ella, elle l’a.
Ella, elle l’a.
Elle a, cette drôle de voix.
Elle a, cette drôle de joie.
Ce don du ciel qui la rend belle…”