Hamlet, słowa, słowa

Skończyły się studia reżyserskie, to i skończyły się preteksty do regularnych, codwutygodniowych wizyt w Warszawie. Od jesieni tkwiłam w Jeleniej uwiązana trzema czwartymi całkiem niebranżowego etatu, gdzie ciułałam swój pierwszy milion na przeprowadzkę do stolicy, bo tam perspektywy zawodowe jawiły mi się mimo wszystko w lepszych barwach. Ale wiadomo, nie tylko o to chodziło. Człowiek jednak przez te dwa lata zjazdów przywykł do ludzi i miejscówek. Przywiązał się nawet. Dlatego po ponad pół roku nieobecności w Warszawie (nie licząc jednodniowej wizyty w październiku, by nagrać Aralkę w „Dragon Ballu Super”) postanowiłam zorganizować sobie w lutym całkiem wolny weekend, coby spotkać się z paroma osobami i odwiedzić kilka miejsc. Również teatrów. Uczciwe i po równo. W sobotę Narodowy, gdzie po raz drugi (po ponad dwóch latach) zobaczyłam „Kordiana” – nadal zachwycającego pomysłem, jego realizacją, pracą niemal całego zespołu aktorskiego tej placówki i Marcinem Hycnarem w roli nadal mojego ulubionego Kordiana. W niedzielę zaś świeżynka z Teatru Dramatycznego – „Hamlet”.

W poprzednim sezonie teatralnym w Warszawie mieliśmy chyba jakąś modę na inscenizacje dramatów Szekspira. Wspominane placówki zrealizowały po jednej – Narodowy „Burzę”, zaś Dramatyczny „Sen nocy letniej”. Nie wierzę recenzjom ni opiniom osób niezaufanych, ale krąży fama, że żadna się nie udała. Tym większe nadzieje pokładałam w „Hamlecie”. Z jednej strony reżyseruje Tadeusz Bradecki, którego „Sługi dwóch panów” w Dramatycznym wprawdzie jeszcze nie widziałam, ale pamiętałam z telewizyjnego nagrania jego wersję „Miarki za miarkę” z krakowskiego Starego Teatru, która – mimo braku jaskrawego nowatorstwa czy innych fajerwerków – całkiem przypadła mi do gustu. Z drugiej role Hamleta i Horacja przypadły Krzysztofowi Szczepaniakowi i Mateuszowi Weberowi. Czytaj mojemu ulubionemu młodocianemu duetowi aktorskiemu w Teatrze Dramatycznym. Niewątpliwie utalentowanemu, choć mam wrażenie, że do tej pory wykorzystywanemu dość połowicznie, dosłownie i w przenośni. Teraz nadarzała się potencjalna okazja, żeby to nieco zmienić.
Wybierałam się więc do Pałacu Kultury pełna nadziei, pomimo nie najlepszych ocen, jakie ta realizacja zdążyła już gdzieniegdzie zebrać.

I kurczę. Jednak nie wszystko zagrało jak trzeba.

To nie jest najgorsza inscenizacja. Nie znajdziecie tam bezsensownych wrzasków, wulgarnej golizny, szatkowania oryginalnego tekstu na wióry, kwadratowych współczesnych wtrąceń ani innych ciężkich teatralnych przestępstw. Tu wszystko zdaje się być zrobione na zasadzie „Nie przeszkadzaj Szekspirowi, to obroni się sam”. No i super, niby się broni. Nawet, jeśli z jakiegoś nieznanego mi powodu nie skorzystano z mojego ukochanego tłumaczenia Stanisława Barańczaka. Ale nie można przy tym nie zauważyć całej kawalkady grzechów i grzeszków z koronnym na czele: kompletnym brakiem konkretnego pomysłu na całość. Opis na stronie próbuje coś mówić o „Hamlecie” jako o historii o nieustającej spirali zła, toczącej się zawsze w cieniu nadciągającej wojny. Dość mętna to interpretacja, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ze sceny w zasadzie się o tym nie dowiemy. Bo coś tam przebąkują o wojskach i o Fortynbrasie zapierdzielającym na Polskę? Nie jest to wielki wyczyn: te motywy zwyczajnie są w tekście. Kwestia zderzenia się Hamleta ze zbrodnią (czyli, jakby nie patrzeć, złem) i jej wszystkimi konsekwencjami też nie jest żadnym szczególnym kluczem, bo – uwaga, niespodzianka – ta sztuka o tym jest i wie to chyba każdy. Oczywiście, że można kolejny raz opowiedzieć ze sceny znaną już historię w sposób podobny poprzednikom, tylko po co? Nie jest dobrze wykręcać Szekspira o sto osiemdziesiąt stopni z jakichś nieuzasadnionych artystycznie pobudek, ale równie źle jest rzucać go tak sobie w stanie surowym. Z kolei prób interpretacji całości pod kątem więzi rodzinnych i ich rozpadu nie ułatwia wyraźne spłycenie relacji między bohaterami. Nie dowiemy się, co Gertruda takiego zobaczyła we własnym szwagrze, że aż mimo trwającej żałoby zdecydowała się go poślubić. Nie wychwycimy, czy Klaudiusz naprawdę dobrze życzył Hamletowi czy ordynarnie łgał, dla spokojności swojej świeżo poślubionej partnerki. Nie zorientujemy się, czy Poloniusza i jego dzieci łączyło cokolwiek ponad więzy krwi. I wreszcie nie będziemy mieli pewności, jak silna była przyjaźń Hamleta i Horacja (w użytej wersji tłumaczenia nazywanego Horacym, ja jednak uparcie będę się trzymała tej formy). Bradecki nie daje nam na to wszystko żadnej szansy, polegając tylko na łysej literze dramatu. A może i mając jakiś pomysł, ale na tyle wątły, że nie mogący nijak się przebić? Ogólnie nie sposób jest dojść, co reżyser miał na myśli, bo nawet nie wiadomo, jak tę inscenizację ugryźć.

Strona plastyczna „Hamleta” też w tym nie pomaga. Naturalistyczne niemal przedstawienia plenerów (z ziemią dla grabarzy włącznie) przekładane są umownymi scenografiami wnętrz. Kostiumy mieszają elementy z różnych epok. Hamlet, Laertes czy Poloniusz są zupełnie współcześni ze swoimi koszulami, golfikami, płaszczykami i garniturami, Horacjo jest wiktoriańskim lokajem, Ofelii doczepiono wysoki kołnierz do koszulki nocnej, Gertruda zwiała z dworu Elżbiety I, Klaudiusz gwizdnął marynarkę Freddiemu Mercury’emu albo komuś jego pokroju, a Fortynbras przypomina brytyjskiego żołnierza z czasów I wojny światowej, który się rozpił. Takie podkreślenie uniwersalności historii, jej „ponadczasowości”, jak to określono w opisie inscenizacji? W „Opowieści zimowej” w Narodowym jakoś lepiej to wyszło. Może dlatego, że tam znaleziono na ten wesoły chaos odpowiednie wytłumaczenie. Tutaj mi tego bardzo zabrakło.

To i wszystkie dalsze zdjęcia autorstwa Katarzyny Chmury, pożyczone ze strony teatru.

Nie umiem ukryć wrażenia, że jeżeli są w „Hamlecie” jakieś bardziej wyraziste rzeczy w kontekście bohaterów, ich charakterów i relacji, to zawdzięczamy je bardziej aktorom niż reżyserowi. I dotyczy to tak elementów pozytywnych, jak i negatywnych. Może od tych ostatnich zacznę, bo zdecydowanie najbardziej mnie bolą, kładąc się przykrym cieniem na i tak już kulejącej dość inscenizacji. Reprezentanci najmłodszego pokolenia aktorów w zespole Dramatycznego, świeże nabytki tegoż, Martyna Byczkowska jako Ofelia i Kamil Szklany w roli Laertesa, są takimi dwoma największymi minusami całej obsady „Hamleta”. Nawet nie chodzi o interpretacje postaci, bo takowych trudno było mi się doszukać pod pierwszym, złym wrażeniem wywołanym podstawowymi problemami warsztatowymi, z którymi ta dwójka się boryka. Byczkowska nie sprawia wrażenia aktorki zawodowej. Nie najlepsza emisja głosu, niezbyt kontrolowana praca ciałem z częstym wrażeniem „prywatności” ruchów, monotonny sposób mówienia używany niezależnie od sytuacji. To ostatnie zgrzyta najmocniej, bo przecież Ofelia jest postacią z wieloma stanami emocjonalnymi, niewiele mniej ich ma od Hamleta… A tu nic. Nieważne, czy zakochana, załamana czy chora psychicznie – w wykonaniu Byczkowskiej zawsze jest dokładnie taka sama. Z kolei Szklany teoretycznie ma warsztat, ale… Jest niebywale sztuczny we wszystkim, co mówi i robi. Nawet, gdy płacze nad śmiercią swojej scenicznej siostry, to fałszywie i przeszarżowanie. Co gorsza, na moim przedstawieniu miał kilka momentów, w których najzwyczajniej w świecie nie byłam w stanie zrozumieć, co mówi. „Faflunienie”, jakiego chyba nie słyszałam w teatrze nigdy. Ot, dykcyjnie leżał i kwiczał. Trudno jest uwierzyć w jakąkolwiek konstrukcję psychologiczną bohaterów, gdy odtwórcy ich ról mają problemy z rzeczami, które aktorów jednego z ważniejszych teatrów w stolicy nie powinny dotyczyć. Niestety każdy, kto zna historię duńskiego księcia, wie, że Ofelia i Laertes są ważnymi postaciami, a ich zepsucie zawsze wpływa źle na całość adaptacji. Dlatego po raz pierwszy w historii mojego biegania do teatrów z pełnym przekonaniem twierdzę, że w inscenizacji Dramatycznego tutaj aktorzy niestety są do wymiany.

Sporo dalszoplanowych ról w „Hamlecie” jest ogarniętych przez reżysera trochę po linii najmniejszego oporu. Weź ludzi o umiejętnościach aktorskich od poprawnych do dobrych, każ im grać „po swojemu”, tymi wszystkimi chwytami, których używają zazwyczaj i niech się bawią. Owszem, jest to jakaś metoda, ale czy dla stałego bywalca warszawskich teatrów nie za nudna? I czy czasem nie pozbawiona szacunku, tak dla widzów, jak i dla aktorów? Wszak zakłada się tutaj, że z tymi, którzy grają mniej ikoniczne postacie szekspirowskiego dramatu, nie warto podłubać przy roli, poeksperymentować, zrobić czegoś innego niż zwykle. A ci, którzy siedzą po stronie widowni, przyjmą wszystko i nie zauważą powtarzalności. Obawiam się, że w praktyce to tak nie działa. Z jednej strony jest coś bezpiecznego w świadomości, że aktorsko to nie spadnie poniżej pewnego poziomu, ale z drugiej to bezpieczeństwo jednak wynika z lenistwa reżysera. I o ile w wypadku Piotrów – Siwkiewicza (Ojciec Hamleta) i Bulcewicza (Rosencrantz) – jest mi to raczej obojętne, o tyle przy Henryku Niebudku robi się troszkę żal, a w kontekście Zbigniewa Dziducha oraz Kamila Siegmunda (którego też ten problem dotknął, choć nie w całości, o czym za chwil parę) to zaczyna po prostu boleć. Tym bardziej, że ostatniej trójce powierzono szereg różnych ról, po kilka na każdego, więc naprawdę byłoby się jak i czym pobawić. No i jeszcze Modest Ruciński w roli Fontynbrasa, który – podejrzewam, że w pewnej części również z powodu podejścia reżysera – koniec końców nie przekonał mnie, zrażając nadmierną manierą.

Szczęśliwie są i tacy w dalszych sceny planach, którym udało się mniej lub bardziej uratować w tej niezbyt przychylnej im sytuacji. Michał Klawiter jako Guildenstern wyraźnie zaznacza swoją obecność w obsadzie, budząc sympatię trochę wbrew literze dramatu. Ogólnie sporo wyciska z takiego „ogonka” – podejrzewam, że więcej, niż Szklany ze swojego Laertesa. Pomyśleć, ile mogłoby w tej inscenizacji poprawić zamienienie ich rolami… Z kolei Adam Ferency swoje postacie zamienia w złoto. Zwłaszcza Grabarza. Acz tutaj chyba trudno się dziwić, bo pan Ferency właśnie takim typem aktora jest, że potrafi błyszczeć nawet w epizodzie. Czasem tak, że powierzenie mu roli „zaledwie” dalszoplanowej wydaje się jakimś sporym zuchwalstwem. Z drugiej strony pośród granych przez niego bohaterów są Pierwszy Aktor i bardziej rozgarnięty z Grabarzy, czyli persony z gatunku tych bardziej charakterystycznych oraz mających pewien wpływ na akcję, więc to nie działa do końca na takiej zasadzie, że „ociebaton, powaliło tego reżysera do reszty, Ferencemu ogony daje”.

