Czekałam gdzieś tak ponad miesiąc. Że nie wychodzi mi najlepiej odliczanie dni, zwaliłam to na tak zwany internetowy suwaczek, który w sumie do tego momentu dumnie pyszni się w mojej sygnaturce na forum Lima, chociaż w zasadzie już po ptakach.
Dobrrrra! Do rzeczy.
Godzina piętnasta z hakiem, ja biegam po domu i się zbieram. Matka też biega po domu i się zbiera, bo leciała na spotkanie swojej klasy z ogólniaka. I powiem wam jedno – dwie baby w jednym domu szykujące się tego samego dnia na wyjście to prawie jak kot na pustyni. Nie ogarniesz tego. Jednocześnie ryjesz w poszukiwaniu świeżych skarpet, czyścisz okulary, sprawdzasz czy kurtka doschła i opiniujesz, czy spodnie dobrze leżą. A makijaż będziesz musiała robić sobie w autobusie, bo inaczej się nie wyrobisz. Ah. I naturalnie zarówno jeszcze w domu, jak i już jadąc na miejsce, prowadziłam korespondencję sms-ową, modląc się, żeby starczyło mi kasy (4 złote na koncie to stanowczy niedobór…). Ot, chociażby przypomnieć, żeby ktoś wziął aparat. A tak poza tym ledwo godzinę czy dwie przed moim wyjściem Dominika przypomniała mi o tym, że za 5 dni Wojtek, zwany też Trynem lub Termosem, obchodzi urodziny. „Weź złóż mu życzenia na zaś”. To piszę do Klaudii: „Weźcie nazbierajcie tam jakichś kwiatków, bo Wojtek ma urodziny”. Ona odpisała, że: „Ale tutaj nie ma żadnych. Za to są balony. Dużo balonów”. „Bierz jakieś”. „Do wyboru: miś, bejsbol i balon z Barbie. Ja bym wzięła bejsbol :D”. Także… także tego x)
Udało mi się wysiąść na właściwym przystanku (zupełnie inną rzeczą jest, że potem poszłam w zupełnie nie tą stronę co trzeba) i finalnie trafiłam wpierw na Klaudię i Aśkę (poznajcie, koleżanka Klaudii), a następnie na festyn z okazji dziesięciolecia powiatu jeleniogórskiego. Taaa. To ten z gatunku „Święto Grzybów”. Pieczona kiełbacha, piwo, wata cukrowa i popcorn dla smarkatych, kilka rzędów stolików, dmuchany zamek i zespoły ludowe na scenie. Ale sam występ Lima za friko, także ciii. W każdym bądź razie nabyty został wspomniany dmuchany bejsbol, później przechrzczony na pałę (wodza). Gdzieś znalazła się Justyna z kumpelą (cholera, imienia nie pamiętam), w końcu dotarła i Natalia. Zgodnie z planem ponad pół godziny czasu. Klaudia wyżuliła od sprzedawcy balonów jakąś tasiemkę, wyrwała z notesu kartkę, ja wykaligrafowałam piękne „Hepi berzdej”, reszta się podpisała, a na końcu znowu ja wywierciłam dziurki długopisem i przywiązałam do pały. Nie ma nic lepszego niż prezenty klecone w warunkach polowych ^^ Czas mijał, zdjęcia się robiły, bejsbol bił nas po głowie (wiadomo, że ktoś mu w tym pomógł… :P), spotkałyśmy wielbłąda (!), a na horyzoncie wśród ludu pojawili się cywilnie ubrani członkowie Lima. W końcu o 17.40 podchodzimy pod scenę i… I dupa. Opóźnienie w programie. Wygłupiali się jeszcze trochę nieletni cyrkowcy, była babka z Ukrainy żonglująca nogami (a nóżki ładne miała, przyznaję, nie dziwię się, że chłopcy-Limowcy z taką uwagą oglądali… :D), a potem trzeba było przeczekać jeszcze zespół biesiadny ze Śląska czy coś. Jak to ujęłam: „Pieprzę to, idę po popcorn!”. W sumie następne pół godziny spędziłyśmy na zabijaniu czasu, m.in. powtarzaniu w stronę estrady cichej mantry pt. „Wypierdalać! Wypierdalać!” lub wspieraniu reszty stwierdzeniem „Take it easy”… Uświadomiłam sobie, dlaczego mnie wkurzają takie imprezki. Masakryczna muzyka, artyści o płaskim jak naleśnik poczuciu humoru i obsuwy w czasie, gdy czeka się na co innego. Wszystko naraz, trzy w jednym jak kawa. W końcu Klaudia nie wyrobiła, poleciała za scenę, opieprzyła jakiegoś gościa i zapytała, kiedy wreszcie będzie Limo. Ten jej powiedział, że za jakieś 10, góra 15 minut. Mniej więcej się zgadzało, bo „muzykanci” po pi razy drzwi takim czasie sobie poszli. No to my hop siup pod scenę. Najpierw wyszedł Szymon i z Ewką siedzącą u technicznych robili próbę mikrofonów (już samą w sobie dość zabawną, notabene), by potem zacząć występ. Tradycyjnie oparty na programie „Dzielnia”, więc w zasadzie same klasyki. Poseł i dres, mecz w TV Trwam, „Dziecko mi chodzi po głowie”, anioł i dres, Leszek z Blachą robią telewizję, Leszek z Blachą bawią się telefonem papieża, włamywacze kontra Jadwinia, Reniferu, dzielnia robi techno. Wpadła i jedna nowinka, z tego co Aśka z Klaudią mówiły „zapremierowana” na festiwalu w Zielonej, o kanarach. „Daj mi swój bilet now!” 😀 Warto też by wspomnieć, że spotkanie anioła z dresem wypadło nieco inaczej niż zwykle. Okropnie pizgający tego dnia wiatr dał się we znaki aniołkowi-Szymonowi, zawijając mu spódnicę, na co ludzie zareagowali natychmiastowym śmiechem. Poza tym jedno z wielu biegających pod sceną dzieci, konkretnie płci żeńskiej, zaczęło grzechotać jakąś zabawką, Bob podchwycił, rzucił do Szysza: „Widzisz, mała dla ciebie gra”, coś tam coś tam i zaczęli tańczyć 0.o
Po występie tradycyjnie – fotki, autografy, ogólne męczenie artystów. Limiaki też mają swoje pocztówki. Tak więc teraz niech jeszcze Wyrwigrosz wypuści i będę miała moją kabaretową trójcę świętą w postcardach 😀 Wojtek otrzymał życzenia i prezent. Powiedział, że korzystać z niej (czyli… hmmm… maczugi :D) nie będzie, ale użyje jej w innym celu. Jak się okazało zabujał, bo gdy już szli do samochodu, uderzał nią Szymona po głowie 😛 Ewce ustawiającej się do zdjęcia ze mną wypadł zza ucha papieros, Szymon robił głupie miny, zaś Abelard szukał inwencji do pozowania, w efekcie czego co zdjęcie, to idiotyczniejsze ;D
Za krótko. O duuużo za krótko. Aśka z Klaudią miały autobus, dziewczyny z Zabobrza też musiały uciekać, Natalia tradycyjnie dzwoniła po ojca za wcześnie. A szkoda, szkoda, bo po iluś już tam wcześniejszych spotkaniach z Szymonem miałam niemiłosierną ochotę go pomęczyć. Jakkolwiek idiotycznie to brzmi. Ale tak to jest, około 80% artystów związanych z kabaretem to ludzie inteligentni, z którymi gadanie niesie sporo korzyści. Btw. pozostałe 20% z radością objeżdżałyśmy, przeglądając nasze autografowe notesy i bijąc się pałą (wodza) w oczekiwaniu na występ 😀
To teraz co? Lwówek, 19 lipca, nie? Chyba, że będzie Karpacz, o którym coś Klaudia przebąkiwała. Dużo tego Lima, dużo, ale tak się nadgania czasem miesiące posuchy zarówno w kwestii tej konkretniej ekipy, jak i kabaretu w ogóle… Klaudia będzie miała trochę więcej, bo jedzie na Mazurską (Noc Kabaretową). W sumie też bym się wybrała, ale po primo kasa (wybieramy się w te wakacje do Łeby z mamą, tata chce zrobić remont – oj, aż żulić kasy nie wypada), a po secundo w tym roku stanowczo za dużo hołoty tam przyjeżdża. Klaud będzie sama jedna w kontrze do napalonych faneczek (popiskiwała mi tak trochę, pół żartem, pół serio), ale co ja mogę? Jakby co, zawsze masz mój numer telefonu, gorąca linia pomocy walczącym z groupies zawsze chętnie pomoże 😉
I tego.
AZAZEL.
Dobranoc.
Ehh, ja miałam jechać na Limo w sobote, ale świat jest podły i okazało się, że tam gdzie oni występują to nawet pociąg nie dojeżdża, a PKS dwa razy dziennie i to o nie takiej godzinie jak mi trzeba. No i nie mam jak dojechać…