Zielono mi…?

Yyyy… Więc to było tak. W tym roku imprezy na zakończenie sezonu nikt nie zapowiedział. Bo i ciężko złapać było jako takie zakończenie. Ostatnim spektaklem granym w teatrze miała być „Podróż poślubna” 20 czerwca, a ostatnim w ogóle – „List” 30 czerwca. Bez sensu, wiem. Taki to jest jeden z nielicznych negatywnych efektów robienia sztuk poza budynkiem teatru. Tak więc poprzez różne zbiegi okoliczności weszłam w posiadanie biletu na „Hochzeitsreise” na tegóż 20-ego właśnie, co to się skończył ze dwie godziny temu.

 

I… ja od początku coś czułam, że ze spektaklem za tą razą jest coś nie tak. Tym bardziej, że widziałam przygody panny Rubinstein bodaj trzeci raz. Nie pamiętam, rachunek mi się myli. Tak czy siak – coś było nie teges.

Gunter miał pod spodniami babskie czerwone majtki, z koroneczką nawet.

Obie Maszki zamiast czynić pozory bicia poprzez tłuczenie kubikami wzięły paski i naprawdę zlały Guntera.

Gunterowy papcio Fabian von Nebeldorf po swoim wokalnym popisie dziękował DJ-owi.

Masza 1 wyłożyła ponad połowę kiszonej kapusty, jaką miała w misce, na głowę Guntera. Zazwyczaj tylko go nią rzucała z dystansu.

Eliskazesem telepało po prawie każdej kwestii Maszy numer 1.

Masza 2 polawszy Markowi winka skomentowała, że pewnie piją ostatni raz. W odezwie na jego rady wrzasnęła też, że wcale się nie dziwi, że mu kontraktu nie przedłużyli.

Markowi spadł ręcznik. Jak się okazało, on też miał czerwone gatki. Stringi konkretnie. Z tym, że on je skrzętnie zakrywał. Toteż Masza 2 raz szarpnęła specjalnie, żeby znowu były na widoku.

Mark mało się nie wypieprzył na rozwalonej po podłodzie kiszonej kapuście. Masza 2 skomentowała: „Zdejmij króliczki!” (czyli paputki w kształcie królików, w których tenże pomykał).

Fabian wraz z kierowcą macali leżącą na Gunterze Maszę 1 po pupie, komentując: ” – Twarda. – Miękka!”.

 

No jak w mordę strzelił, coś śmierdziało. Zresztą zaczęło mi nie grać jeszcze przed spektaklem. Tak to jest, gdy siadasz obok edukatora z galerii oraz lekarza – konesera teatru i wcale nie chcąc ich podsłuchiwać wyłapujesz fragmenty ich rozmowy. A gdy przy oklaskach poszło „What a wonderful world”, pani odpowiedzialna za wpuszczanie ludu na salę wręczyła trójce aktorów kwiaty, a rudowłosa aktorka o wdzięcznym imieniu Rozalia, odtwórczyni roli Maszy 1, rozpłakała się, już byłam prawie pewna – kogoś wywalają. Btw. pan od galerii też otarł łezkę. O ile przez cały spektakl stopniowo traciłam orientację, o tyle teraz zupełnie przestało mi być przyjemnie.

 

Nietrudno się zdziwić, że pierwsze pytanie skierowane do R. po spektaklu brzmiało: „O co chodziło, ktoś odchodzi?”. No i się wydało. Ci, którym dano kwiatki, żegnają się z zespołem. Wspomniana już Rozalia, a poza nią Marcin i Jarek, czyli sceniczni Mark i Gerd. Się załamałam. Jakkolwiek szaleć nie szalałam za nimi, jak to ja potrafię, za Rozalią nawet nie zdążyłam, bo od grudnia bodaj grała, ale kuźwa – człowiek się przyzwyczaja, gdy kogoś ogląda, jak to w wypadku chłopaków, prawie dwa lata na scenie. I mnie jeszcze R. pocieszył po cholerze, że mogą polecieć kolejni. No kurwa pięknie. Bo kto to widział. Fajne „dzieciaki”, zdolne, a za poprzedniego dyrektora niewykorzystane jak trza. Naprawdę dużo jeszcze można z nimi było zrobić. Naprawdę dużo rzeczy można zrobić z tą trójką, która pozostała na dzień dzisiejszy. O ile się ich zostawi. Jak wiązałam z nowym dyrektorem pozytywne nadzieje, tak teraz momentalnie mi podpadł. Co nie zmienia faktu, że jeśli jakimś cudem w najbliższym czasie na niego wpadnę, to nie zamierzam go zabić, a błagać i własną głową ręczyć za tych „młodych”, którzy zostali. I kto powiedział, że w życiu na niczym mi nie zależy?

A tak z innych rzeczy. Dowiedziałam się, że to, co zostało pokazane, czyli granie z notorycznym robieniem sobie jaj, nazywa się w teatralnej gwarze zielonym spektaklem. Wniosek? Rozmowy z R. mają także aspekt edukacyjny.

 

No i tego. Chujnia, mili państwo, chujnia jest. R., jeśli to czytasz – a jak znam życie prędzej czy później przeczytasz (bohaterowie i inne „gwiazdy” moich notek jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze trafiają na mojego bloga) – to oznajmiam słowami, jakie przy tobie nie przeszły mi przez gardło: ja pierdolę taki układ. Zdecydowanie pierdolę. Jak to powiedziałam, niby mnie to nie dotyczy, ale ja ciężko się przyzwyczajam do nawet drobnych zmian. Szczególnie na tym specyficznym obszarze. A zresztą. Co ja gadać będę.

 

 

Dobra(?)noc.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *