Ostatnio mam jakieś zaburzone poczucie czasu. Gdyby podczas niedawnej wizyty w Tesco matka nie wskazała mi potężnego regału załadowanego różnych kształtów żółtymi, czerwonymi, zielonymi, białymi i pedalsko różowymi zniczami, nijak nie odnotowałabym, że w następną sobotę niektórzy będą obchodzić 1 listopada, znany pod kryptonimem operacyjnym Dzień Wszystkich Świętych, ewentualnie w połączeniu z 2 listopada, znanym pod kryptonimem Dzień Zaduszny.
Polacy to naród, który lubi sobie uprzykrzać życie. Kochają rozdrapywać stare historyczne rany, topić się w martyrologii i 1 listopada dręczyć się „głębokimi przemyślaniami” o sensie śmierci i przemijania. Umieranie to temat super-hiper-zajebiście poważny i nie wolno do niego podchodzić lekko – musi być ciężko i z typowym dla Polaków patosem. „Amerykańskie” Halloween (a nieprawda, bo celtyckie) jakoby obraża ich uczucia i jest „obchodzone przed tych, którzy nie szanują swoich zmarłych”. Ech. A mi się po prostu wydaje, że moich kochani inaczej rodacy to masochiści albo wynaturzona forma ascetów, którym umartwianie się sprawia frajdę. Ganianie w stroju wampira po domach, żulenie cukierków i straszenie przechodniów przez smutnym dla niektórych świętem to zarąbista rzecz, zwana fachowo zaworkiem bezpieczeństwa. Po prostu łapie się równowagę zamiast deprechy przy czymś takim. No, ale tak. Zapomniałam. Jeśli Halloween jest celtyckie, to znaczy, że pogańskie. A u nas w kraju wszyscy są wierzący i praktykujący.
Na widok wspomnianego regału załadowanego wszelakiej maści zniczami skrzywiłam się – wprawdzie nie na tyle, by znacząco zeszpecić grymasem swoje oblicze, ale dostatecznie, żeby dać wyraźny znak swojemu niezadowoleniu. Matka przebierała wśród szklanych lampek i pytała mnie, który kolor ładniejszy, na co usłyszała: „Im to i tak nie zrobi różnicy”. Im, to jest dziadkowi i ciotkom, których teoretycznie mielibyśmy odwiedzić 1 listopada. Słowa „teoretycznie” użyłam tutaj z dwóch powodów. Po pierwsze – dziadek i (słownie trzy) ciotki od niekiedy i 40 lat nie chodzą po ziemi, więc typowy dla odwiedzin kontakt jest utrudniony. Po drugie – jak się później okazało, z braku transportu (tata wyjeżdża do Wawy) raczej się tam nie wybierzemy. Tak, nie lubię jeździć na groby bliskich. Może to efekt tego, że gdy byłam dzieckiem, taki listopadowy wypad na dolnośląską wieś zazwyczaj kończył się dla mnie popisową grypą. Takie przeżycia jednak robią swoje. A z drugiej strony… No tak, umartwianie się mnie nie kręci. Bo na dobrą sprawę od takiego myślenia o śmierci można zwariować. Czy człowiek żyje przez ileśtam lat po to, żeby tylko się zastanawiać, co to będzie, jak mu się zemrze? Niet. A przynajmniej nie taki człowiek, jak ja. „Memento mori” zastępuję – skądinąd też łacińskim – „carpe diem”. I jest mi z tym dobrze. Czego chyba nie można powiedzieć o reszcie kraju, hę?
Wygląda na to, że 1 i 2 listopada będę siedzieć z moją szanowną rodzicielką przez TV, oglądać filmy i przy okazji zjadać nową Milkę (model „Earth” z kremem nugatowym i orzeszkami w karmelu – pycha). I oczywiście nie myśleć o tym, „jak straszna jest śmierć i jak smutne jest przemijanie”. Bo nie są w gruncie rzeczy. Tylko, że ludzie, a w szczególności Polacy, lubią dorabiać do wszystkiego okropnie patetyczną filozofię. Nic dziwnego, że to naród smutasów i nie tolerujących radości dziwadeł.
Kurczę. Chętnie przebrałabym się w prześcieradło, rozbabrała włosy, nasmarowała je do zesztywnienia żelem i jako Sadako pobiegała z dzieciarną po domach. Ale już za stara na to jestem…
śmiem twierdzić, że 1 listopada, a jeszcze bardziej 2 to nie wymysł Polaków to raz, a dwa to, że robi się z tego popisową komercję to nie wina tych dni a ludzi.Ja sobie myślę, nie wdając się w zawiłości teologiczne, że może warto po prostu, po ludzku pochylić się nad życiem którego już nie ma, a które, każde było niepowtarzalne. ot tyle/aż tyle-w zależności od wrażliwości osobistej.
A ja lubię chodzić po cmentarzu… 1 listopada wieczorem jest zawsze dużo zapalonych zniczy. Śmierci nikt nie uniknie. Czy swojej czy kogoś bliskiego…
Tja… Tylko po co robić z tego taki cyrk? Ludzie, którzy martwią się tym, że oni lub ktoś im umrze, formalnie nie nadają się do życia. Ale cóż, Europa Środkowa, Polska.
Świat jest dużo bardziej złożony niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Często warto powstrzymać emocje i spojrzeć na rozmaite zjawiska bardziej życzliwie i tolerancyjnie, spróbować je zrozumieć albo poczuć. Taka postawa pomaga obserwatorowi wzbogacać się wewnętrznie.
Tja. Pytanie tylko, po co? Mam swoje zdanie i jakkolwiek by się ono nie podobało światu, liczy się dla mnie to, że jest ono moje, a nie skalkowane od innych i że mi jest z nim dobrze i przyjemnie na codzień.Btw. Kimże może być jakiś anonimowy komentator, że próbuje mnie „prostować”? 😉
Bardzo dobrze, że masz swoje zdanie. Ale z wielkim prawdopodobieństwem, graniczącym z pewnością mogę stwierdzić, że to zdanie będzie Ci się mniej lub więcej zmieniało z upływem czasu i powiększaniem swojej bazy wiedzy, którą czasem doświadczeniem zwą. Nie raz się zdziwisz, jak przeczytasz swoje kategoryczne twierdzenia sprzed lat i będziesz się zastanawiała: „Któż to mógł napisać? To niemożliwe, żebym to była ja!” A Sieć jest nieubłagana i wszystko, co do niej trafi ma szanse przetrwać przez długie lata.Co do mnie – jestem jednym z wielu osobników pałętających się po świecie i próbującym jakoś się w tym bałaganie znaleźć.Pozdrawiam
Ja jestem stanowczo przeciwko Halloween. Nie podoba mi się ten zwyczaj. Małe dzieci biegają po domach obcych ludzi i proszą o cukierki. Nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie fakt, że Halloween przypada dzień przed 1 listopada. Dzień przed świętem, w którym wspomina się bliskie osoby, które odeszły z naszego świata. 31 października wieczorem dzieci myślą o tym, za kogo się przebiorą, ile słodyczy zbiorą, z kim pójdą na „łowy”, jakie zrobią psikusy. Według mnie, powinny się wtedy wyciszyć przed 1 listopada, bo w pewnym sensie obchodzenie tego święta, to okazywanie szacunku zmarłym. To dla Nich jest ten dzień, i dla nas, żeby zastanowić się nad sensem kruchością życia. Kilkuletni dziecko tego nie pojmuje. Jeżeli dzień wcześniej będzie myślało cały czas o zabawach i rzeczach wesołych, najprawdopodobniej następnego dnia będzie wesołe i zadowolone, nic nie zrozumie z tego, wg mnie, niezwykle podniosłego święta. Podsumowując, kompletnie się z Tobą nie zgadzam odnośnie kwestii zaprezentowanej w Twoim artykule.PS. Piszesz bardzo ciekawe notki. Czasem tu zaglądam, bo przyjemnie się je czyta i są „wciągające”.
No więc zapytam, naiwnie jak to kilkuletnie dziecko – dlaczego tylko z racji faktu, że owo radosne święto przypada przed smutnym, mamy sobie – a właściwie dzieciaczkom – go odmawiać? Dlaczego mamy je uczyć od małego całego patetycznego i smutnego syfu, którego przez lata zdąży jeszcze nałapać, że hoho? A tak ponad to – kto nam daje prawo narzucania im nastroju? Mi nikt nigdy w domu nie mówił, że Halloween to zło. Wychodzili z założenia, że z czasem to podłapię. I dobrze na tym wyszłam. Bo sądzę, że dziecko, któremu od małego będzie wpajane takie „memento mori”, wyrośnie na psychologicznego kalekę.A tak w ogóle to dlaczego święto zmarłych musi być smutne? Jak dla mnie typowo polska (ew. wschodnioeuropejska) bzdura. W Ameryce Południowej (konkretnie w Meksyku) jest to święto bardzo wesołe, ponieważ Meksykanie wychodzą z założenia, że ich zmarli nadal egzystują, ino w lepszym świecie i trzeba się z tego radować. Chyba czas, byśmy i my tutaj przejęli podobny sposób rozumowania, zanim potopimy się w bagienku własnej deprechy, na którą sami sobie zapracowaliśmy.I także tego. Dziękuję za komplementa (tak, ta forma jest poprawna – miałam na myśli „komplementy” w specyficznej liczbie mnogiej).
Kompletnie się nie zgadzam z Twoim zdaniem,tak jak większość Polaków którzy brali udział w sondzie portalu onet.pl (a w sondach onetu bierze udział kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy ludzi, więc jakaś miara nastawienia Polaków do Halloween to jest) – nie podam dokładnych liczb, bo ich nie znam, pamiętam tylko mniej więcej rozkład słupków. Czemu używasz nazwy „patriotyczny syf”? Rozumiem, że nie jesteś patriotką, ale akurat święto zmarłych nie jest, wg mnie, świętem patriotycznym. Nie chcę, żeby święto zmarłych było typowym świętem smutasów, ale nie chciałabym również, żeby moje dzieci (o ile takie będę miała) biegały dzień przed tym świętem i krzyczały „cukierek albo psikus”. Jak dla mnie można wspominać bliskie osoby, które umarły z radością, w przyjemnej atmosferze, ale bez „rozwydrzenia” (nie wiem, czy wiesz, o co mi chodzi, to najlepsze słowo, jakie mi przychodzi na myśl).
Nie chcesz? Ale jak widzę i tak na to wychodzi. No cóż.
A jak myślisz, jaki jest główny temat dzieci dzień po Halloween? Kto ile dostał pieniędzy, cukierków, kto ile godzin chodził, jakie miały zabawne sytuacje podczas chodzenia po domach, kto się za co przebarał.
I o to chodzi.
Według ciebieNie mam ochoty ciągnąć tej dyskusji, bo ona na tym etapie nie ma już sensu. Ty poznałaś moje zdanie, ja twoje, wzajemnie się do nich nie przekonamy.
Płakać z tego powodu nie będę, za to moje dzieci nie będą wykolejone od małego 🙂