Okrutne spektakle i czułe imprezy albo na odwrót

No. O sobocie wypadałoby coś napisać, bo mimo wszystko na takie zabawy nie wybieram się codziennie.

Otóż w sobotę 14 czerwca na zakończenie sezonu w Teatrze Jeleniogórskim grali „Okrutne i czułe”, a jakoś po spektaklu miała być impreza w kawiarence teatralnej, to pomyślałam: „Co mi szkodzi pójść? A zresztą, za ostatnie nerwy i choróbsko coś mi się należy!”. To poszłam w piątek, zaklepałam bilet, a nazajutrz tuż przed spektaklem go wykupiłam.

Śmiesznie mi było, bo jak miałabym się czuć, skoro obok mnie w kasie stał nie kto inny, jak sam Jacek Grondowy, co? 😀 W ogóle cały wieczór to było bliskie obcowanie z personami znanymi bardziej z desek. Andrzej Kępiński minięty przy wejściu do teatru, Jakub Giel wśród gości, Jarek Dziedzic na widowni… Łożesz. Ciekawy początek. Szkoda tylko, że przez późniejsze około półtorej godziny było już mniej ciekawie.

Bo te „Okrutne i czułe” to im nie wyszły, oj nie wyszły. Irytowała mnie umowność scenografii. Nie dlatego, że była taka, a nie inna, ale może dlatego, że moim zdaniem każdy taki eksperyment musi mieć jakiś jasny sens, przesłanie nie przytłoczone formą. A tutaj niby to skromna forma rozlazła się nad treść. Może dlatego, że i aktorzy grali okropnie manierycznie. A może dlatego, że i tak treść taka jakaś wątła i nieprzekonująca. Nie powiem, że nie było plusów – to byłaby jednak nieprawda. Wejście Roberta Dudzika zaparło mi dech. On w ogóle jak na swój wiek jest przystojnym facetem, ale jeszcze na potrzeby spektaklu tak go pięknie wystylizowano, że… że ech. Dosyć dobrze ze swojego zadania aktorskiego wywiązała się Joanna Niemirska, co nie zmienia faktu, że nadal za nią jako za aktorką nie przepadam i że z jej dykcją coś jest nie tak. Ale jedynym stuprocentowo wartościowym plusem przedstawienia był Marcin Pempuś jako James. Jego postać… hm… kurczę. To jest taki moment, kiedy mam problem, bo nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. Marcin jako Jamie przyciągał. Intrygował. Wywoływał u widza nieopisywalne uczucie. Był taki… wybaczcie za określenie, ale był taki ROOOAAAR. Tylko ta onomatopeja jest w stanie oddać to, co chciałabym napisać. Niestety, minusów było więcej albo i były większe.Tak jak już pisałam – przerost formy nad treścią, manieryczność aktorów i wątły przekaz. Uwielbiana przeze mnie Małgorzata Osiej-Gadzina wydawała mi się jakaś taka… odstręczająca. Przerażająco wręcz odstręczająca. Tak bardzo, że traciłam zdolność oddzielenia działań wymaganych od niej jako aktorki od niej samej. Jacek Grondowy grał jakiś ogon. Wprawdzie efektownie wyglądał w swoim moro, ale cios na miarę Horacja z „Trans-Atlantyku” w wykonaniu Grzegorza Cinkowskiego to to nie był. Robert Mania – totalnie niewykorzystany jako aktor (powiedziałabym złośliwie, że za to świetnie wykorzystany jako model – bo wyglądać to wyglądał pierwszorzędnie). Ogółem minusy przyćmiewają plusy. To trochę tak, jak z dyrekturą pana Klemma. W sumie drugi raz z własnej woli na „Okrutne i czułe” nie pójdę. Nie takiego teatru oczekuję. Sorry, Norek.

Impreza wypadła lepiej. Duuużo lepiej. Wprawdzie na początku nudziłam się niemiłosiernie, ale gdy zaczęła przygrywać cygańska kapela, to ja poszłam w tany, a nuda poszła won. A jeszcze ciekawiej się zrobiło, gdy spotkałam Gosię – koleżankę z podstawówki, a do grania szykował się młody zespół reggae. Ogólnie zrobiło się tak przyjemnie, że około godziny 23 żal się było rozstawać… W sumie lubię reggae, a dobre to już całkiem. Nie jakoś maniakalnie, ale dobrze się tego słucha. I dobrze się przy tym buja. A poza tym… śmiesznie się oglądało „poważnych” ludzi z desek tańcujących tudzież wybijających okołojamajskie rytmy na klapie fortepianu… Niby wiem, że aktor czy kierownik literacki też człowiek, ale rzadko się ich widuje w takich sytuacjach 🙂 A swoją drogą do dzisiaj zastanawia mnie, dlaczego nadobny taniec Marcina P. został tak bezlitośnie obśmiany przez jego koleżanki… No co, tańczył bardzo ładnie! 😛

Mimo tego, że wybawiona, do domu wróciłam w kiepskim nastroju, którego nie poprawił na dłużej nawet opolski kabareton w tv. Bo tak na dobrą sprawę nie wiem, czy to kwestia jakiś negatywnych wibracji, jakie niby wytwarzam, czy tego, że wychodzę z założenia, że to nie w gestii kobiety leży zagajanie rozmowy, że już nie wspomnę o proszeniu do tańca. Panie proszą panów – poza „białymi tańcami” wydaje mi się to trochę… wulgarne. Może jestem staroświecka w tym względzie, a może zwyczajnie doświadczenie i lęk blokują moją asertywność i zaradność. Pan C. napisał mi całkiem niedawno: „(…) łatwo nawiązujesz kontakt z ludźmi (…)”. Pewnie ma rację, jak zwykle. W końcu inaczej patrzę na siebie ja, a inaczej ktoś obok. Tylko ciekawe, co z tą moją łatwością nawiązywania kontaktów się stało? Poszła na chorobowe czy zapadła w ewidentny sen zimowy? A może… może to po prostu ten skurwiel strach wszystko blokuje. Tylko przed czym ten strach? Kurczę. Kiedyś to było prostsze. Ale może dlatego, że byłam młodsza. Bliżej mi było do dziecka, a dzieci się nie certolą w nawiązywaniu kontaktów.

No i jeszcze coś. Ale to już kto ma wiedzieć, ten wie. Znaczy się nie do końca każdy, kto powinien. Mniejsza o to. Nie mam pomysłu, jak to rozwiązać.

 

P.S. Gdyby ktoś miał zdjęcia z imprezy, bardzo proszę o kontakt. Bo chciałabym mieć coś na pamiątkę poza wrażeniami i biletem.

Jedna myśl na temat “Okrutne spektakle i czułe imprezy albo na odwrót”

  1. Reggae nastraja pozytywnie.A co do stuki…Każdemu zdarzają się podknięcia.Następnym razem będzie lepiej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *