I wiecie co? Chujoza. Znowu umarł ktoś, do kogo jak do mało którego człowieka czułam respekt i z kim chciałam pogadać, bo pewnie byłoby o czym. Media doniosły, że dzisiaj, przeżywszy 80 lat, opuścił ten pieprzony świat nie kto inny, jak Jan Machulski, aktor, reżyser i pedagog w jednej skromnej osobie, absolutny „master of disaster” kilku pokoleń ludzi mniej lub bardziej związanych z filmem i teatrem.
Niestety, mogę o nim mówić jedynie jako o aktorze. A szkoda to wielka – ponoć człowiekiem był wyjątkowym. Bo mało jest ludzi, coby ich wszyscy lubili. Chociaż wredna i przyziemna teoria mówi, że o zmarłych zawsze mówi się wyłącznie dobrze, tym razem jestem na sto procent pewna, że to nie jest jakaś debilna kurtuazja. To się czuło nawet przez szybkę ekranu, że to naprawdę dobry gość i całkiem nie byle jaki.
A grać to on umiał, oj, umiał jak mało kto. Talent miał wielki, a i stary dobry warsztat aktorski robił swoje. Był równie przekonujący za czasów, gdy był młodym amantem, na widok którego mdlały laseczki (btw. miały słuszność, bo przystojniak z niego był straszny), jak i wtedy, gdy fizycznie bardziej kojarzył się z kochanym przez wnuczęta dziadziusiem. Zawsze umiał mistrzowsko pokręcić widzem tak, że ten wierzył we wszystko, co w jakiejś tam roli Machulski mówił i robił. Nie dość, że potrafił się wbić w każdą postać, to jeszcze umiał to odpowiednio sprzedać. Ogółem w każdej kreacji był do zjedzenia, a widzowie faktycznie pożerali go wzrokiem. No i nie był jakimś taranem, kasującym scenicznych czy filmowych partnerów. Z tego, co mówią ludzie, którzy mieli przyjemność z nim występować (a ja im wierzę na słowo), zawsze grał tak, żeby to właśnie tej drugiej osobie choć troszkę pomóc. Ilu z aktorów tak potrafi?
Jeszcze ciężej będzie mi teraz wrócić do moich ukochanych „Vabanków”. Od roku nie mogę nijak się przemóc do obejrzenia przez jego ucznia i zarazem innego nieobecnego. A teraz, kiedy wesołe przygody przedwojennych kasiarzy zostają pamiątką po kolejnym człowieku, który fizycznie po Ziemi już nie chodzi, nawet gdy potencjalny widz jakim jestem zmusi się do obejrzenia, nie będzie łatwo się śmiać. Chociaż teoretycznie powinien, bo i wspaniałe to role, i w sumie w kółko nie można płakać nad odejściem ich odtwórców. Ale żeby to było tak łatwe, jak powiedzenie tego…
Zazwyczaj nie czytam komentarzy pod takimi smutnymi niusami na Onecie – bo głupie one, pełnie „świeczek” ze znaków interpunkcyjnych i innego udawactwa – ale przypadkiem trafiłam pod informacją o odejściu pana Machulskiego na komentarz na tyle mądry, że koniecznością wydaje mi się zacytowanie go: „Chciałabym umieć chociaż 1/10 tego, co on”. Bingo. Ja też bym chciała. Nie tylko w kwestii aktorzenia.