Gdyby wszystko poszło tak, jak planowałam i jakbym sobie życzyła, byłaby teraz być może notka o pierwszym rzucie matur, pełna powszechnego dla zdających mędzenia o poziomie trudności, niewdzięcznych lekturach na polskim czy zadaniach z kosmosu na matmie, ewentualnie z odrobiną radochy z łatwizny na angielskim. Z tym, że nie poszło. Stało się tak, jakbym na pewno nie chciała… ale się stało.
W dniu pierwszego egzaminu, 4 maja, wczesnym rankiem, odeszła nasza Zuzia. Po krótkiej chorobie. W sobotę zdiagnozowano zator w przewodzie pokarmowym. Była leczona i do końca mieliśmy nadzieję, że z tego wyjdzie. Niestety, stało się inaczej. O szóstej trzynaście. Około. Wiadomo, że nie patrzałam wtedy na zegarek.
Przez bardzo długi czas miałam wrażenie, że coś mi się ubzdurało. Że jeśli coś skrzypnie czy zaszeleści za mną, to ona. Zawsze lubiła ryjkiem popychać uchylone drzwi, wchodzić i rozrabiać w moim pokoju, kiedy nie patrzyłam. A jeśli nie ona, to pewnie siedzi w gościnnym pod ulubionym fotelem i zaraz ją tam znajdę. Albo w kuchni, w kąciku, gdzie stoją te wszystkie torby z suszkami i gdzie pewnie siedzi i wyżera. Jak to mawialiśmy – uskutecznia samoobsługę. Tylko po chwili zdaję sobie sprawę, że nie, jej tam nie ma. Ani w kuchni ani w pokoju ani nigdzie. W domu nagle zrobiło się okropnie, kurewsko cicho.
Wiecie, była z nami niby długo, ale za krótko. Taki paradoks. Jeden rok, osiem miesięcy i osiem dni. A miała być osiem lat. Albo dziesięć. Króliki mniej więcej tak żyją. A przynajmniej powinny.
I pomyśleć, że w ogóle pojawienia się Zuzi w naszym domu nie planowaliśmy… Zaczęło się od czegoś, o czym od dawna staram się zapomnieć, a mianowicie od nieudanej przygody z żenującym odłamem kina offowego. Do jednej ze scen potrzebny był królik, więc „reżyser” takowego zakupił. Samiczkę. I początkowo plan był taki, żeby zwierzątko się ze mną oswoiło, potem nakręci się ową scenę, a następnie stworzenie zostanie zwrócone do sklepu. Pomyślałam sobie: „Taaa, przyzwyczai się do mnie, a potem won? Przecież to jest jakieś… chore!”. Zdałam sobie sprawę, że tylko jedna decyzja może ocalić króliczkę – wzięcie jej na stałe. Co też poczyniłam. Nie miałabym chyba serca w tak nieodpowiedzialny sposób pozbyć się zwierzęcia, które zaczęło mnie traktować jak swego. Rodzice początkowo się trochę boczyli, ale chyba też wiedzieli, że to jak najbardziej słuszne wyjście. Później ta wspomniana scena powstała, ale ja po paru miesiącach wycofałam się z „projektu”. No, a króliczek został. Zawsze potem mówiłam, że to jedyny pozytywny efekt tego wszystkiego. „Reżyser” chciał ją nazwać Dizajra. Nie wiem, skąd mu to przyszło do łba, ale nie dziwiło mnie to jakoś w tym przypadku. Kto to słyszał takie imię? Jakoś tak się złożyło, że wtedy zainteresowałam się pewnym anime. Jedna z jego bohaterek miała na imię Suzi… A że od jakiegoś czasu łaziła za mną piosenka grupy Art Company zatytułowana „Suzanna”, wybór stał się jasny. Puchata kulka została Suzaną. Przynajmniej oficjalnie, bo szybko pojawiły się dziesiątki różnorakich pochodnych albo dziwacznych zdrobnień nie mających z nim nic wspólnego. Od najprostszej Zuzi poprzez Cuckę, Cusię, Cuclę, Cuculkę, Cuclową Panienkę, Cuśka, Tuska, Mysię, Malusią aż po Mypka, Mypcię, Mypciochę, Palikotka i Franjo Tudjmana. Ale i tak zawsze było wiadomo, o kogo chodzi.
Na początku to było trochę trudne i dziwne. Nasze ostatnie zwierzątko – żółw imieniem Zeus – opuścił nas w pierwszym dniu Nowego Roku 1999 i od tamtego czasu nie opiekowałam się na stałe żadnym stworzeniem, chociaż były chwile, gdy nad tym poważnie myślałam. A tu masz. Małe, puchate coś w kolorze świeżego biszkoptu, z parą krótkich uszek i śmiesznym, małym ogonkiem. Przydały się wtedy dwie rzeczy. Internet, za pomocą którego znalazłam forum o królikach z masą konkretnych informacji oraz mój ojciec, który niegdyś miał styczność z takimi zwierzakami i wiedział, co i jak. Szybka szkoła: co to maleństwo może jeść, czego nie, jak się będzie zachowywać, jak je pielęgnować. Wbrew stereotypom nie było to takie łatwe, ale przywykłam. Opiekowanie się żywym stworzonkiem mimo odpowiedzialności zawsze sprawia mnóstwo radochy i od pierwszych dni zaczęłam to wyraźnie odczuwać. Chociaż mimo wszystko na początku dawał wyraźnie o sobie znać lęk, czy aby wszystko robię dobrze, czy nie daj Bóg nie zrobię jej niechcący krzywdy. Dlatego pewnie Zuzka miała przyzwolenie na łażenie po naszych łóżkach. Bo to bezpieczne, miękkie i łatwo ogarnąć to wzrokiem. I najważniejsze – nie ma żadnych norek czy innych skrytek. Ważna sprawa, bo już niemal na samo dzień dobry mała niemiłosiernie upodobała sobie mój zagracony pokój, a zwłaszcza tyły paru wielkich pudeł, gdzie jej łatwo było wleźć, a nam już niekoniecznie. Szybko się takie podejście na nas zemściło. Wiadomo, młode zwierzątko pewnych rzeczy jeszcze nie potrafi kontrolować, tak więc lekko nawet przestraszona Zuzka zostawiała na kołdrach i prześcieradłach mokre plamki 😀 To był zdecydowany argument za tym, że to nie wyda… Trzeba było wziąć się i odpowiednio ogarnąć mieszkanie, coby zwierzę nie miało dostępu do kabli i innych tego typu rzeczy. Wprawdzie wtedy jeszcze malusiej nie w głowie były takie pomysły, ale jak to u każdego, po byciu słodkim maleństwem przyszedł okres dorastania i rozrabiactwa, czyli także testowania ząbków na różnych przedmiotach. Dostosowywanie się do potrzeb czwartego członka rodziny to też była niezła lekcja. W końcu sama po sobie nie mogła posprzątać, dać sobie jeść czy przewidzieć ewentualne skutki różnych zabaw. To był też czas odkrywania czegoś nowego. Obserwowanie zwierzątka na codzień sprawiało, że dostrzegało się różne drobne i trochę większe sprawy. Wszelakie przyzwyczajenia, zachowania, odruchy. Ciągła wycieczka w absolutnie nieznane.
To, co świeże, po jakimś czasie zawsze staje się normalne i tak też stało się w tym przypadku. Zastanawiałam się, jak ja tyle lat mogłam żyć bez takiej małej, kicającej dziewczynki. Wyrosła na stworzenie jedyne w swoim rodzaju i… myślę, że bardzo mądre. Inteligentne jak na zwierzaka i podejrzewam, że inteligentniejsze od niektórych ludzi. Na samym początku za lizanie po ręce nagradzałam ją głaskaniem po łebku. Prędko doszło do tego, że polizawszy dłoń, nadstawiała główkę, coby dać jej głaska. Nauczywszy się, że w kuchni koło stołu stoją woreczki i pudełka z jedzeniem, zaczęła tam chodzić i grzebać za przysmakami. A gdy raz zdarzyło się, że któreś z nas wyszło na balkon i z rosnącego obok krzaczka róży zerwało dla niej listka, to potem przy każdym otwarciu balkonu wychodziła i obgryzała zwisające gałązki, a gdy po pewnym czasie tak je poobgryzała, że przestała już dosięgać, to stawała i wymownym spojrzeniem dawała wyraźnie do zrozumienia, że mamy przyjść i jej urwać jedną. Gdy już wiedziała, jak dorwać się do czegoś fajnego, korzystała z tego bez ceregieli. Poza tym rajcowało ją włażenie tam, gdzie nie wolno – na skrzynię z kwiatem, za moje biurko, na wersalki, na fotele, do szafki z koszem na śmieci. I zawsze to świetne spojrzenie w naszą stronę, jakby czekała, czy będzie reakcja i czy ktoś ją zaraz pogoni. Zresztą, co z tego, że państwo nie pozwalają? Skoro łóżko ma taką miękką, fajną kołdrę, po której dobrze się skacze – będę wskakiwać co wieczora, zostawiając wszędzie kłaczki i co ranka, nie przejmując się, że pod kołdrą śpi jeszcze właścicielka. Skoro kwiatek stojący na skrzyni ma smaczne liście – podjem sobie troszkę. Skoro z fotela wszystko lepiej widać – wlezę sobie, a co! Skoro mam ząbki ostre – obgryzę to i owo. Na liście „tego i owego” znalazły się między innymi moja ulubiona poduszka, bluza od piżamy, dwie pary dżinsów, kołdra (ta, po której tak kicała z lubością), dwa sznury lampek choinkowych, jeden łańcuch na choinkę (piękna to była scena, jak goniłam ją po całym pokoju, a ona uciekała z odgryzionym fragmentem w pyszczku!), ładowarka do telefonu, kabel od monitora, kabel USB od telefonu, moje i mamy kapcie, dywan i boazeria w przedpokoju. Najpierw się wściekałam, a potem widziałam te rozbrajająco niewinne ślepka i mi przechodziło. Jak to mówią – łobuz, ale kochany.
Kochała zieleninę i małe, zielone kółeczka z kukurydzy. W ogóle śmialiśmy się, że łakomczuch z niej. Za „zielonkę” zrobiłaby wszystko. Dochodziło nawet do tego, że zaglądała do toreb z zakupami w poszukiwaniu ulubionego koperku. Zresztą to właśnie cuckowe zamiłowanie do tej rośliny przyczyniło się do rozpowszechnienia w naszej rodzinie łowcowego „Koperek, kurwaaaa!”. Pewnie też dzięki niemu zaczęła robić piękne stójki, prosząc o swój przysmaczek. I, chociaż to może zabrzmi górnolotnie, przesadnie i głupkowato, zdawała się wyrażać pewną sympatię do śpiewu niejakiego Czesława Mozila. W zasadzie tylko w jednej piosence wprawdzie, ale jednak. Bo może i króliki nie znają się na muzyce, ale mają wrażliwy słuch, zaś brzmienie głosu Cześka w „Kruchej blondynce” sprawiało, że wyciągała się wygodnie w swojej klateczce i przysypiała, opierając łepek o krawędź kuwety…
Jak najbardziej, miałyśmy swój specyficzny język. A właściwie to ja miałam, bo poza furkaniem Zuza dźwięków nie wydawała. Chociaż… to nie w tym rzecz. Wszak pewne zbitki głosek czy dźwięki na pewno wyłapywała. Każda, najbanalniejsza nawet czynność zyskiwała nową nazwę. Miziaski i kiziaski – to głaskanie. Piciusianie – picie. Robienie ziewulca – ziewanie. Leżusianie to odpoczynek. Pazurki stawały się pacurkami, skoki – kopytkami, gryzienie – guzianiem, ulubione kółeczka nazywane były koliczkami, a stwierdzenie, że coś smaczy, znaczyło, że smakuje. Charakterystyczne „cykanie” podobnie do kląskania powodowało, że Cucla przybiegała, a hasło „pyszy pyszy” wyraźnie komunikowało małej, że ma uciekać.
Potrafiła bawić jak mało kto. Jedną z jej fajniejszych zabaw było coś, co nazywaliśmy uprawianiem dzikich skoków albo króliczym pierdolcem. Dziwaczne podskoki na wszystkie strony, kręcenie kółek po pokoju czy nawet – moja ulubiona wersja – nagłe wbieganie do mojego pokoju, stanie przez chwilę i potem pędem do gościnnego, jakby mówiła: „No dawaj, goń mnie!”. Śmieszne były też jej przewrotki na plecy, znane u nas w domu jako „królik zdechł”, wyciąganie się z ziewaniem po wyjściu spod fotela czy pełne furczenia ataki na rzucany jej stary ręcznik. Zaś anegdotyczna wręcz niechęć Cusi do pewnej pary moich kapci, które drapała gniewnie nawet, gdy miałam je na nogach, czy szarpanie mojej mamy za nogawki spodni, gdy chciała zwrócić na siebie uwagę, pewnie przejdą na stałe do rodzinnej historii.
Dziwne to wszystko. Ale nic w tym dziwnego. Pożegnanie, którego miało nie być, zwyczajnie nie ma prawa zabrzmieć normalnie. Ktoś kiedyś powiedział, że w takich momentach pomagają wspomnienia szczęśliwych chwil i świadomość, że może jej życie było krótkie, ale dzięki nam szczęśliwe. Szczerze? Nie bardzo. Bo to wprawdzie bardzo piękne, że oprócz ostatniej choroby żywot Zuzki to historia pełna przygód, zabaw i uśmiechu, ale gdy spod tego sielskiego obrazka zaczyna przebijać się świadomość tego, że to wszystko zostało nieodwracalnie zakończone, ma się wrażenie bardzo bolesnej niesprawiedliwości. No i te wszystkie wątpliwości – bo może to była moja wina. Może to ja czegoś nie zauważyłam w porę. A może to weterynarze najoględniej mówiąc dali dupy. Na szczęście ten element żalu, znaczy szukanie winnych, prędko mi minął. Boli, w wypadku obwiniania innych jest brzydki, a do niczego dobrego nie prowadzi.
Poza tym… to dziwne, ale jakoś z tym żyję. Dotarłam na wszystkie matury, zdałam je mniej więcej tak, jak planowałam. Zachowuję się przynajmniej na pozór tak, jak wcześniej. Bliżsi i dalsi pokapowali się co się stało dopiero wtedy, gdy zostało to im powiedziane. To przerażające, ale zdałam sobie sprawę z czegoś, co pi razy oko docierało do mnie od dawna – gdy ktoś odchodzi, nieważne, czy to zwierzę czy człowiek, z rodziny czy obcy, najpierw masz wrażenie, że teraz twoje życie będzie całkiem inne. A potem okazuje się, że nie. Że po jakimś czasie wracasz do tak zwanej normalności niemal całkowicie. No właśnie, niemal. Jakaś drzazga zostaje. Ale w porównaniu do ogromu zwykłego, takiego samego jak wcześniejsze życia, bywa malutka. I to jest takie… straszne.
Zdecydowaliśmy się jednak na kolejnego króliczka. Ktoś powie, że to za wcześnie – wszak od odejścia Cuśki dopiero co miesiąc minął. Ale zapewniam was, gdy raz zdarzy wam się zżyć ze zwierzątkiem, pustka po jego odejściu będzie dla was tak nieznośna, że bardzo szybko będziecie chcieli ją zapełnić. Opieka nad taką istotą słabszą od siebie to wprawdzie spora odpowiedzialność, ale jest w niej coś cudownego w sposób nieporównywalny chyba z niczym innym. Być może popełniłam błąd, ale szukałam takiego, który będzie do niej chociaż trochę podobny. Z budowy, z koloru. Podświadome szukanie zastępstwa, chociaż się wie, że to już nie ona. Bo drugiej takiej na pewno nie będzie.
Od kilku dni jest z nami malutka Julia Karolina zwana pieszczotliwie Mypką – zupełnie do Zuzy niepodobna. Tak sobie myślę, że na szczęście. Obyśmy dłużej były razem niż ja i Suzanka.
Bardzo ładna bajeczka, a najlepsze zakończenie. Poza tym, najlepszą terapią po stracie ulubieńca jest wzięcie kolejnego:)
Ja tam bym nikomu na imię Karolina nie dawała…Dobrze, że to na drugie.nie wiem co zrobię jak mój Gonzo odejdzie, bo zdaję sobie sprawę, że nie będzie żył wiecznie. A w kwietnu miał operację usunięcia złośliwego (prawdopodobnie, bo nie było nas stać na badnia histopatologiczne) guza z ucha… Nie chcę o tym myśleć 🙁