Tydzień szaleństwa

Walnięty tydzień ogólnie. Działo się sporo i wszystko trzeba opisać. Nosz. No więc opisuję.

 

Środa, tj. 2 lipca. Razem z Klaudią i jej koleżanką Roksaną wybieramy się do Wrocławia na nagranie programu „Mam talent”. W charakterze publiczności, rzecz jasna, i w dodatku charytatywnie (jak się później okazało, to nie jest takie oczywiste). Na samo dzień dobry okazało się, że prywatna komunikacja autobusowa do Wrocławia, do której dotychczas miałam zaufanie, raczej tego zaufania nie jest warta, bo nie dość, że na stronie internetowej publikuje błędne rozkłady jazdy, to w razie braku miejsc w busie odsyła z kwitkiem. W efekcie musiałyśmy jechać PKS-em (całe szczęście klimatyzowanym) z pełnym przekonaniem, że się spóźnimy (umówieni byliśmy pod Operą na 13). Gdy już dojechałyśmy na miejsce, w drodze do Opery spotkałyśmy Paulę i Agę, które poinformowały nas, że całość ma się zacząć o 14. Z jednej strony fajnie, bo się nie spóźniłyśmy, a z drugiej trochę się wkurzyłam, że tyle nerwów było niepotrzebnie. Czekałyśmy pod budynkiem Opery wraz z tłumem statystów, których odczytywano z listy. My weszłyśmy trochę na waleta i po znajomości, ale co tam. Dzięki temu byłyśmy tam prawdopodobnie jedynymi nie-klakierami na sali. Bo reszta była opłacona, co mówi samo za siebie. Przez około 4 godziny oglądałyśmy wygłupy różnorakich pajaców sądzących, że „mają talent” (i nielicznych osób faktycznie utalentowanych) oraz wysyłających ich do domu bądź do następnego etapu jury (Wojewódzki, Foremniak, Chylińska). Chłopak, który wbijał sobie gwóźdź do nosa, chłopak robiący sztuczki z jojo, facet grający Mozarta na liściach, facet tańczący z dmuchaną lalką-kościotrupem w peruce, facet naśladujący Elvisa, dyskusyjnej jakości tercet wokalny, karateka, „upadły kowboj”, który miauczał zamiast śpiewać… Ogółem parada świrusów. I jak tu się dziwić chłopakom, że wysiadają psychicznie i fizycznie przy tej robocie? Ja po tych ledwo 4 godzinach miałam dość. Poza tym zaczęłam się zastanawiać nad sensem udziału KSM-u w tym, że też tak to nazwę, przedsięwzięciu. Bo odwalają czarną robotę, zabawiając publiczność, a tak właściwie poza kasą pożytku z tego dla nich żadnego. O promocji kabaretu mówić nie można, bo to, co robią, w ogóle nie jest nagrywane i do tv nie pójdzie. O jakimkolwiek rozwoju artystycznym oczywiście nie ma mowy – słowa „rozwój artystyczny” i „show” to wyrazy przeciwstawne. Więc budzi się takie po dziecinnemu naiwne, ale jakże trafne pytanie pytanie – po co to?

W sumie możnaby podsumować, że cała ta nasza eskapada była tylko po to, by móc zobaczyć chłopaków na żywo i spotkać się z nimi po nagraniu. Jedni byli totalnie skopani, innych dopadła głupawka. Ale było miło w sumie. Tym bardziej, że cholera wie, kiedy się znowu zobaczymy.

Tylko epilog był mało śmieszny, bo znowu nawaliła wiadoma firma, rozkład był lipny, a że PKS-ów i pociągów brak, musiałyśmy czekać na podwózkę pod postacią rodziców Roksany, w efekcie czego była w domu o wpół do piątej nad ranem. A tak w ogóle na przyszłość w takiej sytuacji każę matce budzić ojca, niezależnie od tego, jak bardzo się wkurzy. On przynajmniej nie potrzebuje nawigacji GPS, żeby trafić do Wrocka, a potem do Jeleniej. No i nie zajmuje mu to dwóch i pół godziny.

 

Piątek, tj. 4 lipca. A właściwie noc z piątku na sobotę. Bawiłam na osiemnastce u Natalii D. w leśniczówce w Szklarskiej Porębie. Było nas koło 25 sztuk, 72 puszki „Warki”, dwie butelki syropu, zgrzewka Coca-Coli, zgrzewka wody mineralnej, kilka kartonów soków różnorakich, kilka paczek czipsów, kilka paczek paluszków, z kilo kiełbasy, miska mięsiwa z kurczaka, miska mięsiwa z karczku, kilka bochenków chleba, butelkę keczupu oraz przyniesione w ramach prezentów dwie butelki wódki i butelka wina bułgarskiego oklejona taśmą klejącą z prezerwatywami x) Mięsa trafiły na ruszt w piecu i zostały zżarte, podobnie jak czipsy, paluszki, chleb i keczup, piwa, soki i cola – wypite, a wino wraz z dodatkami oraz wódka zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Znaczy się część dodatków robiła za balony, ale co z resztą się stało, nie wiadomo. Ogółem wróciłam do domu około godziny czwartej rano, wstałam potem o 15, alem szczęśliwa bardzo ^^ A tak w ogóle to była moja pierwsza całonocna impreza. I się nie uchlałam, czym się chlubię.

 

A od poniedziałku przez dwa tygodnie będę pomykać na warsztaty do teatru w JG. Taka namiastka warsztatów kabaretowych w Rynie, z których nic nie wyszło. Tylko nie wiem, czy wystarczająca. Na pewno nie. W Rynie robiłabym to, co mi odpowiada i nie musiałabym o nic walczyć. A tutaj być może trzeba będzie. Trzeba będzie walczyć o swoją koncepcję, walczyć z tendencjami „nowoczesnego teatru”, jeśliby się takowe pojawiły. Wojować o to, by nie robić niczego wbrew sobie… Tylko zdjęcia ze strony Neo-Nówki przeglądam i szlag mnie trafia. Wczoraj podczas imprezy dostałam esa od Natalii (pojechały tam razem z Idą i jeszcze Olcia…), że Wyrwigrosze mnie pozdrawiają. Cholera, a byłaby okazja, żeby się spotkać z nimi (bo do 20 września daleko), z Neonsami, wreszcie poznałabym osobiście Radka Bieleckiego, przecież tak bardzo tego bym chciała. Być może poznałabym jednego z moich Mistrzów przez duże M, Artura Andrusa i znowu zobaczyła się z Jerzykiem Połońskim…

A tak w ogóle to dzisiaj transmisja z Mazurskiej…

2 myśli na temat “Tydzień szaleństwa”

  1. Rzeczywiście „walnięty tydzień”. Lubię czytać to co piszesz;)) Ta Twoja specyfika… Dziś Mrągowo, jutro Sopot:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *