No jasna cholera.
Niby mam wakacje, powinnam się cieszyć (mimo wkurzającej, „kratkowanej” pogody), a tu łapią mnie może nie dołki, ale takie dołeczki. Albo ściślej mówiąc momenty melancholijno-nostalgiczno-refleksyjne. Taka mieszanka na dłuższą metę wybuchowa.
Że kiedyś było fajniej, prościej i klarowniej.
Że ludzie byli lepsi. Mądrzejsi albo bardziej rozgarnięci.
Że kiedyś nie wiedziałam paru przykrych rzeczy o niektórych z nich. Ani o wielkich skurwysyństwach u jednych ani o małych, ale przykrych „mykach” u drugich.
Że teraz za dużo rzeczy jest niejasnych i zapieprzonych. I nie wiadomo, jak z nich wyjść, żeby osobom, na których mi zależy, nie rozbić łokciem nosa.
Że teraz za dużo jest rzeczy, które chciałabym i mogłabym zrobić lepiej od innych, ale możliwości póki co brak.
Że… odświeżyłabym parę kontaktów. Ale to już tak z zupełnie innej beczki.
Jestem w twojej kuchni, wyżeram ci lody z zamrażalnika!
Dobranoc.