Honorową wzmiankę w formie osobnego akapitu należy tu poświęcić panu, którego obecność w „Hamlecie” była dla mnie trochę bardziej szczególna, niż miało to miejsce w wypadku całej reszty obsady. Ze względów niekoniecznie mających coś wspólnego z samą inscenizacją. Wspominałam już wcześniej – w zawoalowany sposób przy „Kinky Boots” i recenzowanej z grubym opóźnieniem „Opowieści zimowej”, bardziej bezpośrednio przy „Ślubie” – jaką specyficzną zmianę perspektywy funduje zrobienie własnego filmu z udziałem aktorów, których oglądasz na scenie. Zarówno przed właściwą realizacją takiej produkcji, czyli na etapie przygotowań, jak i po. „Hamlet” po raz kolejny uświadomił mi ten stan rzeczy, bo… Tak. Wśród występujących był jeden z moich aktorów. Przy tej okazji wypadałoby ujawnić światu, któż to taki, chociaż dla mniej lub bardziej wtajemniczonych cała moja obsada jest już od pewnego czasu tajemnicą poliszynela. Poznajcie Kamila Siegmunda. Tego samego, który prawie cztery lata temu zachwycił mnie komediowym zacięciem w „Exterminatorze” – co zresztą zadecydowało później o wybraniu go do roli w moim filmie. I to właśnie o nim była mowa w tekście o „Kinky Boots”, gdy stwierdziłam, że zobaczenie jednego z moich aktorów na obcasach jest pokusą zbyt wielką, żebym mogła sobie jej odmówić.
W „Hamlecie” trzeba Kamilowi oddać honor – choć z Marcellusem wiele się zrobić nie da, w tej roli trzyma fason, zaś w pozostałych ulega dobrym wpływom partnerującego mu pana Ferencego, czerpiąc z doświadczeń starszego kolegi po fachu. Jako Drugi Grabarz potrafi być autentycznie zabawny, zaś grając Aktora-Królową nie szarżuje – a uwierzcie mi, tę postać z racji jej mocnego niedopasowana do współczesności nie jest trudno przerysować i tym samym koncertowo spieprzyć.

A co z resztą ważniejszych bohaterów? Z ulgą przyznaję, że tutaj drastycznie złe rzeczy zaczynają się i kończą na Ofelii i Laertesie. Grający ich ojca Poloniusza Mariusz Wojciechowski – jakby przewrotnie – jest bardzo naturalny, dzięki czemu ma dużo momentów chwały, również humorystycznych. W ogóle ta inscenizacja zawiera sporo tak zwanych „śmieszków” jak na ten dramat, ale przyczynę tego widzę bardziej w udanej interpretacji tekstu w wykonaniu aktorów niż w koncepcji reżysera czy zmyślności nowego tłumaczenia. Anna Moskal jako Gertruda jest niezła w pierwszej połowie – choć nie rewelacyjna – ale w drugiej rozwija skrzydła. Mocno wypada w scenie zabójstwa Poloniusza, gdy wreszcie czuć od niej matkę, a nie tylko królową czy kochankę. Szczęśliwie reżyser wybrał opcję, że Gertruda nic nie wiedziała o morderstwie, jakiego dokonano na jej pierwszym mężu i zarazem ojcu Hamleta, dzięki czemu aktorka miała w czym rzeźbić. Takiej możliwości nie miał już niestety sceniczny Klaudiusz, czyli Maciej Wyczański. Widać, że robi co może, ale z bohaterem bez przekonania huśtającym się pomiędzy człowiekiem a złolem rodem z kreskówki Disneya ciężko się walczy. Tak bardzo, że właściwie jedynym zwycięstwem okazuje się początek sceny modlitwy, kiedy na chwilę dzięki wysiłkom aktora możemy zobaczyć w Klaudiuszu coś prawdziwego.

