… Trochę się porobiło ostatnio. Do tego stopnia, że nawet mając już luz jakoś nie chce mi się pisać. A to niechybny sygnał, że coś jest nie tak („wiedz, że coś się dzieje”, jak to mówił jeden taki ksiądz).
Dzisiaj zaliczyłam ostatni egzamin maturalny. Wyników z pisemnych jeszcze rzecz jasna nie ma i wolę nie liczyć, na ile procent mam szansę, coby przypadkiem nie zwariować, ale punktacja z ustnych wygląda całkiem całkiem. 20/20 z polskiego (moja mina, gdy usłyszałam pytanie: „Proszę wymienić skład świty Wolanda” – bezcenna, głupi ma zawsze szczęście), 18/20 z angielskiego w podstawie i 15/20 z angielskiego w rozszerzeniu. Ja mądry debil. Ogółem wydawałoby się, że wszystko pięknie i cacy. No, właśnie nie do końca. 4 maja odeszła Zuzia. W zasadzie niespodziewanie, bo mimo choroby wszyscy liczyliśmy, że idzie ku polepszeniu. A jednak nie poszło. Do teraz zastanawiam się, jak udało mi się wtedy dotrzeć do szkoły i napisać cokolwiek na pisemnej z polskiego. Zdecydowanie nie tak to miało wyglądać z tymi moimi maturami. Zdecydowanie…
Life goes on. Jakieś dwa tygodnie temu wyciągnęłam Klaudię na „Novecento”, wczoraj poszłam na „Leningrad” (może spróbuję napisać o tym coś więcej, chociaż chyba nie ma o czym). Wkręciłam się w adaptację przygód Sherlocka Holmesa z Brettem, a nawet zaczęłam czytać oryginalną prozę Conan Doyle’a. Mam ciągle jakieś absorbujące zajęcie. Ale mimo wszystko czegoś brakuje. Coś jest ewidentnie, wybitnie nie tak.
Jeden maj, a wszystkiego o dużo za dużo.
ojej, *przytul*, ależ szkoda Zuzy, przykro mi.