No. Po raz pierwszy od dłuższego czasu spisuję wrażenia z premiery z takim opóźnieniem. Ale jak to mawiają, lepiej późno niż wcale. A kto wie, może dzięki dłuższemu czasowi od momentu obejrzenia do zaczęcia pisania udało mi się pewne rzeczy poukładać? Tak czy siak… do rzeczy.
Tym razem trafiła nam się premiera „Lilli Wenedy” połączona z inauguracją 40. Jeleniogórskich Spotkań Teatralnych. Piszę „nam”, bo oczywiście musiałam kogoś ze sobą wyciągnąć 😀 Tym razem padło na Anię. Na samym wejściu spotkałyśmy parę moich koleżanek z warsztatów teatralnych. Ku naszej głębokiej uciesze okazało się, że zabukowane przeze mnie już pod koniec sierpnia bilety mają wypisane czternaste i piętnaste miejsce w… pierwszym rzędzie. Biorąc pod uwagę, że ostatnią premierkę oglądałyśmy z 10. rzędu, a mnie osobiście zdarzało się lądować w rzędzie numer 14 (czyli przedostatnim) albo – o zgrozo – na balkonie, była to prawdziwa rewela. Tak więc usadowiłyśmy się, przez parę minut, jakie pozostały do rozpoczęcia przeglądałyśmy program, skonstantowałyśmy, że w obsadzie jest sporo nazwisk bardzo znajomych („Ty! Czaj, kto jest asystentem reżysera!”), wysłuchałyśmy krótkiego przemówionka pana dyrektora i otwarcia festiwalu w wykonaniu prezydenta miasta… no i się zaczęło.
Wyobraźcie sobie jakieś takie mistyczno-słowiańskie dawne czasy. Wyobraźcie sobie dwa walczące narody – wojowniczych Lechitów i wierzących w siły natury Wenedów. Już? To dobrze. Wenedzi (Wenedowie?) tracą króla Derwida, jego dwóch synów – królewiczów Leluma i Poleluma (Słowacki nieźle ich załatwił z tymi imionami, zaiste…) oraz magiczną harfę. Całą trójkę Lechici z mało sympatyczną królową Gwinoną i królem Lechem na czele wzięli do niewoli. „Spersonifikowanie” tej ostatniej to żaden żart, gdyż łagodne plemię wierzy, iż instrument ów jest gwarantem ich zwycięstwa. Królewna Lilla, córka Derwida, decyduje się iść do obozu wrogów i prosić o łaskę. I nikt, absolutnie nikt nie słucha kolejnego dziecka króla, królewny-kapłanki Rozy, która od samego początku wie, że to wszystko na pewno źle się skończy. Jeśli jeszcze dodać do tego misjonarza, świętego Gwalberta i jego mocno pokręconego sługusa Ślaza… to mamy bardzo skomplikowaną akcję.
Wiedząc, że całość wyreżyseruje nie kto inny, jak Krzysztof Prus, twórca dwóch z najbardziej wyczesanych inscenizacji, jakie kiedykolwiek widziałam w naszym teatrze („Na pełnym morzu” i „Wódka z rumem”) i widząc wcześniej na stronie teatru garść zdjęć z próby generalnej węszyłam nie byle jakie przedstawienie. W zasadzie się nie rozczarowałam. Obyło się bez wydziwiania w jakiejkolwiek sferze. Scenografia dobrze wpasowuje się w całość i nie odwraca uwagi od aktorów (bądź co bądź oni mają tu być gwiazdami :P). Podobnie muzyka – to chyba jeden z lepszych elementów całego przedstawienia, chociażby dlatego, że masa kawałków spokojnie mogłaby egzystować osobno… no nie wiem, w formie jakiegoś teatralnego soundtracka? Zwłaszcza utwory „przypisane” harfie Derwida. W kwestii kostiumów godne uwagi są stroje Lechitów – gdyby tak pozdejmowali hełmy, a miecze wrzucili do plecaków, spokojnie mogliby jechać na festiwal do Jarocina, na koncert zespołu Siekiera i Mózg Małpy na przykład 😀 Wszyscy poubierani w glany, skórzane kurtki, poprzecierane spodnie, Lech jako król dostał nawet skórzane rękawiczki, jakby przyjechał nie na koniu, tylko na wypasionym Harleyu-Davidsonie, zaś Gwinona z efektowną fryzurką i wyrazistym makijażem wygląda jak dziewczyna punka. Wenedzi są znacznie mniej efektowni – celem podkreślenia ich tradycyjności, łagodności i przywiązania do natury przybrano ich w proste, lniane „szmatki” i wiązane sandałki. Rekwizyty były trochę mniej ciekawe, zwłaszcza pomysł, żeby harfą poczynić pomalowaną na złoto, lekko uformowaną małą brzozę, jakkolwiek na dłuższą metę to nie raziło. Warto też wspomnieć o efektach specjalnych – grupce adeptów w roli ruchomych drzew-chorągwi (kilkoro z nich okazało się być kolejnymi moimi kolegami z warsztatów), piorunach wyświetlanych na rozpiętym z tyłu ekranie, autentycznym kadzidle czy dymie wypuszczanym zza kulis w kilku istotnych scenach. Nie było przesytu, a całość dodawała sztuce smaczku. Mimo powagi tematu nie zabrakło humorystycznych, ba – nawet farsowych scenek (chociażby moment, kiedy Lech chce powtórzyć na Sygoniu to, czego dokonał wcześniej Polelum – riposta rycerza zwala z nóg). Na plus można także zaliczyć fakt, iż – jak się okazało potem – reżyser dokonał paru skrótów, a ja mimo znajomości oryginału ich nie odczułam (dobra, zauważyłam brak przynajmniej dwóch „zbiorówek”, ale nie były one aż tak istotne dla akcji). Więc pytanie za 100 złotych – dlaczego stwierdziłam, że „w zasadzie się nie rozczarowałam”? Bo niestety tym razem pojawiło się kilka pomysłów moim zdaniem dyskusyjnych. Przede wszystkim odrobinę niesmaczna sugestia kazirodczej miłości Lilli i Leluma (a i Roza oraz Polelum nie wyglądali na niewinnych). Nie wiem, czym się pan Prus motywował, eksponując ten wątek – niestety w relacji ze spotkania przedpremierowego nie znalazłam o tym ani słowa – ale niezależnie od tego, co chciał przekazać, nie jestem zachwycona. Zresztą, przeczytawszy „Lillę Wenedę”, nie doszukałam się takiego motywu u Słowackiego. No dobra, było tam o „zaślubieniu” Lilli Lelumowi, że jako dzieci się całowali przez struny harfy. Ale żeby od razu sprowadzać to do scen, za przeproszeniem, lizano-macanych? Tego nie było na pewno i chyba nie było także sensu, żeby takie „cudo” wprowadzać. Bo po tych dwóch scenkach doszłam do wniosku, że może to i lepiej, że Wenedów szlag trafił, bo to był jakiś zboczony naród. Dyskusyjna była także dla mnie konieczność roznegliżowania Lilli w scenie samobiczowania. Może to konserwatywne, ale mam alergię na nadmierną goliznę na scenie i w większości przypadków, kiedy zostaje użyta, znalazłabym jakiś sposób na jej uniknięcie. W tym przypadku starczyłaby trochę inaczej skrojona sukienka z jakąś efektowną dziurą czy wielkim dekoltem na plecach, a nie żeby od razu musiała zdzierać z siebie sukienkę do pasa. Wiem, że może i biczownicy nosili coś w tym stylu, a ona na okładanie się wcale nie była przygotowana, co nie zmienia faktu, że naprawdę, to też można było sobie podarować. Ale podobno scena ma swoje szczególne prawa albo coś…
A teraz aktorstwo. Czy to, co u nas zazwyczaj jest najlepsze. Zacznijmy od głównej bohaterki, kreowanej przez Anię Ludwicką. Osobiście troszeczkę się zawiodłam. Owszem, poprowadziła całość bardzo sprawnie, jakkolwiek pamiętając ją z kreacji wrednych, niegrzecznych dziewcząt, chętnie pomiatających innymi, jakoś nie mogłam się przekonać do jej grzecznej i pokorniutkiej Lilli. Co innego jej sceniczna siostra. Widząc Kasię Janekowicz sypiącą piasek, smarującą się krwią niewinnych i wijącą się w jakimś dzikim transie zupełnie wyleciało mi z głowy, że nie tak dawno grała słodkie i niewinne dziewczę w „Czarnej masce”. Zaiste, strach by było podejść. Nie spodziewałam się za to wielkich rewelacji po Kazimierzu Krzaczkowskim jako Derwidzie. Po prostu przywykłam już, że jako jeden z najstarszych wiekiem członków zespołu aktorskiego naszego teatru ma predyspozycje do ról królów, władców i wszelkiej maści osób, którym z racji wiedzy i doświadczenia należy się szacunek. Co nie zmieniło faktu, iż – jak się okazało – wypadł bardzo przekonująco i starannie ogarnął swoją rolę. A tym trudniej miał, że [POCZĄTEK SPOILERA] przez większą część sztuki gra ślepego [KONIEC SPOILERA]. Także doświadczenie, które okazało się być cechą nie tylko jego bohaterów, wybroniło się i także panu Kazimierzowi należy się tak zwany szacun 🙂 Intrygował „dwugłowy wódz”, czyli Robert Mania i Igor Kowalik jako Lelum i Polelum, czyli dwaj bracia z jednym łańcuchem. I chociaż zazwyczaj bardziej chwalę tego pierwszego, to tym razem pierwszeństwo, jeśli chodzi o poziom gry aktorskiej, muszę przyznać Igorowi, zwłaszcza za moment z toporem i scenę końcową, kiedy [POCZĄTEK SPOILERA] błaganiem o piorun z niebios, który miałby mu przynieść śmierć, niemal wycisnął mi łzy z oczu [KONIEC SPOILERA]. Na niekorzyść Roberta niestety przemówił fakt, że w kluczowym momencie poległ dykcyjnie i dopiero teraz, zaglądając w oryginalny tekst, rozumiem, co on tam krzyczał. Chociaż oczywiście doceniam fakt przetrwania sceny, w której [POCZĄTEK SPOILERA] Lelum jest już trupem [KONIEC SPOILERA] i Polelum wlecze się z nim, ciągnąc go po ziemi za skutą kajdanem rękę. Z doświadczenia wiem, że ciągnięcie kogoś za jedną kończynę potrafi boleć. Po stronie „lechickiej” też nie było aktorsko nudno. Prym wiodła oczywiście Magdalena Kępińska w roli Gwinony – okrutnej, ale w gruncie rzeczy najciekawszej kobiecej postaci w całej sztuce. Lekko, z uśmiechem i bez oporów posyłała wrogów na śmierć, stawiała wszystkich naokoło do pionu, zachęcała małego synka do strzelania z łuku w jeńca, a mimo to bardzo mi przypadła do gustu. Bo czarne charaktery zawsze są ciekawsze? Oczywiście. A jeśli jeszcze są tak dobrze zagrane… Taka kobieta zazwyczaj ma do pary pantofla. Tak też było i teraz – Lech nie wyglądał na szczególnie niezależnego od żony. A w tej roli – uwaga, niespodzianka – etatowy odtwórca ról dostojnych, niezależnych panów, czyli Tadeusz Wnuk. To było dobre. Niby się stawiał, niby coś tam próbował żonie rozkazywać, ale w sumie to wyglądało, jakby się jej bał. Albo tego, że przestanie mu pewne rzeczy świadczyć (no wiecie, o co chodzi – chociaż w przeciwieństwie do wątku kazirodztwa u Wenedów to było bardzo subtelnie zaakcentowane). Było jeszcze trzech rycerzy, granych przez Roberta Dudzika, Jarosława Górala i Jacka Paruszyńskiego, ale tutaj mało było do grania – zdaje się, że tylko temu pierwszemu przypadły jakieś kwestie mówione i dość zabawna scenka. Ale „trzymać halabardę” też trzeba umieć. Zwłaszcza, że mina pod tytułem „ubiję cię” w wykonaniu drugiego z panów jest warta każdej forsy. Oczywiście nie można pominąć i najmłodszego aktora, małego Aureliusza Miszczyka w roli królewicza (niby gdzieś było wspominane, że Lechona, ale kupa jego kwestii w oryginalne należy do pozostałych dzieci Gwinony i Lecha). Co jak co, ale „Mamo, jak nie chcę więcej tego starca bić kamykami. On już się nie rusza!” w jego ustach brzmiało brutalnie słodko.
Na koniec – jak zwykle – to, co uznałam za najlepsze. Jacek Grondowy jako święty Gwalbert – jak to skomentowałam później: „Wreszcie coś poważnego! Od błaznowania był kto inny”. Bo i faktycznie, im częściej widuję go w kreacjach komediowych, tym bardziej mi smakuje mi w wersji „na serio”. Tym bardziej, że ten święty wcale taki święty nie był. Może nie z własnej winy, może przez manipulacje innych, ale jednak. Co oczywiście nie odbierało mu dumnego, wczesnochrześcijańskiego stylu ze zgrzebnymi ciuszkami i biczowaniem się włącznie. Bez fajerwerków, ale przede wszystkim – bez fuszery, z dużą dozą drobnych, ale istotnych niuansików. To lubię – rzeczę – to lubię. A skoro od błaznowania był kto inny, to przechodzimy do deseru, jakim niewątpliwie był Piotr Konieczyński jako Ślaz. Ten człowiek z każdym kolejnym spektaklem niebezpiecznie zbliża się u mnie do miana największego wymiatacza w jeleniogórskim teatrze. Ostatnio często grywa ludzi, którzy zachowują się, jakby z Księżyca spadli, ewentualnie urwali się z choinki. Taki właśnie był i jego Ślaz. Chociaż o ile obaj Francois – czy to Tortebad z „Czarnej maski” czy to Pignon z „Kolacji dla głupca” byli naiwni w szerokim rozumieniu tego słowa, o tyle on był zwyczajnie głupi. Nie wykluczało się to z pewną przebiegłością, ale i tak był głupkiem pierwszej wody. Tak to pan Piotr sprytnie poukładał, że nawet w scenkach, które w czytaniu oryginału nie wyglądały na zbyt zabawne, bawił ludzi do łez. Zakrawało to mocno na tragifarsę, ale mnie tam odpowiadało. Reszcie chyba też, biorąc pod uwagę reakcje widzów. W chwili, gdy Gwalbert ma mu właśnie przyłożyć z bicza – zagaduje go na temat „promieni”, które ten jako święty ma na głowie na obrazkach i porównuje go do… kota, który jak się napuszy, to też mu takie iskry lecą. Gdzie się nie pojawi, to żąda żarcia: „Tylko dajcie mi jeść, a obaczycie, że jak utyję, to nie będę szpetnym!”. Gdy w efekcie splotu okoliczności zostaje rycerzem i stojąc na straży spotyka świętego Gwalberta, który chcąc wejść mówi, że „domowi temu niesie pokój”, odpowiada: „A więc nie wejdziesz, my żyjemy z wojny”. To wszystko było w tekście, ale w jego ustach to brzmiało naprawdę zabawnie. Były i arcyśmieszne pomysły pozatekstowe, dajmy na to moment, kiedy Ślaz opowiadając o Rozie Wenedzie naśladuje jej sposób poruszania się albo gdy w jednej ze scen wyciera sobie nos w rękaw jak mały, osmarkany dzieciak 😀 Chociaż i tak stawkę po prostu rozpierdala na drobne kawałeczki scena spotkania Ślaza z Rozą. Dzika kapłanka z nożem w ręku snuje przed nim w gruncie rzeczy straszne wizje tego, co się stanie, a on… ma na twarzy wymalowaną minę rozmarzonego dzieciaka, bo ta przy okazji go obejmuje, dotyka i głaska 😀 A końcówka tejże to już ewidentny epic win, ale tego nie zdradzę, bo to już naprawdę po prostu trzeba zobaczyć. Jakby jeszcze do tego dodać idealnie trafiony kostium zupełnie nie zakrywający nóg (a chyba każdy wie, co oznacza stwierdzenie, że ktoś „gania w krótkich spodenkach”?) i mamy obraz iście ujmujący. Wprawdzie finalnie ów sympatyczny głupek doprowadza do krwawej klęski Wenedów, ale gdyby tak porównać ich upadek moralny i jego kłamstwa, jego pozycja mojej ulubionej postaci całego dramatu zostaje obroniona.
Podsumowując… no właśnie. Ciężko mi będzie podsumować całość. Nie mogę być tak hurraentuzjastyczna jak pan redaktor z Jelonki, ale także nie mogę być megakrytyczna i spuścić całości ze ściekiem. Bo mimo paru wybitnie nietrafionych pomysłów to dobra sztuka, z garścią ciekawych ról i jedną aktorską perełką. Ale wiem, że jednak nie każdemu się spodoba, niekoniecznie ze względu na to, że to Słowacki. Kto wie, może komuś, podobnie jak mi, nie przypasi wątek kazirodztwa albo tak zwana „goła baba”. A może ktoś rzyga romantykami. Ale myślę, że jeśli ktoś lubi solidny teatr, paru naszych aktorów albo przyciężkawą tematykę, to pewnie przyjdzie i nie będzie narzekał.
Naturalnie, zaciągając przyjaciół na premiery w teatrze, nie mogę odpuścić zabrania ich na bankiet 😀 Był to dobry moment nie tylko na darmową konsumpcję, ale także na zamienienie paru słów o sztuce (i nie tylko) z fajnymi ludźmi. Był i Łukasz – ten sam, który na ostatnich warsztatach chciał mnie dla żartu udusić brudną szmatą xD, była Weronika, która w tym roku zasiada w jury młodzieżowym JST. Nie odmówiłam sobie zagadnięcia do paru – użyję dość dużego słowa – zaprzyjaźnionych aktorów i zapoznania ich z Anią, która jest osobą na tyle nieśmiałą, że nie potrafiłaby sama zacząć, a skoro miała im coś miłego do powiedzenia, to czemuż by nie? Pierwszy był pan Piotr, z którym jak się okazało nie tylko ja lubię porozmawiać po premierze (grający w sztuce adepci przez późniejszą część wieczoru niemal go nie odstępowali). Zadał nam dość trudne pytanie: „Czy ktoś będzie na tą sztukę chodził?”. Odpowiedź nie była łatwa. Można by ją podsumować słowami: „Nam się podobało, ale za innych nie ręczymy”. Bo i faktycznie. Skoro, jak sam mówił, na „Kolację dla głupca” przychodzi zdaje się koło 60 osób maks, to ileż może przyjść na coś z definicji trudniejszego? Ale ja tam byłam (i jestem) dobrej myśli. To nie jest sztuka do błyskawicznego odstrzału. Później dopadłam R. Poza gadką o sztuce rozmowa zeszła na temat… golizny w teatrze. I to bynajmniej nie w kontekście biustu jego koleżanki zaprezentowanego tego wieczora. Jako ostatniego Ani przyprowadziłam Jacka. I w związku z tym mam dobrego niusa – 5 listopada premiera „Novecento” (możecie sobie wyobrazić moją reakcję: „Naprawdęęęę? Ojezu, ja już się nie mogłam doczekać, od czerwca czekałam!” :D). Jako że Jacuś to jest straszny jajcarz, na odchodne jako święty Gwalbert wziął i nas pobłogosławił. Także nie fikajcie, bo teraz my mamy moc! :DDD (skończyło się to fajnym dialogiem: „- Jesteś nie do wytrzymania. – Wiem. Ja sam ze sobą nie wytrzymuję” xD).
Nie możemy narzekać. Wprawdzie bilety drogie, ale premiera ma swój klimacik. Widzi się wszystko pierwszy raz, można potem pogadać z aktorami… Sama Anka przyznała, że od kiedy ją w to wciągnęłam, to coraz bardziej jej się to podoba. Wcale się nie dziwię. Wcale 😀
Następny teatralny plan – 9 listopada, monodram Jacka! Niby to jeszcze kupa czasu, ale pewnie zleci szybko.
P.S. Swoją drogą we foyer powiesili duży ekran, na którym wyświetlają fragmenty spektakli. Gdy przyszłyśmy, akurat leciały scenki z „Kolacji dla głupca” 🙂
P.S. 2 Chociaż nie oddają one w stu procentach całości, polecam uwadze waszej fotki na Jelonce. Zwłaszcza taką jedną, na której Mania obejmuje Ludwicką, a Kowalik ma minę pod tytułem: „I’m sad, I’m neglected, I’m jealous… Giiiveee meeee soooome loooove!” xD