Jakby nie patrzeć, poziom tej inscenizacji najmocarniej podciąga do góry dwóch aktorów – tych najważniejszych. Czyli Krzysztof Szczepaniak jako Hamlet i Mateusz Weber w roli Horacja. Duet tyleż samo obiecujący, co przewidywalny w pewnym sensie. Oczywiste jest, że tych dwóch chłopców ma na scenie świetną chemię, aż proszącą się o wykorzystanie, ale do tej pory nigdy nie zrobiono tego w pełni. Choćby dlatego, że w Teatrze Dramatycznym chyba żaden reżyser poza Wawrzyńcem Kostrzewskim w „Wizycie starszej pani” (at least za mojej kadencji) nie obsadził ich jako równorzędnych partnerów. Zawsze jest układ pod tytułem „Krzysztof jako osobowość dominująca i Mateusz jako stonowany partner”. Czy to „Cabaret”, czy „Kinky Boots”… Chyba stąd wzięło się stwierdzenie pewnej bliskiej mi osoby, która stwierdziła, że Weber w ogóle w tym teatrze gra same smutne rzeczy xD W „Hamlecie” niestety wychodzi podobnie, choć litera dramatu sugeruje trochę mniejszy rozdźwięk między bohaterami. Bo pole do popisu, jakie potencjalnie mógłby mieć Weber, zostaje mocno ograniczone. Co zabawne, wystarczyło do tego zaledwie kilka zmian w tekście. Niedużych, ale wyraźnie ingerujących w historię, bohatera i jego relacje z duńskim księciem. Z ostatniej rozmowy Hamleta i Horacja znika istotny fragment – ten, w którym Horacjo jest gotów resztkami zatrutego wina popełnić samobójstwo, byleby tylko nie rozstać się z przyjacielem. A potem wydarza się rzecz, przy której kolokwialnie mówiąc ręce i biusty opadają. Horacjo na samym końcu… ginie, zastrzelony przez Fortynbrasa. Kij z tym, że to kompletnie nie ma sensu i psuje oryginalny zamysł zakończenia, gdzie ten bohater ostawał się jako ostatni żywy w Elsynorze i musiał dźwigać ciężar tego faktu. Jak Bradecki przez całość w zasadzie puszczał tekst samopas, tak tutaj postanowił zrobić coś po swojemu i dał do pieca – tak bardzo, że o ile mimo różnych mielizn byłabym gotowa jakoś tam tego „Hamleta” bronić, o tyle po drugiej połowie zwieńczonej takim kwiatkiem jakoś kompletnie mi się odechciało. Choć przyznaję, po strzale Weber padł na deski pięknie.

Taki stan rzeczy boli tym bardziej, że Horacjo jest bez wątpienia jedną z najlepszych ról Mateusza, jakie do tej pory widziałam. Nie wiem, czy pod kątem emocjonalnym nie najlepszą. Z Krzysztofem zdają się świetnie czuć w swoim towarzystwie, grając z tą samą, urzekającą szczerością, która chyba najbardziej widać po… oczach. Tak, tak, nie bez powodu ktoś kiedyś ukuł powiedzenie, że to właśnie oczy są zwierciadłem duszy. A na pewno jakimś rodzajem punktu odniesienia, w którym u aktora niemal bezbłędnie można określić, czy delikwent faktycznie czuje swoją postać, czy jednak niekoniecznie. Ci dwaj czują na pewno i nie oszczędzają się w tym względzie. Weber, choć w pierwszej części prowadzi swojego Horacja w miarę spokojnie, w drugiej ciśnie coraz mocniej, żeby w finale iść na całość. W ostatniej scenie dostajemy nie literacką postać, a człowieka – z drżącą z przerażenia czułością trzymającego w swoich ramionach umierających, ze łzami w oczach przyjmującego otaczającą go nagle śmierć. W sumie śmiem twierdzić, że gdyby nie te dziwne, niczym nie uzasadnione adaptacyjne cięcia, kreacja Webera byłaby na równi z Hamletem Szczepaniaka najlepszą rzeczą w tej inscenizacji.

Bo nie da się ukryć, że Krzysztof – nie niepokojony drastycznymi przeróbkami tekstu i przypadkowymi reżyserskimi pomysłami – rozwija tu skrzydła na nieprzeciętną skalę. W księcia Danii wkłada całego siebie. Nieważne, czy chodzi o ironizujące śmieszki (jak raz Bradecki pozostaje konsekwentny – Hamlet ma swoje mocne uczucia, ale obłęd udaje), czy o emocjonalne bebechy, grane z drżącym podbródkiem i łzami w oczach. Zazwyczaj obsadzenie w tej roli młodego czy też młodo wyglądającego aktora jest zwyczajnym pójściem na łatwiznę, chwytem prostszym niż interpretowanie, czemu chłop przeszło trzydziestoletni zachowuje się, jak się zachowuje. Ale tutaj Szczepaniak ze swoją permanentną i jedyną w swoim rodzaju huśtawką pomiędzy mężczyzną a chłopcem teoretycznie wydawał się idealnym kandydatem na Hamleta. I w praktyce nim był. Starczy powiedzieć, że podczas słynnego monologu, zaczynającego się od słów „Być albo nie być…”, Krzysztofowi momentalnie przybywa na twarzy z dziesięć lat. Rzadko widuje się na scenie aż takie zaangażowanie w rolę, szczególnie u tak (stosunkowo) młodego aktora. A postać Hamleta bez pełnego oddania ze strony grającego zasadniczo nie istnieje. Każde, choćby najmniejsze odpuszczenie sobie czegoś wywołuje fałsz i sprawia, że widz nie kupuje tego, co ogląda. Paradoksalnie, z drugiej strony w wypadku tego konkretnego bohatera stuprocentowe wejście w rolę bezlitośnie obnaża wszelakie niedostatki warsztatowe, jeżeli się je ma. Oczywiście Szczepaniak takowych nie posiada. Więc jeżeli uznajemy Hamleta za rodzaj szeroko pojętego aktorskiego testu, Krzysztof zdał go na szóstkę. Rzekłabym – ponadprogramowo.

„Hamlet” w Dramatycznym miał szanse być prawdziwym sukcesem. Klasyczny, ponadczasowy tekst, uznany reżyser, część najważniejszych ról obsadzonych w punkt albo co najmniej dobrze. No, ale z przyczyn opisanych w powyższym tekście nie udało się. Mimo pewnych dużych, niewątpliwych zalet tej inscenizacji. Stąd też moje – i nie tylko moje – kompletne zaskoczenie, gdy na naszym graniu publika zgotowała owację na stojąco. Mocno w tej sytuacji przesadzoną, bo uzasadnioną tylko wobec dwóch osób na scenie. Ja i moja osoba towarzysząca okazałyśmy się jednymi z nielicznych, którzy w pierwszych rzędach nie wstali. Jeśli nie jedynymi. Nie rozumiem tego, podobnie jak ogólnych pochwał, jakie ten „Hamlet” wywołał wśród odbiorców. Potrafię jeszcze pojąć występujący u dziewczątek zakochanych w Szczepaniaku i Weberze zachwyt tak wielki, że aż przekładający się na odbiór całej inscenizacji – jako że ta część widowni jest bardzo młodymi osobami, dopiero zaczynającymi swoją przygodę z teatrem. Domyślam się źródła peanów pochwalnych od lwiej części teatralnych blogerek, którym zawsze wszystko się podoba. Ale cała reszta? Z lektury recenzji, poza pewnym sceptycznym marginesem (w dodatku nie zawsze wiarygodnym, vide pani wszystkowiedząca z „Polityki”), wyłania się w większości obraz wykwintnej, mądrej, niesłychanie aktualnej – ciekawe, wobec czego – inscenizacji, ewidentnie nie pokrywający się z tym, co oglądałam w Dramatycznym. Przez resztki litości nie będę się rozwodzić nad pewną genialną recenzentką, która w osobnym tekście usiłowała dorobić wyższą ideologię do niemal wszystkich aspektów obecności Ofelii na scenie, będących de facto błędami warsztatowymi, a nie jakimiś przemyślanymi działaniami aktorki lub/i reżysera.
I weź tu zrozum tych ludzi…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *