Fajnie się zaczął ten tydzień przedświąteczny. Skoro na samo wejście mam dosyć, to naprawdę jest nieźle. Za wyjątkiem świrującego kompa, bo on ma to już od tygodnia. Pewnie trojan mi wlazł, bo nie mogę tapety zmienić, a i pasek zadań wariuje. Co za szczęście. Niesamowite po prostu.
No jeszcze poza tym będą mnie męczyć z matmy, bo sytuacja niejasna. Żeby mi chociaż coś do głowy wchodziło. Prawie nic. Znowu biorę korki u Aśki. Matematyk okazał się być mi życzliwy i mogę się z nim umówić na zajęcia pozalekcyjne. Tylko żebym ja potrafiła mu wskazać, czego nie rozumiem, to by było pięknie.
Planowany wyjazd na kabareton do Wrocławia szlag trafił, bo zmienili datę z 18 na 20.12, a w czwartek za cholerę nie dam rady. Dziewczyny jadą same. W dodatku z kimś na moim miejscu. Proszę bardzo. Bawcie się dobrze. Bez ironii. Szkoda tylko, że żadna nie pomyśli, że to nie moja wina, że plan zmienił się na niekorzyść. I nie zdaje sobie sprawy, jak mi jest przykro. Tym bardziej, że być może spotkałabym się z Szyszkiem. I z chłopakami.
W czwartek sprawdzian z chemii. Nie chce mi się ani trochę pisać.
W piątek kiermasz ciast. Wszystko musimy na swoje stoisko zorganizować sami, bo wychowawczyni znowu na zwolnieniu (ciekawe, który to już raz w tym roku). Zawsze jak ktoś jest potrzebny, to tego kogoś nie ma. Liczę tylko na to, że chociaż na klasę można liczyć i coś z tego wyjdzie. Bo pomysł mieli fajny.
Poza tym Dyrektorka zapragnęła jakieś zabawy noworocznej czy tam karnawałowej dla dzieci pracowników czy dzieci z TPD. A ja nie chcę nic organizować, bo co ja jestem, Caritas? A może babysitter? W szczególności, że nie znoszę użerania się z cudzymi bachorami. Ja przyszłam chyba do liceum, a nie do przedszkola?… No, tylko oczywiście pani dyr. za odmowę realizacji jej propozycji będzie gotowa cichaczem wywalić mnie z samorządu… Poza moją mamą już dwie życzliwsze mi nauczycielki subtelnie dały mi do zrozumienia, że lepiej będzie się podlizać i zrobić tą zabawę. Ta kobieta mnie dobija. Chce naszych inicjatyw w planie działalności, ale tylko wtedy, gdy będą one jej pasować. No comments po prostu… ludzie.
Do bani, do bani, do bani. Liczę, że chociaż w środę na kolejnej otwartej próbie czytanej będę się dobrze bawić. Po plakacie wnioskuję, że może być znowu coś lżejszego i przyjemnego, jak w zeszłym miesiącu. Z całego ładnie zaplanowanego tygodnia tylko ta rozrywka mi się ostała. No poza kiermaszem, ale po dzisiejszym już wiem, że nie ma pewności czy się uda, chociaż bym chciała.
I w dodatku robię się zazdrosna o faceta, który już dawno „mój ci on” nie jest. Dlatego, że powiedział komplement koleżance, a nie mnie.
Słowo daję, kicha, nie życie. Nawet ja dostaję świra.