No cóż. Już na pewno wszyscy zdążyli zauważyć, że minął kolejny rok i nic się nie da na to poradzić. Można co najwyżej sobie zrobić małe podsumowanie. Mwehehe. Małe. Jasne. W moim wypadku to słowo brzmi jak ironia, bo wyszło mi… yyy… sporawe. Nie powiem, ile konkretnie stron toto miało w WordPadzie, bo się zlękniecie i nie daj Bóg nie przeczytacie 😛 Wprawdzie i tak będzie dla niektórych felerne, bo brak przy nim jakże ważnego i modnego superkolażu ze wspólnych fotek z kabareciarzami czy innymi znanymi, ale co tam – jestem jedną z tych coraz liczniejszych w „środowisku” osób, które pokazują, że po co taki pic i że można równie dobrze bez 😛
Początkowo miałam pomysł, coby podpierdzielić koncepcję od Durmika i przy każdym miesiącu podać najczęściej słuchanego wtedy wykonawcę według Lasta, ale po wykonaniu odpowiednich obliczeń odpuściłam. Okazało się, że byłoby nudno – ciągle wyskakuje mi na pierwszym miejscu rankingu jedna i ta sama pani 😀
STYCZEŃ:
2
– mama zażyczyła sobie zobaczyć „Scrooge’a”. A ja, biedne dziecię, cóż mogłam zrobić innego, jak ją zabrać na najbliższy spektakl, jednocześnie samemu oglądając go po raz drugi? A że tak się złożyło, iż było to moje pierwsze wyjście do teatru vel mojej ulubionej miejscówy w mieście, to zupełnie inna rzecz.
5
– rzecz straszna, chociaż człowiek się spodziewał, że kiedyś to musi nastąpić. Skończyłam 20 lat. Po prostu. A nawet można by rzec, że trochę ot tak. Okrutne, dziwne i nieakceptowalne – no bo gdzie, u licha, podziało się tak szybko moje „-naście”?!? Jak to ujęłam: „Ups. Zestarzałam się. Hi hi hi”.
28
– zdarzyło mi się bywać w teatrze na spektaklach i to po wielokroć. Zdarzyło mi się nawet pod koniec poprzedniego roku być na premierze. Ale na próbie generalnej to jeszcze nigdy. A że według popularnej zasady zawsze musi być ten pierwszy raz, dopadła mnie Ola i zaprosiła na wspólny wypad do teatru na „Sztukmistrza” na generalkę właśnie. Trzeba by tu wspomnieć, iż w tym momencie odkryłam, że tak w ogóle można. Jak widać, można. Wprawdzie wrażenia bezpośrednio po spektaklu miałam nieszczególne, ale doszłam z czasem do wniosku, że nie było źle… I oczywiście po paru miesiącach wybrałam się jeszcze raz. Cała ja 😛
LUTY:
1
– na przyjemności podobno trzeba się naczekać. A trzeba. Nie dość, że od listopada zdaje się niecierpliwie wypatrywałam 25 stycznia, kiedy to Neo-Nówka miała zawitać w nasze skromne jeleniogórskie próżki, to jeszcze na kilka dni przed wyszło, że Roman złapał mocną anginę i występ przełożono na następny tydzień. Na szczęście potem już wszystko się odbyło zgodnie z planem. No dobra. Prawie. Romkowi przeszło, a kto inny się rozchorował i w efekcie poszłam z kim innym, niż wstępnie iść miałam, ale to tak na marginesie. Pierwsze zetknięcie live z „Seksem, alkoholem i książkami”, czyli także z Żarówkami, śpiewającą po swojemu Neo-Nówką, Radkiem w roli księżniczki Dobrawy i niemieckimi siatkarkami. „Dużo za dużo jak na półtorej godziny”, jak to stwierdziłam. Tak, nie spodziewałam się czegoś takiego i radośnie nie ogarnęłam 😀 No cóż, wszak powszechnie już wiadomo, że przyjeżdżają rzadko. Ale „jak już przyjadą, to rozpieprzą wszystko dookoła i samego widza od środka rozsadzą”. O.
MARZEC:
13
– wiedząc już po „Scrooge’u”, jak wygląda premiera w teatrze i z czym to się je, poszłam sobie na kolejną. Tym razem wypadła „Czarna Maska” Hauptmanna. Bardzo mało znana sztuka, po wojnie praktycznie nie grana, ale autor gdzieś tu bytował w naszych okolicach, to wzięli i zrobili. Może nie było jakiegoś egzaltowanego szału, ale podobało mi się. Zresztą to był pierwszy spektakl, gdzie wystąpiła moja ulubiona męska trójca aktorska Teatru Norwida w osobach panów Grondowego, Konieczyńskiego i Mani plus ulubiona aktorka w osobie panny Janekowicz 😀 W efekcie po dwóch miesiącach zaciągnęłam na „Czarną Maskę” Ankę, ale to zupełnie inna historia. Tak czy siak – sztuka po gotycku udana, popremierowy bankiet takowoż, a to pewnikiem także dlatego, że miałam niewątpliwą przyjemność zapoznać pana Piotra K. osobiście 🙂
24
– od dłuższego czasu ze względu na szkołę zmuszona byłam do rezygnowania z czytanek w teatrze, na które wcześniej przyłaziłam niemal zawsze. Aż do tego momentu. Obczaiwszy, że obsada najbliższej zawiera 2/3 mojego ulubionego zestawu (a nawet, gdyby liczyć wraz z panią, 3/4), zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy może tym razem olać lekcje i się wybrać. W podjęciu decyzji pomogła mi… mama, która totalnie niepedagogicznie stwierdziła: „Jak nie masz żadnych sprawdzianów, to idź”. Nie miałam. I tak znalazłam się na „Córkach King Konga” 🙂 W dodatku z Klaudią, bo z Fejsbuka się dowiedziała o moich niecnych planach i się podczepiła, ku mojej uciesze zresztą. W efekcie dobrze pobawiłyśmy się obie, chociaż sztuka wcale do końca śmieszna nie była. A już zupełnie przy dyskusji, kiedy to dwie panie nieomal się pobiły 😀
30
– wena pisarska zaprowadziła mnie na KTH. Pierwszy mój opublikowany tam tekst poświęcony aktorzeniu kabareciarzy i całkiem przyjemny odzew. Tak zresztą zaczęło się dalsze pisanie w tych okolicach tematycznych, także na inne portale. Wprawdzie w większości już nie tak entuzjastycznie przyjęte, chociaż myślę, że równie dobre. Ale każdy, kto trochę w takie miejsca zagląda, wie, że ciężko jest się spodziewać tego po obecnych aktywnych bywalcach takich miejsc 😛
KWIECIEŃ:
7
– no i jednak poszłam jeszcze raz na tego „Sztukmistrza”. Niby nic, ale jednak była to poważna lekcja. A brzmi ona: „nigdy więcej nie chodź do teatru z uczniami młodszymi od siebie!”. Albowiem niby są tylko trochę młodsi, a zachować się nie umieją wcale. No, bo widzicie. Ja ostatni raz przyniosłam żarcie do teatru mając jakieś siedem lat. Potem już wiedziałam, że nie wypada. A oni mieli po osiemnaście… Brzęczące w trakcie spektaklu telefony litościwe pominę. Fajne zapowiadają się te nasze przyszłe „elity”, mhyhyhy.
10
– tej daty miało w podsumowaniu z premedytacją zabraknąć. Nie tylko dlatego, że mnie osobiście zwisa. Także ze względu na praktykowaną przeze mnie akcję pt. „wszyscy już o tym tyle pitolą, że ja mogę sobie odpuścić”. Chociaż można by wspomnieć, że wysłuchiwanie pieprzenia, jakie od tego dnia nastąpiło, było niezłą lekcją przetrzymywania i puszczania słyszanych głupot mimo uszu. Niezdaną zresztą – moje zapasy cierpliwości zostały wyczerpane w ciągu kilku pierwszych godzin tej soboty. Później już każdy mój komentarz na temat otaczającej mnie rzeczywistości składał się ze słów powszechnie uważanych za wulgarne.
26
– pierwszych razów ciąg dalszy. Tym razem miał być to pierwszy raz z kabaretem Ciach, który tego dnia zajechał do Cieplic i na który z Klaudią i Aśką się wybierałyśmy. Cały dzień w związku z tym był, jak to mawiam, „kanonadą-galopadą”, bo na występ leciałam prosto ze szkoły, na całe szczęście nie miałam daleko. Zabawa przednia, chociaż z przyczyn losowych nie dojechała Gosia i panowie zagrali „męski” program. I tak poza tym, to pierwszy raz słyszałam śpiewające Ciachy 😀 Ze względu na to, że usiadłyśmy na samym przedzie, Aśka padła ofiarą pana od Feng Shui, musiała wziąć zielona herbata i naciągać xD I pomyśleć, że ludzie właśnie ze strachu przed wciągnięciem do skeczu nie chcieli tam siadać! Guzik to w sumie dało, bo z drugiego też brali 😀 A w zakulisiech… no cóż. Pierwszy raz ktoś mnie poprosił o nazwisko, żeby walnąć przy autografie pełną dedykację 😀 I takie tam… różne. Ogólnie było miło. I to tak, że niektórym gul skoczył 😀
MAJ:
11
– niby nic. Niby nie moja sprawa. Ale jednak jakiś element świata mojej młodości – radosnego i beztroskiego babrania się w filmach i spektaklach w pogoni za swoim „panteonem gwiazd” bez baczenia na daty, gatunki i reżyserów – zniknął bezpowrotnie. Maciej Kozłowski zmarł po paskudnej chorobie w wieku ledwie 53 lat, a ja nie bardzo wiedziałam, co o tym myśleć.
16
– podobno na to, co dobre, trzeba się naczekać. I to prawda, chociaż niektórzy miewają pecha i muszą czekać ponadprogramowo. Chcąc wyciągnąć Anię z domu postanowiłam wkręcić ją w swoje ulubione rozrywki i zaprosić do teatru. Kupiłam dwa bilety na „Czarną Maskę”. Na… 10 kwietnia. Z wiadomych, chociaż dla mnie w ogóle nie oczywistych powodów nasze wyjście zostało przełożone o ponad miesiąc. Na szczęście nie przyszło nam do głowy, żeby zrezygnować. Oglądać jakiś spektakl samemu, a oglądać jakiś spektakl z kimś, kto w dodatku co chwila podskakuje ze strachu – bezcenne 😀
23
– premiery wciągają. Efekt był taki, że klepnęłam sobie dwa bileciki na kolejną. Tym razem chciałam się zabrać z Klaudią. Niestety z przyczyn losowych odpadła. Jednak nie było tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo okazało się, że Ania jest chętna i we dwie obejrzałyśmy malutkie dziełeczko naszego teatru, które zwało się „Kolacja dla głupca” 🙂 Mnóstwo śmiechu, trochę wzruszeń i brawa w trakcie spektaklu, bo co tu kryć – pan Konieczyński udowodnił, że potrafi być scenicznym wymiataczem 😀 Jak się potem miało okazać, w efekcie do końca roku miałam wylądować na tej sztuce jeszcze (nie) jeden raz.
30
– mimo mojej jawnej i niczym nieskrępowanej niechęci do całego stuffu, jaki obecnie wpycha się do wora z napisem „awangarda”, jeleniogórski Festiwal Teatrów Awangardowych „Pestką” zwany sprawił mi kolejną miłą niespodziankę. Rok wcześniej w ramach tegóż sprowadzono Pracownię Prowincja z pozbawionym sensu sztuczydłem o pokoju stołowym i niejakim Szymonem Jachimkiem na pokładzie, a tym razem okazało się, że jako gwiazdę na finisz sprowadzono nie kogo innego, jak samego Lecha Janerkę. Gdy zauważyłam w terminarzu na jego stronie moją skromną mieścinę, przed oczami stanęła mi jakaś horrendalna cena za bilet, a tu się okazało, że… nic z tych rzeczy. Idziesz kilka dni wcześniej po magiczną (darmową!) wejściówkę i możesz spokojnie wpadać na koncert. Jednak głupi ma zawsze szczęście! Koncert udany, po janerkowemu przewrotny i oryginalny, zaś po koncercie bardzo interesujący hydepark z udziałem artysty. Jakby to ująć… Jak to napisał ktoś na YouTube: „Ja nerkę za Lecha oddam!”. I tyle 😀
CZERWIEC:
20
– moje pierwsze wybory prezydenckie, lalala. Kandydat wprawdzie przepadł, ale przynajmniej można z czystym sumieniem narzekać 😀
25
– maluśkie, prywatnie pożegnanie z sezonem 2009/2010. Po raz trzeci wybyłam do Dworu Czarne na „List”. Wbrew pozorom to nie tak dużo, bo na żadnym spektaklu nie zdarzyło mi się póki co być więcej razy. A ten konkretny jakoś tak mi się mile kojarzy, że w miarę możliwości mogłabym oglądać go częściej… Aha, i taki mały fajny myk – Kasia Janekowicz na zastępstwie jako Zosia! 😀
26-29
– takiego początku wakacji inni mogli nam tylko pozazdrościć. Drużyna pierścienia w osobach Aśki, Klaudii i mnie wybyła na podbój Zielonej Góry i okolic z okazji odbywającego się tamże eventu o nazwie „Lubuskie warte zachodu”. Pomysł oczywiście nie był mój, bo to akurat dziewczyny przodują w wyprawach do ZG, ja się tylko kulturalnie podczepiłam 😛 Nadprogramowa wizyta w nocnym Poznaniu, „Karolek po cichutku spierdala do Łodzi na koncert Comy”, „tyle dżemuuu”, „kopczyk czy szczecinka”, cuda typu Dagens szamający rzeczy, których normalnie nie je, genialna komunikacja miejska w Zielonej z biletami po zeta, pizza po zielonogórsku, Palmiarnia, Focus Park, amfiteatrowe przygody, pijani upierdliwcy, Kayah i Kiljański, Zajeballa xD, Rogalska i Rybarski, Znany i JMS, szoł i szał, śmiech i muzyka, Kresowiacy, K.A.S.A, Nowaki i tańczący Tomek, Flinta, Liquidmime, Miśkiewicze, Hlynury, Fedorowicz, Jurki, Słuchajcie, „Gdzie jest Jefferson?”, nocne żarcie ze stacji benzynowej, spanie na polówce, pająki, śmiercionośny prysznic, stadion Falubazu, Stary Rynek, publiczne śpiewy (tzn. wrzaski w moim wypadku… :P), nocne kąpiele w fontannie, poligrafik z Łodzi… Dużo tego! I to mogłoby być w sumie podsumowaniem tego wyjazdu, bo kondensacja wydarzeń w ciągu tych paru dni była ogromna. Takie kanonady i galopady, ale co tam. Warto było jak nic 😀
LIPIEC:
5
– sianokosy, to jest kolejny pierwszy raz. Czyli że dobrze jest mieć rodzinę na wsi, zwłaszcza latem, bo można sobie pooglądać to, co normalnie się widzi co najwyżej na obrazkach.
17
– w tym momencie powinnam wstać, unieść zaciśniętą pięść w górę i zakrzyknąć: „EPIC WIIIIN!!!”. Po prawie roku (bez dziesięciu dni) udało mi się dokonać rzeczy, która w kwestii dłuższych form pisanych zdarza mi się cholernie rzadko – skończyć coś. A mianowicie opowiadanko w neonistyczno-satyrycznych klimatach o malowniczym tytule „My freak showbussines”. Mimo przeszło 23 stron w Wordzie znaleźli się tacy, to przeczytali i wszyscy chwalili, co oczywiście mnie bardzo cieszy 😀 Tak oto narodziło się moje pierwsze dziełko, z którego jestem naprawdę dumna i które po dziś dzień namiętne promuję 😉
17-28
– porządny, kulturalny wyjazd wakacyjny być musi i już. Oczywiście najlepiej nad piękne polskie morze, które uwielbiam. Tym razem padło na Władysławowo. Oczywiście nie bez powodu. Kryteria były dwa. Pierwsze, nieco mniej istotne, żeby to nie był kurort zasyfiony przez powódź. Drugie zaś… żeby przypadkiem była to jedna z bodaj dwóch czy trzech miejscowości, w których w mniej więcej tym okresie miała wystąpić Neo-Nówką 😀 Ot, maleńkie deja vu – wszak Ustka dwa lata temu wybrana została na zbliżonych zasadach. Jakkolwiek cały pobyt nie był tylko temu jednemu wydarzeniu podporządkowany. Znalazło się mnóstwo miejsca na inne rzeczy. Ośrodek Przygotowań Olimpijskich w Cetniewie („atletyczne” fontanny rządzą!), nocne spacery w pobliżu Lunaparku Sowińskiego, oglądanie retransmisji z „LWZ” na śnieżącym telewizorku, Aleja Gwiazd Sportu (ucieszyłam się z braku tam pewnego przereklamowanego nazwiska), wystawa żywych pająków i skorpionów w salce parafialnej, wieża widokowa, port rybacki, wystawa motyli, bolesne spotkania trzeciego stopnia z wystającymi płytami chodnikowymi, pączki z wiśnią i toffi, terakotowa armia i chińskie wynalazki w kościele Jastrzębiej Górze, latarnia morska na Rozewiu, Lunapark Sowiński i wielki diabelski młyn, budy z używanymi książkami, panga w czosnkowym cieście, plazma z N-ką, Chałupy (welcome tu), fokarium i Muzeum Rybołówstwa na Helu, chińskie żarcie, lody, gofry, Tekken, inne cymbergaje… Jak to na waksach. A pośrodku jak śmietanka na torcie nadmorski kabareton z KSM-ami, Ziobrą, Rakami, a co najważniejsze – z Dommelem i Neonsami 😀 Horrendalna energia śmigająca tu i tam, bo… Dobra, tak znowu w skrócie – Szymon Ciupciak popierany przez władysławowską widownię, Helga przepraszająca scenografię za to, że na nią wpadła, niegrzeczna Dobrawa, Lucek zamawiający u Boga frytki i colę, a następnie czule mruczący mu do słuchawki, a na finał wyrywające z ławek „Bociany”! I jak tu się nie cieszyć? 😀 Chociaż po takiej dawce radochy reszta pobytu upłynęła mi pod znakiem pewnej melancholii.
SIERPIEŃ:
2-4
– wyjazd do Białegostoku. Nagły, przymusowy, przykry, ogólnie nieprzyjemny i demotywujący.
7
– Bogatynię zalewało, a nam wywaliło prąd na ponad godzinę. Przypadek wart odnotowania, ponieważ od kilku ładnych lat nie mieliśmy żadnych poważnych przerw w dostawach prądu. Niezły trening cierpliwości i na całe szczęście jedyna reperkusja powodzi, jaka nas dotyczyła.
8
– deszczowa pogoda odpuściła na ostatni dzień Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych. Rzecz to bardzo znana, także poza Jelenią, a tylko dwa razy w życiu zdarzyło mi się w niej brać udział. Wstyd, więc postanowiłam się chociaż na tą końcówkę, jaka została, wybrać. I to w sumie niepełną, bo z trzech zaplanowanych na ten wieczór spektakli obejrzałam dwa. Ale opłacało się nawet tyle. „Szalone Mandingo” La Complet’ Mandingue z Francji było faktycznie zdrowo i przyjemnie pokręcone, a „Bambola” Circus Delirium z Hiszpanii zachwycała i śmieszyła „odjechanymi” pomysłami.
20
– „tradycyjne” okoliczne imprezy letnie, tj. Lato Agatowe i festiwal w Lubomierzu z różnych przyczyn mi poodpadały, tak więc zdecydowałam się zapoznać się z inną, na którą dotychczas jakoś nie udawało mi się dotrzeć – Święto Ceramiki w Bolesławcu. Jednym z istotnych argumentów, jakie przekonały mnie, żeby tam się wybrać, były nie tylko wszelakie ceramiczne cacuszka (w które zresztą się obkupiłam na miejscu), ale i fakt, iż w piątek gwiazdą wieczoru miał być Kabaret Pod Wyrwigroszem, na który btw. wybierały się Klaudia z Aśką 🙂 Niestety w tym miodzie pojawił się tak zwany dziegć. I to nawet sporo dziegciu. Byłam uzależniona od godzin kursowania PKS-ów. Ostatni powrotny miałam o 20.00, zaś występ miał się zacząć o 18.00, ale… początkowo miały to być konkursy prowadzone przez Łukasza, które cholera wie ile miały trwać. W efekcie obejrzałam tylko tą część. Lepsze to niż nic, zwłaszcza, że potrafił i w tym dać niezłego czadu 😀 Swoją drogą do jednego z konkursów zgłosiła się Klaudia, co zresztą mam uwiecznione w swoich niecnych archiwach i zgarnęła torbę niespodzianek od National Geographic (zegar, koszulka, parasol, plakat, jakiś film na DVD, więcej nie pamiętam, ale generalnie fajne rzeczy) 😀
23
– dzień wcześniej przyjechał wujek z Sokółki, toteż zaczęliśmy obłazić stare jeleniogórskie i okoliczne kąty. Na pierwszy ogień poszedł odnowiony i zupełnie już nie śmierdzący pijakami Grzybek i Perła Zachodu. Warte to odnotowania, ponieważ w celach rekreacyjnych byłam tam po raz pierwszy od bardzo dawna, jeśli nie liczyć rowerowych przejażdżek do schroniska w gimnazjum – były tylko terrorystyczne pędy w ramach ogólniakowych lekcji wuefu, gdzie w środku śliskiej zimy kazano nam truchtać do Grzybka, a potem włazić na górę i meldować, że się dobiegło (tak, to BYŁO chore, dlatego się cieszę, że do tej placówki już nie uczęszczam :P). Jak to mawiają: cudzie chwalicie, swego nie znacie. Lubię tak odkrywać na nowo niby już znane sobie miejsca.
25
– wycieczek z wujkiem ciąg dalszy. Tym razem poza naszą mieścinę – zaliczyliśmy Park Miniatur w Kowarach. Od czasu mojej ostatniej wizyty, czyli jakoś ponad roku, trochę zdążyło się tam zmienić. I trochę pojawić. Na przykład taka miniatura Kościoła Garnizonowego… To fajna sprawa mieć tak blisko coś tak zajebiście unikatowego – bo tutaj człowiek naprawdę może poczuć się WIELKI 😀
26
– Zuza, czyli małe, futrzaste i uszate szczęście już rok jest z nami 🙂
28
– Jelenia w wakacje niestety robi się szczególnie uboga w występy kabaretowe. Piszę „szczególnie”, bo i na codzień aż takiego szału nie ma, ale jest lepiej. Dlatego na jakiś tego typu event musiałam czekać niemal do końca wakacji. Przy okazji festiwalu Art & Glass, czyli szkła artystycznego, zorganizowano mały kabaretonik na trzy ekipy. Czyli, że plener. Skład może bez szału, bo Męczący, Chateleci i Nowaki, ale chociażby dla samych Nowaków warto było ruszyć dupę z domu. Byłoby bardzo fajnie, gdyby nie splot paru niesprzyjających okoliczności, które sprawiły, że blogową notkę na ten temat spokojnie mogłabym nazwać małym podręcznikiem surwiwalu. Jak na złość pogoda zrobiła się jesienna, było zimno tak, że przyszłam w płaszczu, a w połowie imprezy nawet lunęło i to tak, że Formacja musiała ze względów bezpieczeństwa przerwać występ. Ponadto… no cóż. Gdzie KSMy/Chatelety, tam… wiadomo co. Ujmując to ładnie – fanki dyskusyjnej jakości. Jakby nie wystarczały miejscowe, to jeszcze były przyjezdne. W sumie tylko dwa egzemplarze, ale jak to mawiam o dwa za dużo. Mod wariata publicznościowego przez całe godziny gwarantowany. Jeszcze na deser przygłupi ochroniarze, jak to na plenerze i perspektywy były słabe. Ale mimo to wszystko wraz z Klaudią (miała być jeszcze Magda, ale nie dotarła) potrafiłyśmy się świetnie bawić, śmiejąc się z żartów lecących ze sceny, dzielnie trwając pod wielkimi parasolami i nabijając się z kretyńskich zachowań wiadomych osób, które i tak przed pojawieniem się Nowaków zniknęły. Bo w zasadzie nawet słabsze skecze występujących ekip jakoś tam mi przeszły mimo uszu, a wzbudzające wątpliwości Nowaki urzekły iście neonistycznym dosmaczaniem występów improwizacją. A tak poza tym… popełniłyśmy wielkie świętokradztwo, za które kiedyś obie zginiemy. Występ Męczących spędziłyśmy w oddalonej nieco od placu Ratuszowego pizzerii w oczekiwaniu na bardzo potrzebny nam tego dnia ciepły posiłek 😀 Kto by jeszcze rok wstecz pomyślał, że zrobię coś takiego bez żalu. Hasła wieczoru, bardzo brzydkie zresztą: „przyjebany głodem” i słowo „cwel” we wszystkich odmianach. Bo i było na co kląć.
WRZESIEŃ:
1
– zaczynamy klasę maturalną. Ała.
3
– drugi raz na „Kolacji na głupca”, czyli jak dobrze zacząć nowy rok szkolny i nowy sezon łażenia do teatru. Sceniczny Lucien Cheval, znaczy się pan Prażanowski nie dojechał, toteż zastępstwo za niego wziął sam pan dyrektor Koca. Widok, jak wyciera sobie twarz omletem zamiast ściereczką – bezcenny 😀
5
– Wystawa Świeżych Grzybów i Międzynarodowe Warsztaty Pszczelarskie. Bo dobrze jest się interesować wieloma rzeczami. Można zobaczyć na przykład grzybki, których za cholerę się nie znajdzie w lesie, bo rzadkie i chronione, zdziwić się, że tak może grzyb wyglądać, a potem jeszcze kupić sobie trochę naturalnego dobra od panów pszczelarzy i pań pszczelarek. Mydełka z propolisem do teraz leżą u mnie na biurku i nadal czuć ich zapach przez folię 🙂
15
– mały, radosny sukcesik. Mój rysunek został jedną z dwóch zwycięskich prac w konkursie, który Kabaret Młodych Panów ogłosił na swoim Facebooku. Nie liczyłam na szczególne szanse, bo były na pewno trzy prace ewidentnie lepsze, a tu niespodzianka 😀 Wymogiem konkursu było, aby narysować portret Młodych Panów w Paincie, toteż przez kilka sierpniowych dni męczyłam się i rzucałam kurwami, bo rysowanie myszką do najprostszych i najlżejszych rzeczy nie należy. Ale warto było. W ramach nagrody przyszła prawie dwa tygodnie później szczególnie „odedykowane” płyta DVD i pocztówka 🙂
18
– Festyn Średniowieczny. Nie tak okazały jak niegdyś, ale może być. Bo… walki rycerzy live 😀
19
– Giełda Minerałów w Cieplicach. Takie Lato Agatowe dla ubogich. Szału nie było, ale coś tam udało mi się kupić. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie jeden prosty fakt. Krążył tam reporter z miejscowego radia, który mnie dopadł i poprosił o wypowiedź. Co zabawne, specjalnie łaziłam po stoiskach tak, żeby mnie ominął – nie udało się xD
25
– Ance łażenie po premierach też się spodobało. Dlatego nie miałam większego problemu z namówieniem jej na wspólne wyjście na „Lillę Wenedę”. Ku naszemu wielkiemu, ale jakże przyjemnemu zaskoczeniu okazało się, że udało mi się wyhaczyć bilety na pierwszy rząd. Pomijając jarocińskich Lechitów, kazirodcze aluzje erotyczne, przysłowiową gołą babę i inne takie podejrzane, chociaż mieszczące się w granicach mojej akceptacji eksperymenty, na tym dziwnym ciachu było sporo smacznego lukru. Grondowy na poważnie, uroczo błazeński Konieczyński i natchniona Janekowicz. No i Mania. Kij z tym, że trochę skrewił. A tak poza tym to warto wspomnieć, że oglądając ten spektakl po raz pierwszy w swoim młodym życiu wzięłam udział w Jeleniogórskich Spotkaniach Teatralnych – kolejnej lokalnej imprezie powszechnie znanej, uznanej i inne „-nanej” 😀
PAŹDZIERNIK:
9
– kino niemieckie mnie nie interesuje. Ale jeżeli pojawia się takie coś, jak kino niemieckie realizowane w moich okolicach i z aktorami z mojego ulubionego teatru, to zaczynam się interesować w trymiga 😀 W ramach zorganizowanego u nas w kinie Marysieńka (które btw. po ponad 100 latach istnienia parę miechów później zostało zlikwidowane) przeglądu szwabskich filmów wpadłam na seans filmu „Polska Love Serenade”. Taka historyjka o niemieckim chłopcu i niemieckiej dziewczynie, którzy z różnych powodów trafiają w okolice Jeleniej Góry. Sympatyczna raczej i zabawna, bo komedia. No i najważniejsze. Pięć minut w drugiej połowie filmu – Jacek Grondowy w roli określonej jako „dobry policjant” 😀
25
– no i stało się! Artur Andrus w Jeleniej Górze! A wraz z nim niebanalna myśl ludzka, która skoncentrowała się na te dwie godziny w naszej części świata. I ogółem całe to dobro kabaretowe, która AA uosabia. Mocny tekst, dobry humor, siła słowa, autentyki zbierane w Trójce i… kolekcja wycinków, opakowań, zdjęć, etc. 😀 To jest to, proszę państwa, to jest to. Nawet jeśli (znowu z przyczyn losowych) idzie się na taki występ samemu. Andrus, zwany w niektórych kręgach Anturem, to jest dobra marka i tyle. Albo solidna firma, wszak na jedno wychodzi. A na koniec coś wam powiem. Kto nie kocha Artura, po tego przyjdą kurze płucka na pajęczych nóżkach i go wciągną za obrazek.
27
– w tym sezonie teatr w miejsce dotychczasowych czytanek wprowadził novum, a mianowicie spotkania przedpremierowe. Przychodzi reżyser, aktorzy, dyrektor i pani kierowniczka literacka, można podyskutować i popytać o spektakl. Postanowiłam posmakować tego rodzaju spotkań z teatrem, ale dopiero przy drugim razie. Przed „Lillą Wenedą” nie dałam rady, ale przed „Novecento” odpuścić sobie nie mogłam. I chociaż całość wywołała u mnie ponure konkluzje, bynajmniej nie mające zbyt wiele wspólnego ze spektaklem, ale warto było.
LISTOPAD:
3
– próbna matura z matmy. Po co akurat ten chromolony przedmiot wyłożono na tak wczesny termin? Nie wiem. Ale co się człowiek nanerwił, to jego. Bo nagadali nam Bóg wie, czego, a wyszło, że nie taki diabeł straszny. Co oczywiście nie zmienia faktu, iż na cholerę nam to wszystko.
6
– dzień, który spokojnie można by nazwać przeładowanym atrakcjami jak na tą porę roku. Z jednej strony Aśka i Klaudia zaprosiły mnie do Szklarskiej Poręby na występ OT.TO, zaś z drugiej planowałam iść z Anią do teatru na „Novecento” (na drugi spektakl, bo na premierę biletów już nie było). Nie chciałam z niczego rezygnować, więc postanowiłam… wybrać się na oba eventy. Na 15.30 szklarski Skwer Radiowej Trójki i zabawa z Ostatnim Takim Triem Oszołomów. Udana, chociaż w zimnie i deszczu – bo to takie fajne ludzie, że ciężko byłoby przy nich o nieudaną 😛 A potem dzięki uprzejmości rodziców Aśki szybki powrót do Jeleniej, zmiana ubrań, drobny posiłek i do teatru na 19.00. Spektakl wyczekiwany (pierwotnie premiera miała się odbyć jeszcze w czerwcu, z różnych względów wylądowała w listopadzie), na sali pojawiłam się starannie przygotowana, czytaj po lekturze oryginału i nastawiona na coś szczególnego, bo… no ludzie, jeden z moich najulubieńszych aktorów w monodramie, to nie mogło być byle co 🙂 No i nie było. Ba. Okazało się, że ta inscenizacja „Novecento” była pierwszym spektaklem, który w ciągu godziny wypruł ze mnie możliwie wszystkie emocjonalne flaki. Wbrew pozorom da się to zrobić. Jakkolwiek to trzeba być Jackiem Grondowym. Najlepiej z tekstem niejakiego Alessandro Baricco.
23
– próbna matura z polskiego. Mały zonk w postaci tematu z lektury, której jeszcze nie zrobiliśmy, ale poza tym dało radę.
25
– próbna matura z angielskiego. Jak się okazało jedyna, która obyła się bez jakichkolwiek stresów.
26
– próbna matura z historii. Trochę „puszczona” ze względu na zmęczenie tymi całymi maturami… ale i tak podobno poszło nieźle.
GRUDZIEŃ:
10
– plakaty wisiały po autobusach już od dawna, ale nie napalałam się zbyt. Przyjdę to okej, nie przyjdę to nie będzie tragedii. Cerekwicka jako tytułowa „Gwiazda na Gwiazdkę” mnie nie kusiła. Ale kiedy padła propozycja, że Ania wkręci mnie po znajomości (jej siostra była jedną z wykonawczyń-amatorek), to przystałam na to bez zastanowienia. Zawsze to jakieś wyjście 🙂 Na miejscu w dniu imprezy się okazało, że taki pokrętny wjazd jest chyba jedynym ratunkiem. Na widok znanego nazwiska zwaliła się masa ludzi, z których do środka weszła tylko nieznaczna część. W sumie chyba dobrze się stało, bo była spora grupka takich… no… jakby to ładnie ująć… takich, co prawdopodobnie wtedy po raz pierwszy w życiu byli w teatrze. Ale ogólnie koncert udany, chociaż niektórych wykonawców w ogóle nie wpuszczałabym na scenę 😛 No i mogłam naocznie sprawdzić, jak dobrze zakonserwował się Krzysiu Ibisz. I się przekonać, że nie gwiazduje.
12
– „Scrooge” po raz trzeci. Ot, taki początek końcoworocznego minimaratonu teatralnego. Według planu miałam iść z Anią, która na tej sztuce jeszcze nie była, ale nie wydało. Mimo to było fajnie. Po roku od ostatniego obejrzenia trochę zdążyli pozmieniać, żeby nie zanudzić ani widzów ani siebie 😀
15
– „Novecento” po raz drugi. Środek minimaratonu. Nie wiedzieć, czemu za tym razem ten spektakl wydał mi się jeszcze smutniejszy. Ogólnie… to było takie dziwne. Dziwne dziwne dziwne. A poza tym warto wspomnieć, że po przedstawieniu w knajpie odbył się koncert jazzowy. Wprawdzie nie był to Atlantic Jazz Band, ale i tak bardzo wporzo granie.
17
– „Kolacja na cztery ręce” po raz drugi. Zwieńczenie minimaratonu. Po grubo ponad roku od pierwszego i jak dotąd ostatniego razu stwierdziłam, że chcę następny. I dobrze trafiłam. Wtedy leciałam w pierwszym możliwym terminie jak głupia, bo był plan, żeby późniejsze spektakle przenieść z Pałacu Paulinum do teatru. Jednak tak się na szczęście nie stało, ale do pewnego czasu. Kiedy szłam drugi raz poobserwować starcie muzycznych geniuszy wiedziałam, że tym razem faktycznie po Nowym Roku wynoszą się do teatru. Nie widzę tego, ale widać tak musiało być. Spektakl był udany… prawie. Bardzo prawie, bo trafiła się wyjątkowo kiepska publika. Brzęczące w trakcie komórki, rozmowy, dopowiadanie kwestii aktorów, zabawy z włącznikiem światła, a nawet ucieczki z sali przed czasem – ogólna żenada, padlina i pasztet w kategorii teatralnego savoir-vivre’u. Gdyby to jeszcze była młodzież, to mogłabym się zastanowić nad wybaczeniem. Ale to byli, do ciężkiej cholery, dorośli ludzie. Tacy, po których oczekuje się pewnej znajomości zasad, które panują w takich miejscach. Ciężko było się w takich warunkach skupić na wysiłkach wspaniałej aktorskiej trójcy Prażanowski-Koca-Konieczyński, ale udało mi się. Wszak ktoś tam musiał uszanować ich robotę. Ja i parę innych osób, które wiedziały, jak się zachować… I chyba tylko dlatego nie uległam poważnej pokusie, żeby po którymś komentarzu/dzwonku telefonu wstać, podejść i przywalić. Co nie zmienia faktu, że nie żałuję pojawienia się tam. Bo to dobra sztuka, Paulinum ma klimat i są „trzej muszkieterowie” 😀
22
– ostatnia wigilia klasowa w naszym szkolnym gronie. Trochę smutno, ale tylko trochę, bo fajnie jest się znowu spotkać, pojeść, popić, rozdać prezenty i się ponawydurniać. Szczególna to rzecz, bo przez całe dwa lata byliśmy jedyną klasą, która sobie wigilię robiła. I to nie taką w podstawówkowym stylu z samymi słodyczami, a najprawdziwszą, z sałatkami, pierogami, ciastami i innymi smakołykami, chociaż z tradycyjnym barszczem to różnie bywało 😀 Teraz, niemal na odchodne, okazało się, że „duch w narodzie nie zginie”, bo podobną imprezę urządziła pierwsza klasa. I dobrze. Bo to naprawdę fajna, godna wspomnień rzecz 🙂
27
– normalnie to pewnie bym zapomniała, ale Klaudia, podpytując się mnie o blogowe podsumowanie, przypomniała mi i nakazała o tym wspomnieć. A więc… to był wygłup sezonu. Jedna z najbardziej porąbanych rzeczy ever w naszym wykonaniu. No, ale kombinacja Aśka+Klaudia+Daga+alkohole może równać się wyłącznie czystemu szaleństwu 😀 I tu mam problem, bo wspomnieć muszę, ale dokładnie opisywać to nie za bardzo mogę. Więc krótko. Jedno hasło. „Dwa występy, a jeden lepszy od drugiego!” I tego… i parę innych rzeczy xD
30
– dużo teatru było w przeciągu tego grudnia, ale większość ze skrupulatnego planu. Tutaj był czysty spontan. Lecę, pytam o bilety, jeśli są to kupuję i wchodzę. A że ostatnim spektaklem w roku była „Kolacja dla głupca”, to tym lepiej. Lekka komedia jako wisienka na teatralnym rocznym torcie. Dzięki temu obejrzałam tą sztukę trzeci raz 🙂 Oczywiście od września nie obyło się bez zmian – na przykład Pignon zmienił nagranie na sekretarce (btw. z racji słabej jakości dźwięku brzmiało to na śpiewane… live :D), Brochant coś tam, że „we are the champions”, a Chevala się jara, że mają zboczeńca. Btw. wyglądało na to, że pan Koca Luciena chyba przejął na stałe, bo drugi raz trafiłam na spektakl z nim. Troszkę szkoda, ale w sumie w jego wersji śmieszy mnie bardziej 😀
31
– jak kończyć rok, to z hukiem. A zaczęło się od sms-a, którego otrzymałam przypadkowo, bo był przeznaczony dla innej osoby xD Anka ustawiała się z kimś na imprezę sylwestrową. Po chwili przyszedł drugi z przeprosinami i pytaniem: „Hej, a może też byś wpadła? Mówiłaś, że nie masz żadnych planów”. Zaiste, nie miałam. I że nie zapowiadało się, żeby w tej kwestii miało się coś zmienić, przyjęłam tą jakże kuszącą propozycję. Rok 2010 zakończyłam na domówce do białego rana u Anki w towarzystwie jej, jej siostry i rodziców, Eweliny z Rzeszowa, Przemka z Zamościa i chomika imieniem Elżbieta 😀 Mała nauczka na przyszłość: nie wymyślaj durnych zadań na imprezy, bo sam je potem wylosujesz.
Oto i mój rachunek sumienia za rok 2010. Jakkolwiek mogłabym go spuentować słowami Aldony Jankowskiej: „Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie dziękuję” 😀 O ile poprzednie 12 miesięcy określiłam jako „wspaniały, paskudny dwa tysiące dziewiąty”, o tyle tym razem słowo „paskudny” nadaje się do wykreślenia. Odczuć ambiwalentnych w zasadzie brak. Mimo paru upierdliwych negatywów było dobrze. Zresztą… negatywy jakieś być muszą. Bo inaczej pozytywów nie odczujemy i będzie nijako. A rok nijaki jest chyba jeszcze gorszy od roku nieudanego.
Było też sporo drobnych radosnych rzeczy, o których nie wspominałam, coby nie robić z tej notki jeszcze większego stworka. Wspólne biby z ludźmi z klasy i okolic, nieteatralne wypady z Anką… No i chyba najistotniejsze – wywołane „Novecento” silne postanowienie, że zacznę wreszcie uczyć się gry na jakimś instrumencie i w efekcie gitara otrzymana na Gwiazdkę, żeby owo postanowienie zrealizować. Swoją drogą póki co idzie opornie, ale mam z tego sporo radochy 😀
Mówiąc krótko – niczego nie żałuję! No dobra. Może tego, że w Zielonej nie wskoczyłam z dziewczynami do fontanny 😀
I jednak coś od Durmika zapożyczę…
Muzyka
: Obywatel G.C. „Udajesz, że nie żyjesz”, L-4 „Super Para”, Pustki „Lugola”, The Misfits „Universal appeal”, Czesław Śpiewa „Pożegnanie małego wojownika”/”Caesia i Ruben”
Serial
: „Ruby Gloom”
Książka
: Alessandro Baricco „Novecento”
No i to by było chyba na tyle, jeśli chodzi o miniony roczek. Teraz już tylko zawiązać teczkę z napisem „2010” na kokardkę, odstawić na półkę i z radością brnąć w świeży rok o numerze dwa tysiące jedenaście, dbając o to, żeby nie był gorszy od poprzedniego, a jeszcze lepszy 🙂
Dag,muszę zapytać- czy 2 występy jeden lepszy od drugiego(27) to paraporypańce,bo nie chce mi się wierzyć?
Nie ciągnąć za język, nic więcej nie powiem, bo mi dziewczyny nogi z tyłka powyrywają.Btw. znamy się?
to się nazywa PORZĄDNE podsumowanie roku :)) oby 2011 był jeszcze lepszy! 🙂
Dziękuję 🙂