Drugi raz zabrałam się do Drezna. Oczywiście nie z klasą, tylko z pięcioosobową jej częścią i jedną dodatkową osóbką (Klaudia, Marcin vel Pleban, Wojtek, Albercik, Lucyna plus chłopak Lucyny) wmieszaną w siedemnastoosobową grupę z II E i dwudziestokilkuosobową z II C. Byłaby większość klasy, ale… myśleli, że w obrębie Unii można przekraczać granicę na legitymacji =_= (czytaj: oprócz wyżej wymienionych nikt nie miał ważnego paszportu albo dowodu osobistego). Porażka. No, ale jak nie pomyśleli to niech żałują. Bo dużo ich minęło.
Dowcipny i wygadany pan przewodnik, bodajże o imieniu Tomek (dobry przewodnik to połowa sukcesu wycieczki).
Nie nadążanie za resztą wycieczki z powodu ciągłego robienia sobie zdjęć 😀
Karmienie wróbli pod drzewkiem przed Grünes Gewöble, wysłuchiwanie dowcipów z komórki Plebana i dyskusje na temat pewnego pedałkowatego niemieckiego „jukendęsa” x)
Pozowanie do zdjęć ze stojącymi w uliczkach żywymi figurami.
Pleban wołający do jakiejś niemieckiej 5-latki „Helga! Heelga!” xD
Zgubienie Wojtka w Galerii Dreznieńskiej xD
Poszukiwanie jednego, głupiego fast foodu na starówce, którego oczywiście nie znaleźliśmy („You called it Gastronomic Street? So why you don’t have one fucking McDonald’s?” – monologował „po angielskiemu” Albercik).
Żarcie w chińskiej knajpce w centrum handlowym (proroctwa Wojtka mówiące, że to może być nasz ostatni posiłek, nie spełniły się ;P).
Klaudia pozująca do zdjęć na barierce tarasu widokowego i moje ciągłe prośby, żeby zeszła i mnie nie straszyła 😛
I masa innych rzeczy.
Zostały na pamiątkę pocztówki kupione dla mamy, naparstek nabyty na prezent dla babci… Taka tradycyjka mała tak jakby od czasu wizyty w Konigstein. Notabene siedziała tam przed prawie 50 lat niejaka hrabina Cosel, a jej najpopularniejszy kochaś imieniem August II postawił większość ciekawych obiektów w Dreźnie 😀 Poza tym jeszcze zostały bodaj dwie niezjedzone bułki, 18 zdjęć w mojej komórce, trochę ponad 2 € i foty, które trzeba wysępić od Plebana i Klaudii… No i filmik z chińskiej knajpki, który też trzeba wysępić. „A jak zobaczę to na Youtubie, to nogi z tyłków wam powyrywam!”. Swoją drogą to był jeden z najczęściej używanych przeze mnie tekstów podczas tej wycieczki. Znaczy się groźba wyrwania nóg. Zaraz obok czasem wyrywających się nam przekleństw, których i tak Helmuty nie rozumiały. Miło, nie? Poland was here x)
Na każdej wycieczce ktoś musi się zgubić albo skądś spaść:) Widzę, że Ci się podobało;p