Więc od czegóż by tu zacząć… Po wielogodzinnej podróży –najpierw z Jeleniej do Warszawy z nocką przekimaną w różnych pozycjach powodujących bóle nóg, a potem z Warszawy do Sokółki, siedząc na torbie w pozycji embrionalnej z plecakiem tudzież torbą matki pod brodą – dotarłam w całkiem niezłej formie do domu wujostwa, gdzie planuję balować do poniedziałku. Ogólnie tego mi było trzeba –zmiany atmosfery. It works. W przypływie jakiegoś szaleństwa czy jakiejś jego mieszanki ze zmęczeniem napisałam po raz pierwszy ot tak bez powodu do pewnej istotnej dla mnie osoby. Pomogło mi na te różne „onomatopeiczne, paranormalne paranoje”, które czasem z tęsknoty rodzą się człowiekowi we łbie. Tym bardziej,że odpisał. Jest lepiej. Zdecydowanie.
Tak więc w tej chwili wiszę na laptopie kuzynki i dostaję szału od tej dziwnej klawiatury. Co jakiś czas wkręca mi się tu czarny jamnik Oskar zwany zdrobniale Lizakiem (bo ciągle liże wszystkich), Zbójem (bo wyżera z nie swojej miski i to na chama), Mordercą (nie dawajcie mu pluszaków) tudzież Hieną Małą (sępi od nas żarcie podczas posiłków), któremu ciągle muszę mówić,żeby zmykał, bom zajęta. Poza Oskarem wujek i ciotka trzymają jeszcze kudłatą Jenny oraz dwie świnki morskie, z których jedna przypomina zmiotkę do kurzu.
Ta Sokółka to taka Jelenia, tylko mniejsza i bez Starówki. Miła,ale zero miejsc, żeby się wybrać gdzieś wieczorem. Ino można z Pauliną(kuzynka) i Anią (jej koleżanka) piwko wypić na starej, nieczynnej oczyszczalni ścieków albo pójść na bilard… Po raz pierwszy od 10 lat trzymałam kij bilardowy w łapie, ale podobno szybko się uczę 😀
Słowem weekend udany… cieszy mnie to ogromnie:)