No co ja mogę?

Tak sobie doszłam do wniosku, że ze mną to wcale jeszcze nie jest tak źle. I się tak zaczęłam zastanawiać, czy to dlatego, że mniejszych lub większych porażek jednak staram się na dłuższą metę nie brać do siebie. Bo gdybym przeżywała tak wszystko, co mnie nieciekawego spotyka, to – jak podejrzewam – nie dożyłabym 18. urodzin.

Dlaczego niepokoją mnie ludzie, którzy potrafią takie rzeczy rozpamiętywać cholernie długo. W sumie to mi ich trochę szkoda nawet… Latami zbierają do siebie, do „środka” ten cały syf, cały żal, złość (żeby nie nazwać tego furią…) i inny taki emocjonalny badziew, żeby później zeżarł ich – również od środka – w trybie pilnym tudzież natychmiastowym. Nie, żebym coś… w końcu w każdym siedzi mały cholerny egocentryk (a czasem nawet egoista – wbrew pozorom to ma ze sobą dużo wspólnego) i jak dla mnie to jest całkiem zdrowe, no ale bez popadania w dekadencję… Bo jaki tak właściwie jest z tego pożytek, co? Tylko się pochorować można solidnie, jak nie na ciele (żeby nie było – ja coś o tym wiem), to na umyśle. I się zastanawiam, czy lepiej mieć jakieś fizjologiczne problemy na tle neurastenicznym, czy żyć w totalnym otępieniu, tak na 1/4. I chyba wolę jednak to moje zapalenie żołądka, które i tak już się uspokoiło (czyżby, Dagson? A przed wystawieniem ocen na semestr to pewnie cię głowa bolała, co?…).

Dobra, wiem, że ładniej mówiąc piszę nieskładnie, a mniej ładnie mówiąc pieprzę od rzeczy. Ale co poradzę. Próbuję znaleźć wytłumaczenie dla pewnych zjawisk, których jestem tak jakby pośrednim świadkiem…

Ta. I najgorsze jest poczucie totalnej bezradności. Widzę, co się wyrabia (zresztą już od dawna… tak z pół roku…), coś się we mnie buntuje, chcę coś zrobić, jakoś to odkręcić, ale cóż z tego? Mogę nadal tylko patrzeć. Jeśli pomogę, to tylko lekko to złagodzę. Nie zaradzę stuprocentowo. Po prostu nie mogę. To jest najzwyczajniej w świecie niemożliwe.

W takich momentach żałuję, że nie jestem jakąś magical girl z japońskiej anime, które z takim upodobaniem oglądam. Jakąś Czarodziejką z dowolnej planety (preferuję Plutona…), Cutey Honey (to bym dopiero się z tym wszystkim rozprawiła!), Creamy Mami, od biedy Sally Czarownicą. One raczej nie miały takich problemów… a jeśli nawet, to wiedziały, jak się ich skutecznie pozbyć. W końcu miały tą moc, nie?…

Ciekawe, czy gdybym nie była sobą, a osobą stojącą obok, niewtajemniczoną, nie stwierdziłabym, że to… cokolwiek dziwne. Ile razy my się widzieliśmy? Dwa? W porywach do trzech, jeżeli minięcie się na ulicy można uznać za trzeci raz? Ile tak naprawdę o sobie wiemy? Czyżby tyle, ile jedno wyczyta, czytając blog drugiego?… A zresztą, czy my w ogóle musimy o sobie wiedzieć coś więcej? Niech sobie inni stwierdzają, co chcą. Cieszę się z tego, że się znamy. Bo warto znać mądrych ludzi. Nawet na odległość stu kilku kilometrów. Nawet, jeśli na tą relację nie ma sensownego określenia. Skoro nie ma, to znaczy, że najwidoczniej wcale nie potrzeba jej określać.

Na pewno jedną cechę mamy wspólną – emocjonalny ekshibicjonizm okazywany na naszych blogach. Ale komu to przeszkadza… A jeśli ma pomóc…

Jedna myśl na temat “No co ja mogę?”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *