Zlot po raz drugi

Tak więc… Jak w zeszłym roku zlot fanów KSM-u się udał, tak w tym dość wcześnie pojawiły się pomysły, żeby zrobić następny. Z podobnym zlotowym projektem wyszli fani KMP, więc po różnych perturbacjach doszło do tzw. dwuzlotu. Albo oficjalniej mówiąc, Drugiego Zlotu Fanów Kabaretu Skeczów Męczących i Pierwszego Zlotu Fanów Kabaretu Młodych Panów. Mimo tego, że początkowe plany mówiły o zlocie „jeżdżonym”, tj. pierwszy dzień w Rybniku, drugi w Kielcach, finalnie całość odbywała się w tym drugim mieście. Tak więc, wzorem roku poprzedniego, siadam do klawiatury po fakcie i próbuję całość słownie (oraz – naturalnie – bardzo subiektywnie :P) ogarnąć. Tak dzień po dniu, co się działo.

 

 

26 czerwca, piątek.

Żeby dotrzeć na pociąg do Wrocławia (i tym samym nie jechać do samych Kielc w pojedynkę), musiałam wstać jakieś wpół do szóstej rano. Ból, bo nie dość, że wakacje, to jeszcze nawet w roku szkolnym tak wcześnie nie wstaję. Ból dodatkowy – poszłam spać wcześniej (w moim wypadku „wcześniej” tłumaczy się jako „po północy”), a i tak zasnęłam jak zwykle (czytaj: koło drugiej, trzeciej… nie pamiętam, z litości dla siebie nie patrzałam na zegarek). Efektu tłumaczyć nie trzeba. Kilka minut przed siódmą wyleciałam z domu na przystanek, po siódmej stałam już na Podwalu i czekałam na busa. Okazało się, że mogłam pojechać późniejszym autobusem i bym zdążyła, a tak stałam ponad 20 minut pod wiatą, w mżawce i zabijałam czas słuchając neonowego reggae z komórki… Bus zajechał około wpół do ósmej, po dwóch godzinach stałam już w okolicach dworca kolejowego we Wrocławiu. W wyniku sms-owej komunikacji z Myst wiedziałam, że mam iść prosto do dworcowego McDonaldu. Tam siedziały już właśnie Myst (albo jak kto woli Aga), znana już wszem i wobec Paula Zgredzikiem zwana oraz Agata aka Pisklę. Dalej miałyśmy już jechać razem. Wiadomo, w kupie raźniej, kupy nikt nie ruszy. W Kielcach planowo miałyśmy być jakieś dwadzieścia po trzeciej po południu. Wprawdzie zdążyłyśmy obgadać sporo spraw, od (naturalnie!) kabaretu, poprzez „odmóżdżacze” typu „Bravo Girl”, dzieci, gimnazja i licea, aż do kreskówek i szkół muzycznych (to przez nieznajomą współpasażerkę, która z tego, co usłyszałam, chodziła do szkoły muzycznej – przynajmniej Paula miała z kim pogadać :P), czas trochę się dłużył (a ja przysypiałam xP).Gdy już dojechałyśmy, na miejscu czekały już Martyna z Kają. Niby miały najdalej, a przyjechały najwcześniej. Stwierdzenie-klucz do tego, co było później. Czemu? Po szesnastej z Krakowa dotarły Farminka i praktycznie nie kojarzona przez nikogo Świeczucha/Czarownica. I wtedy za sprawą Myst, która jako niespodziewany organizator obu zlotów trzymała kontakt telefoniczny z każdym, dowiedziałyśmy się, że Ida aka Kabaretqa i Cassie/Kaś będą dopiero koło osiemnastej, co zakrawało na kpinę głównie ze względu na fakt, iż miały najbliżej. Czekałyśmy pod dworcem PKS, żarłyśmy, co kto miał, a gdy okazało się, że o umówionej godzinie są dopiero w Suchedniowie, szlag nas trafił, Aga wysłała im sms-em, gdzie i w który autobus mają wsiąść, a same pojechałyśmy do hotelu. Cierpliwość też ma swoje granice. W hotelu (tym samym, co rok temu) dostałyśmy cztery dwuosobowe pokoje na drugim bodaj piętrze. Przez ten rok zdążyli zrobić wejście z drugiej strony i trochę się pogubiłyśmy 😛 Dotarłyśmy do pokoi i w tym momencie zlot nam się zdeka rozjechał. W jednym pokoju Martyna i Kaja, w drugim Farminka i Świeczucha, trzeci dostał się Kaśce i Idzie, jak już dotarły, czwarty mi i Zgredowi (szczerze mówiąc specjalnie „poknułam”, żeby mieć pokój z kimś naprawdę znajomym :P), a piąty Adze i Pisklakowi, przy czym Agata i tak zwiała do Kai i Martyny. I w zasadzie tak już zostało do końca. „Konfowiczki”, „ciurliki”, grupy, grupeczki, każdy sobie rzepkę skrobie. Że tak zacytuję sama siebie, „łaski bez”. Z Paulą i Agniechą poszłyśmy do sklepu, a potem spożyłyśmy kolację, oglądając w pokoju Agi na TVN-ie „Uwagę” i reportaż o morderstwie w Wolsztynie (rodzinne strony Zgreda pokazali :D), a potem powtórkę „Doktora House’a”. Myst zagryzała mojego tuńczyka swoją kanapką z masłem czekoladowym x) Gdy House się skończył, doszłyśmy do wniosku, że nie ma co robić, że jesteśmy zmęczone, tak więc rozeszłyśmy się do swoich „kwater” i poszłyśmy spać. O 22.00 – to w moim przypadku zakrawało na cud. Znaczy… Nie wiem, jak Paula, ale ja jeszcze się przewracałam z boku na bok przez jakiś czas, słysząc jak „wesoła gromadka” z sąsiedztwa biega po korytarzu albo trzaska drzwiami, które się nie domykały.

 

27 czerwca, sobota.

Prolog: godzina za dziesięć szósta rano, Paula mnie budzi i mówi: „Posłuchaj”. Za oknem waliło deszczem, „aż miło”. Rzuciłam okiem na komórkę i pomodliłam się w duchu, żeby przez te trzy godziny do wstania się uspokoiło. Zadziałało.

Pobudka około 9.00. Kanapka-nieświeżutka na śniadanie, powtórka „Trzy po trzy” na TVN-ie (ja to mam szczęście, na wyjeździe zawsze w TV trafię coś, co obejrzeć chciałam, a jakoś wcześniej nie mogłam :D). Trzeba było się jakoś ogarnąć, bo jak teraz miałyśmy wyjść z hotelu, tak powrót planowany był na po północy (około 14.00 spotkanie z chłopakami, od 20.00 kabareton z udziałem m.in. KSM i KMP w kieleckim amfiteatrze). Potem poszłam szukać Myst i trafiłam do pokoju krakowianek, centralnie w rozmowę Zgreda ze Świeczuchą o capoeirze, bo jak się okazało ta druga także trenuje. Tak słuchałam, słuchałam i pomyślałam sobie: „Kurwa, nic z tego nie rozumiem, ale podoba mi się!” x) Gdy już wszyscy się zebrali (niektórzy gdy ja już byłam gotowa biegali jeszcze w piżamach -.-), ruszyłyśmy na miasto, żeby jeszcze przed spotkaniem z chłopakami kupić prezent w formie spirytualiów (oraz pewnego pokarmu) i spiknąć się z Martą, będącą w posiadaniu naszych biletów. Zaczepiłyśmy jeszcze o McDonald, gdzie spotkałam jedną z najbardziej niekumatych praktykantek na kasie w swoim życiu oraz minęłyśmy „Hotel Mariott” (dla niekumatych – ktoś kreatywny zostawił taki wielki napis sprayem na ścianie ledwo trzymającego się kupy bloku mieszkalnego :D). Okazało się też, że sklepy sieci Żabka nie oferują burbona czy innych dobrych alkoholi. Tak więc whisky została zakupiona w spożywczaku „Turysta” (ten sam, w którym w zeszłym roku kupowałyśmy śniadanie ostatniego dnia) za pieniądze ze ściepy, a flaki w słoiku marki Łowicz („Wszystkie sztućce lubią Łowicz!” :D) w ostatniej napotkanej przed Pałacykiem Żabce. Bo podobnie jak rok temu, spotkanie miało się odbyć w Pałacyku. W międzyczasie doszła Marta i grupa (wprawdzie na raty, ale jednak) dotarła na miejsce. Myst zastanawiała się, jak rozstawić stoliki i krzesełka, żeby w jednej kupie mogło siedzieć dziesięciu chłopa i jedenaście dziewczyn. Jakoś wyszło. Okazało się, że skład Młodych był niepełny, bo Robert leżał sobie w swoim domku w Świdnicy w łóżeczku i chorował. Chociaż chłopaki żartowali, że organizuje wesela i wybrał na te dni inną fuchę 😛 Na początku rozmowa się nie kleiła. Agniecha dwoiła się i troiła, by jakoś to zintegrować, w końcu dała sobie spokój, poszła gadać z Łajzą, ja poszłam za nią i tak jakoś samo się rozkręciło. Chociaż na zasadzie „ta do pierwszego, ta z drugim, a trzeci się alienuje”. Ale poszło. Się zdziwiłam, gdy zobaczyłam Banana „kurzącego” gdzieś w kąciku, bo do tej pory byłam święcie przekonana, że nie pali. Obwieszczono nam radosną nowinę, a mianowicie planowane na październik narodziny małego Łajziątka (nawet z tego, co będzie się działo w październiku, robili sobie jaja – że będzie czekanie na ten moment z flachą w ręku itp… :P). Opowiedziano historia o weselu znajomych i wkurwiającym wodzireju. Zostały wręczone prezenty dla obu kabaretów, czyli wspomniana już butelka whisky oraz smok z butelką wódki od reprezentacji Krakowa i szklanki od Elblążanek. Poszły w ruch plakaty obu ekip oraz pocztówki KMP. Jedni podpisywali się „z marszu” (śmiałam się, że Bartek strzela podpisy jak automat, głównie ze względu na sposób przekładania kartek), innych proszono o wyrafinowane dedykacje tudzież rysunki. Tak pojawiła się biedronka z ogonkiem, kÓra (pisownia zamierzona) i inne zwierzęta dzikie, ewentualnie kwiatki. Dostało się też wielkiemu nieobecnemu. Któryś z chłopców (chodzą słuchy, że to Łajza – wcale bym się nie zdziwiła) dorysował Robertowi na plakacie okulary i tak się zaczęło. Na jednym Korólczyk został wodzirejem z parasolką, kotylionem i adresem www.wesela.pl, na drugim Wodzem Skotleconym Bykiem. Co ponadto? Marcin czynił Bartkowi rzeczy nieprzyzwoite. Jarek dawał się fotografować pod latarnią (i co z tego, i co z tego, że była o połowę niższa od niego?). Karol zdradzał niespodzianki, a potem udawał, że nic, ale to nic się nie stało. Nagrano pozdrowienia dla forów KSM i KMP, najbardziej wyjechane ze wszystkich dotychczasowych 😀 Ogółem… niech ktoś mi powie, że oni są normalni – nie uwierzę 😛 Co nie zmienia faktu, że atmosfera była nieco gorsza niż rok temu. Czy to nas było za dużo, czy to niektórzy chłopcy tak jakby się bali… Nie wiem. Może i jedno i drugie. Banan na zagajkę, że się tak trochę izoluje odpowiedział, że pierwszy raz bierze udział w czymś takim.

Spotkanie dobiegło końca, chłopcy poszli w swoją drogę, my w swoją. Z KSM-ami miałyśmy się już nie zobaczyć – zgodnie z zapowiedziami zaraz po występie pakowali się w busa i jechali do Sopotu, żeby zdążyć na Sopocką Noc Kabaretową odbywającą się nazajutrz. W wypadku KMP istniała jeszcze możliwość spotkania. Biorąc pod uwagę głód i popołudniową porę, zdecydowałyśmy się pójść coś zjeść. Wszystkie właściwie poleciały do McDonalda oprócz mnie i Zgreda – Zgredzik nie jada tam z zasady, a ja, cytuję, „mogę chodzić do McDonalda, ale nie na obiad”. Także my skierowałyśmy się do Pizzy Hut. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy Myst zadzwoniła do Pauli i okazało się, że one zamiast po ludzku siąść gdzieś tam i spokojnie zjeść, wzięły sobie tylko (śmieciowego) żarcia i lecą do hotelu. My akurat całkiem odwrotnie – chciałyśmy skonsumować pizzę na spokojnie 😛 Aga wykazała jednak sporo dobrego taktu i zapytała, czy coś od nas wziąć i zanieść, ewentualnie coś nam przynieść. Tak więc dostała w łapki nasze plakaty z autografami (bo bezsensem i bezmyślnością w przypadku tak cennych artefaktów byłoby targanie ich do amfiteatru), od Zgreda prośbę o przyniesienie jakichś kanapek. O kanapkach w sumie zapomniała, ale mniejsza o to. Zjadłszy pizzę (i po raz n-ty w trakcie tego zlotu pomówiwszy o ważkich kwestiach kabaretowych) ruszyłyśmy zgodnie z Agnieszkowymi wytycznymi w stronę amfiteatru. Wyszło, że Myst powiedziała nam, że trzeba skręcić koło ronda, ale nie powiedziała, którego. Dziękować bogom, że w Kielcach są np. taksówkarze, którzy znają całe miasto i masa pomocnych przechodniów – niektórych nawet obdarzonych zdolnościami krasomówczymi 😛 Polecono nam pójść ścieżką rowerową przez park, gdzie po lewej stronie będziemy miały popiersia znanych Polaków. No i były. „O, Szymanowski”, „Bułhakow, yeaaah”, „Niemen!”, chociaż z drugiej strony też: „Gołębie osrały Gombrowicza! Mojego ulubionego pisarza! Hańba!”. Kolejna napotkana osoba poinformowała nas, że „jak zobaczymy skałki, to już będzie amfiteatr”. Faktycznie, stał w pobliżu. Inna sprawa, że doszłyśmy drogą przeznaczoną dla aut (minął nas bus z Młodymi, z Chateletami oraz po dwakroć Męczący) i w dodatku bilety były w posiadaniu Agnieszki. Czyli że tak czy siak byśmy nie weszły. Miły pan ochroniarz poinstruował nas, gdzie jest główne wejście (zaproponował też drogę na skróty, ale jak to ujął, na własne ryzyko, bo droga prowadziła dołem pod skałkami :P), tak więc poszłyśmy, modląc się, żeby tam faktycznie to wejście było, bo od spotkania z chłopakami słoneczko przygrzewało dosyć nieprzyzwoicie. Idąc naokoło, odbyłyśmy dosyć ciekawą wycieczkę krajoznawczą. Paula trzaskała zdjęcia – moim aparatem, bo swój zostawiła w domu. Gdy już znalazłyśmy się pod głównym wejściem, zadzwoniłyśmy do dziewczyn i okazało się, że… one dopiero stoją na przystanku i czekają na autobus. Genialna prędkość, nie ma co. Zgred poświęciła czas na zakuwanie piosenki po portugalsku (ryła ją właściwie przez cały zlot), ja mogłam zająć się jedynie wymianą sms-ów z Dommelem, która domagała się okruchów relacji. Gdy w końcu dostałyśmy cynk, że dziewczyny dojechały, okazało się, że są przy jakimś cmentarzu i spanikowałyśmy, żeby przypadkiem nie weszły od drugiej strony, bo jeszcze jednej wycieczki wokół amfiteatru nasza cierpliwość by nie przeżyła. Zaczepiłyśmy tak zwanych przypadkowych przechodniów – pana, panią i dziewczynę w ciąży – i zapytałyśmy, jak stąd dojść do cmentarza. Dowiedziałyśmy się, że to bardzo niedaleko, ciężarna dziewczyna na pytanie, ile zajęłoby dojście stwierdziła, że „na takich młodych nogach to nie więcej jak 10 minut”. Faktycznie, tylko dotarłyśmy do skrzyżowania, a już z dala było widać zbliżającą się gromadę. Pierwsze pytanie Zgreda brzmiało: „Kogo pierwszego mam kopnąć?” czy coś w tym stylu. Tak czy siak wreszcie mogłyśmy wejść na teren amfiteatru. I tu przykra niespodzianka, albowiem zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami wzięłyśmy najtańsze bilety i w efekcie siedziałyśmy w sektorze B, z którego widać było co najwyżej sylwetki na scenie, zupełnie bez szans na śledzenie mimiki twarzy. No cóż, zadziałało prawo większości i obróciło się przeciwko nam. Ja tam byłam gotowa zapłacić te parę złociszy więcej, by coś więcej i lepiej zobaczyć, ale trudno, po ptokach. Z przodu ja, Zged, Myst, obok trochę dalej bodaj Farminka z Czarownicą, reszta z tyłu. Taki układ obrócił się potem przeciwko nam, gdy – jak to Paula je nazywała – „piszczaki” po wejściu KSM-u zaczęły „dawać czadu”. I była taka rozmówka: „- Ogłuchniemy. – Ale za to jutro one będą nieme. – Fajnie, ale my będziemy głuche.” Cóż, niektórzy naiwnie wierzyli, że artyści dostrzegą ich „wariata publicznościowego” z tej odległości, a z drugiej strony inny sposób usadowienia się chyba i tak nie wchodził w rachubę. Za to w sektorze A były bardzo długo masakryczne luzy. Pomijając zupełnie ogromny, a pusty sektor dla tzw. vipów na samym przodzie. Przy okazji okazało się, że owa dziewoja w ciąży, którą pytaliśmy o drogę na cmentarz, to żona Łajzy, ale mniejsza o to. Kabareton prowadzony przez Jerzego Kryszaka zaczęli KSM-y właśnie. Jak to na masówkach, poleciały znane numery – piosenka o Naszej Klasie (przy czym my zamiast śpiewu chłopaków słyszałyśmy darcie się z tylnego rzędu), skecz o weselu, „Śrubę 2” (przy czym ja, Aga i Paula jednogłośnie stwierdziłyśmy, że w stosunku do pierwotnej wersji za przeproszeniem zjebali puentę) oraz „Telewizję” w wersji orżniętej tylko do Trwam Telegry, co strasznie zubożyło ten skecz. Ale potem, uwaga, niespodzianka, pojawiła się też premiera – skeczopiosenka o poszukiwaniu hymnu na Euro 2012, kawałek przygotowany na Sopocką Noc Kabaretową i akurat chyba tylko to z całego występu mnie ruszyło. Bo nowe, bo fajne. Dobra, może jeszcze motyw z konkursem na umieszczenie długopisu w butelce w „Weselu”. Potem na scenę weszli Młodzi Panowie. Ten występ akurat zapowiadał się ciekawiej choćby z tego względu, że mieli grać bez Roberta – a takie występy w niepełnych składach lubię, oj lubię czasem. Tak więc były dwa „odcinki” przygód policjantów, w tym jeden z księdzem-Łukaszem (kościelnego wycięli w tej wersji w ogóle z przyczyn oczywistych), piosenka o Funi (tym razem bez akompaniamentu z tyłu), historyjka z samolotu prezydenckiego (sprytnie okrojona z korólczykowego bohatera) oraz „Romeo i Julia” z Łukaszem-Julią, który powalił na kolana, chociaż po swojemu czepiłabym się, że zamiast tchnąć w tą postać coś od siebie po prostu jak najdokładniej kopiował kreację Roberta. Znowu przyszło mi być lasem 😛 Kolejni weszli Chateleci, na których ostatnimi czasy (głównie ze względu na „Hole in the wall”) mam lekką alergię. I w sumie się wybronili, bo wprawdzie szału nie było, ale jakiegoś giga niesmaku po czymś całkiem niechateletowym w sumie też nie. Zagrali „Piweczko” (z istotną zmianą, zamiast bryczki konnej był rower), historię o plemniczkach (fajny to pomysł, ale jak tak drugi raz to widziałam, to wcale nie wyszło śmiesznie), miniaturkę o płaceniu abonamentu i trzeci skecz o Euzebiuszu – ten, w którym obwieszczał rodzicom, iż przestał być gejem. W sumie ostatni skecz był najzabawniejszy, może dlatego, że najstarszy. Mniej w momencie, gdy Chateleci zakończyli występ, zaczęła się mała zgredzikowa akcja, jaką było przekazanie prezentu w formie rysunków (taki trybucik za wpuszczanie na występy „na waleta”). A że stał ochroniarz głupszy niż KSM-owy Śruba, a Pauliny telefon po raz kolejny odmówił współpracy, głównym bohaterem stał się mój Ericsson (miałam pełne konto, to pomyślałam: „A co mi tam, nie stracę”). Potem dostałam za to rysowany przez Zgreda na kolanach rysunek kota, myszki i dziury w ścianie 😀 W międzyczasie, jak to ujęła sama Paula, „piszczaki się załamały”, bo Młodzi się zgarnęli. No cóż, ich prawo – pora późna, a następnego dnia pewnie kolejny występ 😛 Na sam koniec kabaretonu scenę zajął kabaret, którego obecność tego dnia była dla mnie wielgachną, miłą niespodzianką. Wyrwigrooooszeee! 😀 Sama radość. Poszedł skecz o grillu – wciąż cudny, chociaż ze zmienioną puentą (na szczęście nazajutrz w Sopocie zagrali całość po staremu), „Kot” („Kota z nałogami to ja nie chcę”), zaśpiewali Alfredo znany bardziej jako dubler Antonio Banderasa, Baba Jaga Doda oraz zespół w składzie Boys, Boys and Boys. Fajnie było pośpiewać sobie pod nosem „Jesteś spalonaaa” na finał… 🙂 I tak się skończyła impreza.

 

28 czerwca, niedziela.

Po zakończeniu kabaretonu (było już na pewno po północy) z Myst i Paulą musiałyśmy… szukać reszty. Panienki podczas występu Wyrwigrosza wyszły. Nie wiem, czy dlatego, że im się dłużyło, czy humor krakowiaków był dla nich głupi („Głupie to. Głupie, bo nie rozumiem.”), to mało istotne. Mi też Chateleci się nie uśmiechali, ale gdyby grali na końcu, nie zrywałabym się. Dlaczego? Np. ze względu na to, że Paula ich ceni i chce ich obejrzeć koniecznie. W końcu teoretycznie byłyśmy tam jako grupa, a nie jako garść ludzi, którzy przypadkiem siedli obok siebie. No właśnie. Teoretycznie. Słowo klucz. Ot, kolejny dowód na to, że coś takiego jak integracja na tegorocznym zlocie nie istniało. Ale dobra, nieważne. Reszta znalazła się przy tzw. tojtojach obok wyjścia. Z racji tego, że od zeszłego roku w kwestii komunikacji miejskiej w godzinach nocnych niewiele się zmieniło i takowa nadal nie istnieje, ruszyłyśmy piechotą w stronę hotelu. Była fajna okazja, żeby zobaczyć chociaż z zewnątrz kielecki stadion. Naturalnie musiałyśmy popieprzyć drogę i po raz kolejny radzić się autochtonów. Mijając Muzeum Lat Szkolnych Stefana Żeromskiego z Agniechą jednogłośnie stwierdziłyśmy, że należy je spalić. Za „Syzyfowe prace”, „Ludzi bezdomnych”, „Przedwiośnie” i całą resztę 😛 Oprócz tego okazało się, że ulica Jana Pawła II jest obstawiona zgodnie z nazwą – seminarium duchowne, księgarnia katolicka „Jedność” (którą Zgredzik po prostu muuuusiała sfotografować), kościół i jakieś instytucje kurii czy innego dziadowstwa. Pięknie wyglądał też kielecki Rynek nocną porą.

Gdy już dotarłyśmy do hotelu (wspominając ze Zgredem zeszłoroczną akcję z bramą i stwierdziwszy, że gdyby stała się wówczas tragedia i Golon nadział się na pręty, miałybyśmy wyrzuty sumienia do końca życia), tradycyjnie gromada rozbiła się na grupeczki, które porozłaziły się do swoich pokoi. Ja i Paula przebrałyśmy się w coś mniej przepoconego, wzięłyśmy jakieś produkty żywnościowe i poszłyśmy do Myst na kolacyjkę o drugiej z hakiem nad ranem. Co zabawne, telewizor uraczył nas telegrą – wprawdzie nie Trwam, ale jednak. Przeglądałyśmy zdjęcia z całego dnia, ja chcąc dorobić dodatkowe doprowadziłam aparat do definitywnej odmowy współpracy, ponadto nagrałyśmy krótki film dokumentalny z dobijającym przesłaniem dla nieobecnych, informacją od Pauli, że pan ochroniarz był do bani i moim epickim wcinaniem serowej zupki x) Jakoś koło trzeciej stwierdziłyśmy, że jesteśmy zmęczone i idziemy spać. Ja przed snem przeżyłam jeszcze rozczarowanie pod tytułem nie ma ciepłej wody. Z wieczornego – a właściwie nocnego – prysznica nici. Jeszcze zanim trafiłam do łóżka, na korytarzu słychać było (tak jak i poprzedniej nocy) ogłosy „wesołej zabawy” naszych sąsiadek – do tego stopnia, że usłyszałam od Pauli prośbę: „Idź i je opieprz”. Je mimo późnej pory nadal rozpierała energia – szkoda, że wykorzystywana w niekoniecznie fajnych dla reszty celach.

Pobudka o dziewiątej i trzeba się było zgarniać, bo tak samo jak rok temu doba hotelowa kończyła się o godzinie dziesiątej. Pakowanie się z miejsca tymczasowego pobytu raczej mnie wkurza, bo zawsze jest obawia, że o czymś się może zapomnieć. Ale podejrzewam, że właśnie dzięki temu zarówno ja, jak i Zgredu, moja przezacna współlokatorka, nie zostawiłyśmy w hotelu niczego, co nasze.

Ida i Kaśka zgarnęły się wcześniej (dla równowagi :P), tak więc w pomniejszonym składzie ruszyłyśmy na przystanek, którym dojechałyśmy na dworzec. Trzeba było w końcu nabyć bilety powrotne. Do końca z Pisklakiem, Paulą i Myst zastanawiałyśmy się, czy pojechać pociągiem po 12.00 z przesiadką w Katowicach czy bezpośrednim po 14.00. Z uwagi na fakt, że przyjechawszy późniejszym, Zgred nie miała połączenia do Wolsztyna, wybrałyśmy ten pierwszy. Potem poszłyśmy jeszcze na miasto, żeby poszukać czegoś do jedzenia na drogę. Biorąc pod uwagę, że niedziela i większość sklepów pozamykana, kupiłam tylko bułkę i mineralną na dworcu. Dziewczyny nagrywały jeszcze własne pozdrowienia dla obu forów (no cóż, no cóż, no cóż… tak czy siak chłopaków nie przebiły :P), Zgredu oddała jedną ze swych bułek naturze, dzięki czemu mogłyśmy obserwować, jak jeden gołąb wcina całą w ciągu dziesięciu minut, a na koniec Paula i Czarownica na środku chodnika dały pokaz capoeiry. Fajnie się ludzie patrzyli. Potem już się trzeba było zbierać. Niektórzy strasznie rozpaczali z powodu tego pożegnania. A właściwie członkinie jednej z grupeczek, które (ah, niestety!) zmuszone były się rozstać.

I na tym w zasadzie możnaby zakończyć, bo potem już nic ciekawego się nie działo. Dotarłyśmy do Katowic (gdzie byłyśmy równo kwadrans), potem do Wrocławia. Druga część trasy wypadła w nieco mniej fajnej atmosferze, bo zmęczenie dało o sobie znać, a i im bliżej Dolnego Śląska, tym brzydsza aura. W dodatku ja byłam głodna. We Wrocławiu rozstałyśmy się strasznie szybko, albowiem prosto z dworca musiałam pędzić na busa, którego miałam jakieś… hmmm… dziesięć minut później bodajże. Nietrudno się domyśleć, że i we Wrocu nie zdążyłam nabyć żadnego prowiantu, także głodowałam również podczas jazdy busem. Dwie godziny później, około dwudziestej pierwszej, stałam już na Podwalu, sarkając, że nie wiedzieć kiedy zamókł mi dół plecaka. Na szczęście cenne artefakty typu plakaty czy pocztówka pozostały suche, tylko zapasowy ręcznik leżący na dnie plecaka mimo nieużywania nadawał się tylko do prania. Taksówką przyjechałam do domu i niemal z marszu rzuciłam się na podsmażane ziemniaki z sosem, oznajmiając całemu światu: „Kuuuurwa, wreszcie domowe żarcieee!”.

 

 

 

I tak się skończyło. Jeśli miałabym ocenić tegoroczny zlot… mimo wszystko wypadł gorzej niż rok temu. Głównie ze względu na atmosferę. Rok temu była tylko jedna grupa – zlotowiczów. Jak ktoś się nie kojarzył, to się poznawał i od tego momentu wszyscy byli znajomymi. W tym roku to raczej wyglądało tak, że kilka grupek koleżeńskich potraktowało to jako okazję do spotkania we własnym gronie, a resztę miało w d…użym poważaniu. To po pierwsze. Po drugie – ze względu na problemy z ustaleniem, kto w końcu ma tego wszystkiego pilnować, praktycznie w ostatniej chwili obowiązek trzymania wszystkiego w kupie spadł na Agnieszkę (pierwotnie miała się zajmować tylko zlotem KMP, stroną KSM zaś inna osoba), która starała się jak mogła, ale mimo to wszystko wyszło strasznie „na szybcika”. Ten pośpiech też nie wpływał dobrze na klimat. Tylko dwa grzechy, ale rzekłabym – śmiertelne.

Nie powiem, pozytywy też były, nawet spore. Spotkanie z chłopakami tak przede wszystkim, mimo, że nie do końca udane. I – chyba głównie – przebywanie przez trzy dni z ludźmi, którzy (podobnie jak ja) nie chcą poprzestawać na oglądaniu kabaretu, ale próbują analizować to, co jest im pokazywane. Podczas rozlicznych rozmów, mimo rozbieżności zdań w niektórych kwestiach, dowiedziałam się, że sporo moich opinii nie jest wynikiem wmawianego mi przez niektórych „maruderstwa”, tylko faktu, iż nie jestem ślepa – bo Agnieszka i Paula i też te kwestie dostrzegły i mają do nich takie samo/podobne podejście. A i wysnułyśmy sporo ciekawych wniosków. Mimo, że ja zauważam różnicę między populizmem a popem w kabarecie („Pop jest prosty, populizm – prostacki”), a zdaniem Zgreda to jedno dziadowstwo, to zarówno my dwie, jak i Agniecha, bezlitośnie zbeształyśmy Paranienormalnych za to, co obecnie robią i Michała za to, że tam siedzi i też się w to bawi. Ciągnięcie w nieskończoność jednego pomysłu, niewyszukany nawet jak na kabaret dowcip, nadmierna eksploatacja w telewizji i takie tam. Kabaretom ogółem dostało się za wspomniany już niski poziom dowcipu – najbardziej hardcorowym przykładem, który załamał resztę, a który podałam ja, był „dżołk” ze skeczu „cudownych” Babeczek z Rodzynkiem – kupa w windzie przykryta „Faktem”. Aga stwierdziła też, że stanowczo za często kabarety opierają żarty na seksie, tuszując tym samym brak lepszych pomysłów. Odsądziłyśmy od czci i wiary tych, którzy grają zgotowanie się na scenie. Dostało się też wspomnianym już „piszczakom”, których się strasznie namnożyło ostatnio i takie tam. Ogólnie – twórczy ferment.

Żałuję w sumie – i pewnie nie tylko ja, bo Paula też – że podczas spotkania zapomniałyśmy o czymś bardzo ważnym. O kreatywnym opierdoleniu Młodych za 1 kwietnia. Teraz to trudno, po ptakach, ale podejrzewam, że ich to nie ominie. Słusznie.

 

 

I to by było na tyle.

5 komentarzy do “Zlot po raz drugi”

  1. No tak spotkanie i zlot w tym roku miało gorszą atmosferę niż rok temu. Dobrze, że sie Młodym podobało, zebrałam opinię :), choc osobiście miałam wrażenie, ze to niewypał. Szkoda, ze niby fora, jednoś, a jednak okazało się co innego. Może w przyszłym roku będzielepsza integracja.Dzięki za wspólnie spędzony czas na zlocie :* z tobą i Zgredem najlepiej się bawiłam. Do zobaczenia w jak najbliższym czasie :*

    1. było widać kto jest czyim fanem;PP Przynajmniej wsród nas…i chodzi o zabawe, a nie o to czy chłopaki nas zobaczą

      1. To bycie fanem kwalifikuje się przez głośność odgłosów wydawanych podczas występu? A to ciekawe :DNikomu nie obiecywałam, że notka będzie obiektywna. Mój blog, moje odczucia, sorry Norek 😛

  2. Nie wierzę, że po 7 latach znalazłam ten link zabłąkany w zakładkach…Droga Dagmaro, my byłyśmy dziećmi, rzekłabym dzisiejszą gimbazą. Ty zachowywałaś się nad wyraz dorośle, jak na swój wiek. Być może dlatego tak Cię irytowałyśmy i nie chciałaś się z nami integrować (czyt. zniżać do poziomu pseudo grupies) Jedno jest pewne, mimo tych wszystkich 'minusów’, zlot wspominam bardzo miło. Myślę, że teraz wszystkie byłybyśmy zlotowiczami, a nie pojedynczymi grupkami. A już na pewno nie byłoby tego 'jarania się swoim idolem’. Cóż, prawa młodości. Pozdrowienia dla Ciebie, za to, że potrafiłaś dostrzec walory kulturalne tegoż spotkania i dziękuję za odświeżenie wspomnienia 🙂

    1. Czy będzie dużą wtopą odpisywanie po takim czasie?

      Chwilę mi zajęło domyślenie się, którym zlotowiczem byłaś, ale chyba wiem 😉 To miłe, co piszesz. I trochę zabawne, kiedy myślę sobie, że w gruncie rzeczy nie byłaś w pierwszej linii osób, których zachowanie mnie wtedy irytowało… a może czas wyłagodził obyczaje? Trudno mi powiedzieć.

      Teraz to najpewniej większość z nas w ogóle nie przyznawałaby się do jarania się KSMami, bo z perspektywy tego, co teraz robią, to troszkę wstyd xD

      Pozdro i dzięki za odgrzebanie tego wpisu z odmętów przeszłości, ciekawie się wraca do tamtych czasów!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *