Przeklęta „Klątwa”

Tak więc dzisiaj w ramach karnetu byłam na „Klątwie”. I cóż… nie napiszę na ten temat nazbyt długiego tekstu, bo zasadniczo nie ma o czym. Spektakl faktycznie nieudany. Zimny i odczłowieczony. I aktorstwo takie sobie. Tylko Andrzej Kępiński w miarę dawał sobie radę, chociaż wiem, że potrafi lepiej. Przemęczone w 13 rzędzie dwie godziny. Ale cóż, przynajmniej mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie warto iść na „Klątwę”. No, chyba że dla pewnego szczegółu… Na początku spektaklu z tyłu zaciemnionej jeszcze sceny widać wielki ekran, a na nim obraz z kamery filmującej scenę od strony aktorów. Gdy światło się rozjaśnia, widzimy pana Kępińskiego ustawiającego kamerę. Bez koszuli, bez spodni, bez butów, w samej bieliźnie, a strój księdza składający się ze spodni, sutanny i butów zakłada przy widzach. (P.S.Dagmara w tym momencie dostaje krwotoku z nosa. Żart xD Nie mam aż takich skoków ciśnienia nawet na taki widok ani aż tak słabych naczynek w nosie. Ale i tak było gorąco, bo było na co popatrzeć.) Jedyny pozytyw całej „Klątwy”. Bo fabuła wygląda tak: jest wiocha, jest ksiądz, który trzęsie tą wiochą, jest klątwa, o której wieśniacy chrzanią po kątach i jest stos drewna na księżowym ugorze, który chcą spalić, by odegnać tą klątwę. Potem przyjeżdża mama księdza, okazuje się, że ta klątwa to przez to, że proboszcz ma dwoje dzieci z gosposią. Matka się zszokowała, potem syn ją odprowadził do miasta, bo chciała wracać do siebie. W międzyczasie gosposia ubrała się w suknię ślubną, zabrała dzieciaki i poszła z nimi na stos, gdzie je spaliła, a sama ganiała po polu i straszyła, że spali wieś. Wieśniacy późno ją zauważyli, bo najpierw chlali na zabawie (Piotr Konieczyński i Małgorzata Osiej-Gadzina ze swoim chwiejnym tańcem pewnie w przyszłym sezonie trafią na Broadway ;D), a potem się zagapili wraz z przybyłym księdzem na trzy gołąbki, które ponoć wyleciały z płonącego stosu. Potem biednemu klerykowi odbiło, bo ni to wył, ni się brechtał, a gosposia przyleciała do nich, wymachiwała zapalniczką, a potem zniczem i nadal groziła podpaleniem. To się wkurzyli i zatłukli ją w obronie własnej. Strasznie skomplikowane, nie?… To po co dorabiać do tego Bóg wie jaką, zwierszowaną filozofię?… A Kępińskiego można rozbierać w inscenizacjach ciekawszych sztuk niż ta…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *